Recenzja filmu Paterson (2016)
Jim Jarmusch

Ludzie i ryby

Jarmusch oraz prowadzony z wyczuciem, powściągliwy Driver zamieniają kolejne sceny w eleganckie miniatury z własną dramaturgią i dyskretnym humorem. Łatwo byłoby im zrobić film o wyławianiu z tej ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Paterson (2016)
Dzień jak co dzień. Paterson (Adam Driver) wstaje chwilę po szóstej. Je płatki z mlekiem, pakuje drugie śniadanie i wychodzi do pracy. Zanim włączy silnik autobusu, pisze wiersz, czasem wymienia parę słów z kierownikiem zmiany, który lamentuje nad marnością losu i złorzeczy rodzinie. W trasie słucha rozmów pasażerów, a gdy wreszcie podbije kartę, wraca do swojej dziewczyny Laury (Golshifteh Farahani). Po przybyciu na miejsce z niepokojem zauważa, że w mieszkaniu przybyło czarno-białych wzorów, na punkcie których Laura ma obsesję; w telegraficznym skrócie relacjonuje jej swój dzień. Wychodzi na spacer z psem, zatrzymuje się w barze, wysłuchuje stałych bywalców, zabija czas rozmową z barmanem. Przed snem słyszy od ukochanej, że jego zapach jest przyjemny. Na zegarku kwadrans po szóstej, Paterson wstaje... Dzień jak co dzień. 


Fanów Jima Jarmuscha raczej nie zdziwi, że to w zasadzie wszystko, że żadna siła nie wepchnie bohatera na inny szlak, nikt nie będzie kusił go ciekawszym życiem. Nie szkodzi. I bez wielkich dramatów to efektowne kino. Paterson jest apatyczny, powolny, często drapie się po głowie, a jednak pozory mylą, żaden z niego szarak. Wiemy, że był w wojsku i potrafi błyskawicznie obezwładnić napastnika – nawet jeśli ten wymachuje atrapą pistoletu. Wiemy, że miłość do Laury jest paliwem jego poezji i że kolejne fanaberie dziewczyny są bagażem, który warto dźwigać. I choć ta namawia Patersona do podzielenia się ze światem swoją twórczością, bohater nie widzi w tym większego sensu, woli trzymać zeszyt na dnie szuflady – w końcu jego los przypieczętował już codzienny rytuał. 

Świadomość, że nie potrafimy odkryć w podobnej egzystencji jakiejś szlachetności, zawsze uwierała Jarmuscha. Bez względu na to, czy opowiadał o neurotycznych wampirach, przypadkowych pasażerach nowojorskiej taksówki czy zabójcy żyjącym według samurajskiego kodeksu, przeszkadzał mu również fakt, że nie potrafi odkryć jej kino. Paterson to kolejna postać z jego imaginarium, która drepcze w kółko, snuje się jak aktor z odwołanej sztuki. I zarazem kolejna, wokół której reżyser buduję wielką narrację o małych sprawach. W "Patersonie" pomaga mu w tym literatura poety i eseisty Rona Padgetta. Jego teksty to minimalistyczna pochwała banału codzienności, wiersze o zapałkach z intrygującą etykietą, o napisie przypominającym krojem onomatopeję trzeszczącego megafonu. Jak na ironię, Padgett przyłożył za młodu rękę do popularyzacji prozy bitników, w której aż roiło się od antymieszczańskich manifestów.
 


Jarmusch oraz prowadzony z wyczuciem, powściągliwy Driver zamieniają kolejne sceny w eleganckie miniatury z własną dramaturgią i dyskretnym humorem. Łatwo byłoby im zrobić film o wyławianiu z tej codziennej prozy czegoś wartościowego, o szukaniu powodów, by wstawać z łóżka. Ale tutaj wszystko jest równie istotnym powodem: raz będzie to monolog nieszczęśliwie zakochanego (a może tylko ćwiczącego zawodowe umiejętności) aktora, to znów zasłyszana rozmowa o XIX-wiecznych rewolucjonistach, kiedy indziej – widok barmana rozmawiającego z piękną kobietą w czerwonej sukience. I chociaż czasem bywa średnio, a zazwyczaj nudno, to raczej niewielka cena – w końcu dla Jarmuscha każda wypłata to fortuna, a każdy posiłek to bankiet. Gdy jego bohater cytuje "Swingin' on a Star" Sinatry i pyta: "A może wolałbyś zostać rybą?", wiemy doskonale, że jest to pytanie retoryczne.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 89% uznało tę recenzję za pomocną (207 głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 9/10 rewelacyjny

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)

o