Recenzja filmu Valerian i Miasto Tysiąca Planet (2017)
Luc Besson
Marek Robaczewski

Le Big Mac

"Valerian" przynosi powrót do tej kosmicznej i kosmopolitycznej estetyki rodem z "Piątego elementu". Ale dźwiga też bagaż doświadczeń ostatnich 20 lat. Efekt? Beztroski, kolorowy blockbuster, ...
Filmweb sp. z o.o.
"Amerykanie sami wiedzą najlepiej, jak robi się hamburgery, postanowiłem więc przygotować coś z kuchni francuskiej", powiedział o "Valerianie i Mieście Tysiąca Planet" Luc Besson. Dziwne, przecież to właśnie on bywa nazywany – całkiem zasłużenie – "najbardziej hollywoodzkim francuskim reżyserem". Niemal od zarania swojej kariery Besson łączy europejski autorski temperament z amerykańskimi strategiami realizacyjnymi i wdraża "kinopisanie" w tryby hollywoodzkiej machiny gatunkowej. Znak postmodernistycznych czasów? Pierwsze wielkie sukcesy Besson zaczął przecież odnosić na przełomie lat 80. i 90., w chwili upadku muru berlińskiego, u progu epoki zniesienia granic. Gdy świat uwodziły świetlane wizje zglobalizowanej przyszłości i końca historii, reżyser nadawał tym marzeniom filmową formę. "Valerian" przynosi powrót do tej kosmicznej i kosmopolitycznej estetyki rodem z "Piątego elementu". Ale dźwiga też bagaż doświadczeń ostatnich 20 lat. Efekt? Beztroski, kolorowy blockbuster, tyle że z obywatelskim sumieniem. Produkcja od serca, tyle że za 200 milionów dolarów. Amerykańska zabawka, tyle że w rękach Francuza. Innymi słowy – cytując Vincenta Vegę – "Le Big Mac".


Ów filmowy fast food zamiast tuczyć ma jednak uczyć. To stary chwyt Bessona. "Piąty element" zapierał dech w piersi, ale niósł pacyfistyczne, promiłosne przesłanie. Tytułowa bohaterka "Lucy" kopała i strzelała, przy okazji osiągając wyższy poziom świadomości i wskazując drogę rozwoju człowieka. "Valerian" –podobnie. Już fantastyczna sekwencja otwierająca stanowi nie tylko cyrkowy popis efektów specjalnych w rytmie "Space Oddity" Davida Bowiego, ale i postulat ogólnej, międzyplanetarnej harmonii. Besson inscenizuje narodziny tytułowego Miasta Tysiąca Planet: pokazuje, jak jednoczą się kolejne narody i rasy, jak człowiek wymienia pokojowe gesty z przedstawicielami kolejnych obcych cywilizacji. To zarazem inside joke (ambasadorów ludzkości grają współpracujący z Bessonem reżyserzy, m.in. Louis Leterrier czy Olivier Megaton), intertekstualne puszczenie oka (ambasadorom przewodzi ikona SF, Rutger Hauer), jak i komentarz do burzliwych czasów współczesnych. W naszym świecie Unia Europejska trzęsie się w posadach, reżyser proponuje więc piękną wizję Unii Kosmicznej, jednoczącej nie tylko narody, ale i planety czy galaktyki. Zupełnie jakby mówił: warto o tę unię walczyć, nie dajmy się. W tym kontekście nazwa założonego przez twórcę studia produkcyjnego – EuropaCorp – brzmi niemal jak manifest.
 
To wszystko nie znaczy jednak, że "Valerian" jest jakimś starczym kazaniem. Tak, polityczne analogie są aż nadto czytelne. Tak, Rihanna gra kosmiczną imigrantkę. Nie, nie ma tu nudy ani śmiertelnej powagi. Besson bawi się w humanistę, ale nie zapomina też o zabawianiu widza. Weźmy sekwencję rozgrywającą się na kosmicznym targowisku. Para głównych bohaterów, kosmiczni agenci Valerian (Dane DeHaan) i Laureline (Cara Delevingne), ma za zadanie przejąć przedmiot pewnej nielegalnej transakcji. Sęk w tym, że targowisko ulokowane jest w innym wymiarze. Klienci bazaru muszą więc nosić specjalne wirtualne okulary, które pozwalają im przenieść się do równoległego świata, między stragany pełne bibelotów z najdalszych zakątków galaktyki. Besson z cyrkową wirtuozerią żongluje tu kolejnymi klockami układanki: miesza poziomy rzeczywistości, rozdziela akcję pośród kilka postaci, piętrzy perypetie i paradoksy międzywymiarowego przekrętu. Otóż to: "Valerian i Miasto Tysiąca Planet" jest filmem tysiąca pomysłów. Besson wyżywa się w budowaniu wielowarstwowego świata: space-operowa powaga idzie ręka w rękę z komediowym cudzysłowem, futuro spotyka się z retro, a komputerowym fajerwerkom nie brak indywidualnego charakteru. Celowo chwalę nie aktorstwo czy scenariusz, tylko sceny, sekwencje, teledyskowe atrakcje. Film jest najlepszy właśnie wtedy, gdy pozwala nam zanurzać się w kolejnych poziomach wizji, na przemian rozdziawiać usta i wybuchać śmiechem. Nie wszystko jednak złoto. 


