Recenzja filmu Tam, gdzie rosną grzyby (2012)
Jason Cortlund
Julia Halperin

Kuchnia, czyli świat

"Tam, gdzie rosną grzyby" to opowieść o miłości, która zobowiązuje do szanowania wolności drugiego człowieka. Cortlund i Halperin w swym filmie sięgają do kulinarnej metafory, by opowiedzieć o ...
Filmweb sp. z o.o.
"Tam, gdzie rosną grzyby" to opowieść o miłości, która zobowiązuje do szanowania wolności drugiego człowieka. Cortlund i Halperin w swym filmie sięgają do kulinarnej metafory, by opowiedzieć o międzyludzkiej bliskości, w której symbioza od czasu do czasu przeradza się w emocjonalne pasożytnictwo.

On chce wolności, ona – stabilizacji. Lucien (Jason Cortlund) i Regina (Tiffany Esteb) są zbieraczami. Dzień po dniu łażą po lasach w poszukiwaniu grzybów, które sprzedają nowojorskim restauratorom. Lucien chce się jednak wyrwać z uścisku miasta. Marzy o wielkiej grzybiarskiej podróży. Chciałby ruszyć w stronę równika – zbierać grzyby w różnych częściach Stanów i w Ameryce Południowej, a sprzedawać je pośrednikom zaopatrującym restauracje. Regina ma inne plany. Marzy się jej stała praca, ubezpieczenie zdrowotne, zawodowy rozwój. Kiedy otrzymuje ofertę pracy w jednej z prestiżowych nowojorskich knajpek, drogi małżonków zaczną się rozchodzić.
 
Opowiadając historię filmowej pary, twórcy filmu stawiają na niemalże dokumentalną formę. Pierwszych kilka scen "Tam, gdzie rosną grzyby" sprawia wrażenie kreacyjnego dokumentu, w którym wprawdzie pojawia się element inscenizacji, ale to, co widzimy na ekranie, to raczej rzeczywistość niż fikcja. Kamera Jonathana Nastasiego w dyskretny sposób podgląda filmowe postaci, patrzy na nie z dystansu, jakby nie chciała naruszyć intymności bohaterów. Cortlund i Halperin stawiają na subtelność, rzadko korzystają ze zbliżeń, a ich dyskrecja okazuje się skuteczną bronią w walce o dokumentalny realizm.

Ich film wpisuje się w osobliwą modę na filmowe opowieści traktujące o życiu z perspektywy kuchni. Mieliśmy rysunkowego "Ratatuja", konfekcyjne "Julie & Julia", dokumentalne "Jiro śni o sushi" czy Akinowskie "Soul Kitchen" – egzystencjalne historie zbudowane na kulinarnej metaforze. Reżyserzy "Tam, gdzie rosną…" wykorzystują podobny zabieg – w ich filmie kuchnia jest sposobem porozumiewania się. To poprzez kuchnię nawiązuje się kontakt z własną tradycją (bohaterowie są wyznawcami kuchni baskijskiej) i w niej odbywa się dialog dwóch ludzkich wrażliwości. Poprzez kulinarne preferencje twórcy określają charaktery postaci: Luciena, który zna wszystkie nazwy grzybów i przepisy na ich wykorzystanie, oraz Reginy, która – choć mniej doświadczona – wkłada serce we wszystko, co robi.

Polski tytuł filmu Jasona Cortlunda i Julii Halperin okazuje się zwodniczy. Szukanie w ich obrazie nawiązań do arcydzieła Ingmara Bergmana byłoby zajęciem tyleż karkołomnym, co bezcelowym. Amerykańscy twórcy nie tworzą bowiem opowieści o podróży po zakamarkach pamięci, ale subtelny portret dwojga bohaterów znajdujących się na życiowym zakręcie. Bo "Tam, gdzie rosną…" to nic więcej, jak tylko historia niełatwej relacji dwojga ludzi, którzy w imię miłości muszą nauczyć się szanować własną odrębność, opowieść o marzeniach, które dzielą, i bliskości, która czasem jest symbiotyczną harmonią, kiedy indziej zaś – cynicznym pasożytnictwem ludzi przerażonych życiem.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 78% uznało tę recenzję za pomocną (18 głosów).
Bartosz Staszczyszyn
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry
o