Recenzja filmu Requiem dla snu (2000)
Darren Aronofsky

Krótki film o marzeniach

Być może wielu z Was w tytule mojej recenzji znajdzie analogię do dzieła Krzysztofa Kieślowskiego, zatytułowanego "Krótki film o zabijaniu". I wcale nie będzie to skojarzenie bezpodstawne. ...
Filmweb sp. z o.o.
Być może wielu z Was w tytule mojej recenzji znajdzie analogię do dzieła Krzysztofa Kieślowskiego, zatytułowanego "Krótki film o zabijaniu". I wcale nie będzie to skojarzenie bezpodstawne. Pamiętamy przecież z jak wielką zawziętością i niespotykanym realizmem polski reżyser przedstawił, krok po kroku, problem kary śmierci, wydobywając z widza emocje prosto z serca. Podobnego zabiegu dokonuje Darren Aronofsky, jednak na warsztat bierze zupełnie inną tematykę. W swym dziele "Requiem dla snu" dokonuje przerażającego studium ludzkiego upadku spowodowanego błahymi w istocie marzeniami.


Akcja filmu skupia się na czworgu bohaterach z Nowego Jorku. Sara Goldfarb to zapalona fanka telewizji, dzięki której ucieka przed samotnością, charakterystyczną dla ludzi w podeszłym wieku. Jej syn, Harry, odwiedza ją bardzo rzadko, w całości poświęcając czas swojej dziewczynie, Marion. Pełni młodzieńczej werwy planują, wraz z dobrym przyjacielem - mającym już nie raz kłopoty z prawem - Tyrone'em, otworzyć sklep z ubraniami. Sara w tym samym czasie otrzymuje wiadomość, na którą czekała od lat - wystąpi w programie telewizyjnym. I kiedy każdy z bohaterów realizuje swoje marzenia, pojawia się pewien problem, który całkowicie je rozwieje - uzależnienie.


Filmów na temat narkotyków było doprawdy mnóstwo. Jednakże dopiero "Requiem dla snu" niejako obnażyło ten problem. Wielu pyta, skąd ten zachwyt nad produkcją Aronofsky'ego, bo przecież temat stał się już oklepany i nudny, słowem - nic nowego. Chyba żaden inny film w tak dosłowny, przepełniony realizmem, a zarazem brutalny i psychodeliczny sposób nie pokazał, do czego prowadzą narkotyki. Reżyser, gdy wydaje nam się, że już więcej nie może pokazać, dopiero zaczyna 'zabawę', która u nie jednego widza wywołała szok, wprowadziła w osłupienie bądź po prostu spowodowała płacz.


Aronofsky, oprócz uzależnień, porusza w swym filmie więcej problemów. Przede wszystkim obala mit o popularnym 'amerykańskim śnie', który tak wyraźnie widać w hollywoodzkich produkcjach. W jego filmie każdy z bohaterów widzi przyszłość w różowych okularach, szczególnie ci młodzi, ale życie bardzo szybko weryfikuje ich optymizm. Można zadać sobie pytanie, co w tej głównej czwórce robi Sara Goldfarb? Aronofsky mógł przecież zrobić film z młodymi ludźmi, dla młodych ludzi, bo przecież to głównie ich dotyczy problem narkotyków. Jednakże dzięki tej postaci całość jest bardziej uniwersalna i nie skupia się tylko i wyłącznie na 'braniu' głównych bohaterów (jak to nie raz już było). Sara to postać niesamowicie symboliczna, przemawia przez nią samotność, odrzucenie przez społeczeństwo, brak jakichkolwiek przyjaciół, czy wreszcie zwykła ludzka niemoc. To też jedyna osoba, która nie ze swojej winy popadła w piekło uzależnień.


Sama fabuła filmu to jedynie niewielki procent z całości, na którą składa się świetne aktorstwo, bardzo oryginalne i wymowne zdjęcia oraz muzyka. Zacznijmy od tego pierwszego - gra aktorów w dziele Aronofsky'ego to prawdziwy majstersztyk. Wszyscy mieli do zagrania, mniej lub bardziej, skomplikowane postaci, bowiem każda z nich przechodziła swoistą metamorfozę, zarówno fizyczną jak i, przede wszystkim, duchową. Szczególny geniusz pokazała Ellen Burstyn, o jej roli powiedziana już dosłownie wszystko, prawie zawsze w samych superlatywach. Swoje przełomowe i, chyba, życiowe kreacje stworzyli Jared Leto, Jennifer Connelly i Marlon Wayans. Mieli spore pole do popisu. Na dość niekonwencjonalne rozwiązanie, jeśli chodzi o ujęcia, zdecydował się Matthew Libatique - autor zdjęć. Podzielenie ekranu na dwie części, charakterystyczne wstawki podczas zażywania, przyspieszenie bądź spowolnienie obrazu - to wszystko buduje nastrój filmu, jest pewnym smaczkiem, dodaje żywiołowości i realizmu, sprawia, że widz w pewien sposób 'czuje' to, co dzieje się na ekranie. Główny motyw muzyczny filmu - popularna, jak świat długi i szeroki, "Lux aeterna", to już prawdziwa poezja. Tragizm i emocje, jakie niesie ze sobą ten utwór, nierozerwalnie łączy się z dziełem Aronofsky'ego i nadaje pewnego wyraźnego kształtu całemu filmowi.


"Requiem dla snu" jest dla kinomaniaka jak ludzkie cierpienie. Nie jest z pewnością miłym doświadczeniem, ale prędzej czy później musimy poznać jego smak.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 94% uznało tę recenzję za pomocną (114 głosów).
duude
ocenia ten film na:
1 10 10/10 arcydzieło!

przeczytaj również recenzje użytkowników (7)

zobacz wszystkie
o