Zwiastuny "Valeriana", które za głośnymi obrazami i głośną muzyką skrzętnie ukrywały postacie głównych bohaterów, zapowiadały jakiś problem z "czynnikiem ludzkim". Fakt: wybór Delevingne i – zwłaszcza – DeHaana na pewno nie jest wyborem wolnym od kontrowersji. Widowisko stanowi ekranizację kultowej francuskiej serii komiksów, ale odtwórcy głównych ról nie przypominają rysunkowych pierwowzorów. Zamiast typów "alfa" – herosa z kwadratową szczęką i promieniejącej ślicznotki – Besson proponuje nam parę androgynów o łobuzerskim uroku młodocianych gwiazd rocka. Nie trzeba znać komiksów Pierre'a Christina i Jean-Claude'a Mézièresa, by wyczuć owo przesunięcie akcentów. W rezultacie wiecznie naburmuszony DeHaan potrzebuje trochę czasu ekranowego, by nas do siebie przekonać. O dziwo, dużo lepiej wypada Delevingne: zawadiacka, naturalna i wiarygodna – zupełnie inaczej niż w "Legionie samobójców". Inna sprawa, że Besson nie wymaga od niej wiele więcej ponad wygłaszanie nośnych kwestii i bycie "cool". Jako się rzekło, reżyser stawia przede wszystkim na spektakl i w rezultacie nawet pierwszoplanowi bohaterowie pozostają de facto na drugim planie. Już w pierwszej scenie z Valerianem i Laureline Besson każe im wyłożyć "kawa na ławę" naturę ich napiętej-choć-czułej relacji; przez resztę filmu po prostu realizują ten wzór. Jako awatary, za których pośrednictwem zwiedzamy kolejne światy, sprawdzają się jednak całkiem nieźle.


Niektórzy zarzucą zapewne "Valerianowi", że owe niesamowite światy nie przynoszą tak naprawdę nic nowego. Że już je wszystkie widzieliśmy – w "Gwiezdnych wojnach", "Avatarze", "Strażnikach Galaktyki", "Jupiterze: Intronizacji". Tyle że kolejność inspiracji jest tu odwrotna. Kiedy w 1977 roku na ekrany kin weszła pierwsza (czyli czwarta) część "Gwiezdnych wojen", to właśnie Christin i Mézières musieli pomyśleć sobie, że już gdzieś tę "odległą galaktykę" widzieli. Oczywiście na kartach własnego komiksu. Twórcy "Valeriana" skodyfikowali bowiem konwencję kosmicznej przygody długo przed George'em Lucasem. Problem jedynie w tym, że ich dzieło trafia na ekran kinowy dopiero pół wieku po swoim papierowym debiucie. Besson jednak wychodzi z tego niewygodnego położenia obronną ręką. Miesza znajome tropy tak wdzięcznie, jakby miał zaraz wynaleźć na nowo proch.

Prawdziwy feler "Valeriana i Miasta Tysiąca Planet" nie tkwi więc w obrazie czy nawet bohaterach. Jeśli coś tu naprawdę kuleje, to scenariusz. Intryga jest nie tylko kosmiczna, ale i kosmicznie zamotana, aż do poziomu nieczytelności. Brakuje też porządnego czarnego charakteru, a finałowa konfrontacja nieładnie przypomina scenę ujawnienia mordercy w powieści detektywistycznej: postacie stoją z założonymi rękami i wyjaśniają sprawę. Podobnie było w "Lucy", gdzie po pierwszej ekstatycznej połowie film wytracał impet, gubił tempo. W rezultacie "Valerian" nie do końca satysfakcjonuje jako opowieść, to raczej film-doświadczenie, film-zjawisko. Więcej tu francuskiego barokowego szyku niż bezpiecznego hollywoodzkiego kręgosłupa. Nie powiem jednak: to chyba lepsza z dwóch opcji. Kto by chciał kolejne widowisko skrojone od linijki pod okiem studyjnych biurokratów? 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 81% uznało tę recenzję za pomocną (127 głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły