Miłość ponad wszystko

Gdy Michael Haneke tytułuje swój obraz "Miłość", od razu nabieram podejrzeń, że będzie to film od początku do końca przesiąknięty cynizmem. Nic bardziej błędnego. Tym razem Mistrz (akurat jego trudno nazywać inaczej) opowiada o prawdziwym, całkowitym oddaniu drugiej osobie. O długim życiu pełnym zrozumienia, czułości i wspólnego pokonywania problemów. I przede wszystkim o tym, jak takie życie się kończy. A kończy się jak każde inne – cierpieniem i śmiercią.

Tak prosta i zarazem skomplikowana jest podstawowa myśl płynąca z dzieła Hanekego. Ten film, mały jeśli chodzi o skalę realizacji (jedno mieszkanie jako dekoracja, troje bohaterów), pod względem filozoficznym jest projektem szalenie ambitnym. Niewielu poza Hanekem mógł on się udać. Twórca ni mniej, ni więcej tylko stawia widza twarzą w twarz z  najbardziej podstawowym zagadnieniem egzystencji.

Pierwsza scena nie pozostawia wątpliwości, jaki będzie kres tej opowieści: do zamkniętego mieszkania wkraczają zaalarmowani przez sąsiadów strażacy. Po chwili poszukiwań w zamkniętym pokoju na łóżku znajdują sine już zwłoki kobiety, otoczone płatkami kwiatów. Wówczas na ekranie pojawia się napis: "L'Amour".

Bohaterami "Miłości" jest para starszych ludzi, Anne i George. To emerytowani nauczyciele muzyki, prowadzący ustabilizowane życie w swoim wypełnionym książkami mieszkaniu. Czytają, chodzą na koncerty. Ich spokój zakłóca drobny wypadek przy śniadaniu: Anne na chwilę traci kontakt z rzeczywistością. Nawet nie upada, po prostu przestaje się odzywać. Okazuje się, że miała udar. Trafia do szpitala, ale operacja, która miała być praktycznie formalnością, nie udaje się. Zmiany neurologiczne są już nie do odwrócenia: wraca do domu na wózku, połowa jej ciała jest sparaliżowana. Od tego momentu jej stan stopniowo się pogarsza. Początkowo funkcjonuje normalnie psychicznie, potem będzie już jedynie mamrotać bez sensu pojedyncze słowa.

Obserwujemy starania George'a, aby zapewnić ukochanej żonie odpowiednią opiekę; mężczyzna poświęca jej każdą chwilę uwagi, wynajmuje opiekunki. Ba, na prośbę Anne nawet zabrania córce (Isabelle Huppert) ich odwiedzać. Anne chciałaby umrzeć z godnością: każe mężowie przysiąc, że nie odda jej do szpitala, gdy jej stan się pogorszy. Dom zamienia się w ich fortecę, w której mają powitać śmierć. George czeka z honorem i zachowuje spokój. W "Miłości" nie padają wielkie słowa, nie ma w niej wielkich gestów – nawet bez tego doskonale wiemy, jaki dramat się toczy. Tylko kilkakrotnie świat zewnętrzny wkracza do tej enklawy, i zawsze musi to się łączyć z wielkim rozczarowaniem. Wizyta dawnego, zdolnego ucznia przypomina Annie jedynie dobre momenty w życiu i przynosi tym samym rozgoryczenie. Nawet córka, z jej uwagami o inwestycjach i drugim mężem (którego "brytyjski humor jest do zniesienia tylko w ograniczonej ilości", jak stwierdza Anne), jest nie na miejscu.

Reżyser z wirtuozerią cofa nas do przeszłości pary, głównie poprzez muzykę. George słucha i patrzy na Anne przy fortepianie. Ale po chwili wyłącza stojący za nim odtwarzacz. Muzyka z fortepianu ucicha. W "Miłości" jest sporo takich prostych i mocnych momentów. I ani odrobiny sentymentalizmu. Powracają tu motywy znane z twórczości Hanekego – ważna rola muzyki jak w "Pianistce" (jednak pełni ona zupełnie inną rolę), postawienie w centrum wykluczonych jak w "Kodzie nieznanym". Jest nawet charakterystyczna dla reżysera, pojawiająca się znienacka przemoc. Tyle że bez krwi, bez brutalności. Byłyby to zbędne środki, bowiem horror, o którym świadczą te niespodziewane akty, jest ostateczny. Z tych znanych nam elementów wyłania się nieznany Haneke – ludzki, wyzbyty cynizmu w obliczu śmierci i miłości.

Na ekranie dwie legendy francuskiego kina – Emmanuelle Riva, młoda kochanka z "Hiroshimy, mojej miłości" Alaina Resnaisa, oraz Jean-Louis Trintignant, który dla Hanekego po kilkunastu latach przerwy wraca do kina. Oboje są niesamowici. Riva przeistacza się fizycznie. Najpierw jest elegancką, piękną starszą kobietą, po udarze jej ciało przestaje się poruszać, jej twarz się deformuje. Trudno sobie wyobrazić, jak aktorce udało się tak zmienić. Na konferencji mówiła ze swobodą, że nie wymagało to od niej wielkiego wysiłku: ot,  przymknięte oko, kawałek waty wepchnięty pod wargę.

Podobnie jak użyte przez nią środki, tak cały film jest pozornie bardzo prosty, niesamowicie zdyscyplinowany (ale czego innego można się spodziewać po Hanekem?), a efekt jest piorunujący.  

79% uznało tę recenzję za pomocną (259 głosów).
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?

zobacz też:

pozostałe recenzje użytkowników (3):

komentarze

dodaj komentarz
  • Dobry film, ale bez wątpienia trudny z uwagi na temat. Świetne kreacje głównych aktorów! Niezwykle przekonująco oddali dramat całej sytuacji...to rzeczywiście mistrzostwo, żeby w trwającym 2 godziny obrazie, ukazującym głównie przestrzeń mieszkania bohaterów i -z małymi przerywnikami-ich samych, oddać napięcie, które nie pozwala odejść sprzed ekranu.

  • "L'Amour" budzi wiele sprzecznych emocji, jednak pozostawia po sobie jakiegoś rodzaju ciepło i nadzieję. Nadzieję na to, że jest możliwe uczucie trwałe, zdolne zmierzyć się z trudnościami i oparte na zrozumieniu i czułym oddaniu drugiej osobie. Bez patosu, ale mocno. Obejrzeć powinien każdy, szczególnie ten, kto zapodział gdzieś swoją Miłość...: http://miejskalegenda.blogspot.com/2013/04/lamour.html

  • znakomite podsumowanie filmu, który przed chwilą obejrzałam, dziękuję :)

  • Bardzo dziękuję za recenzję. Pomogła mi zrozumieć film do końca.

  • Znakomity film!

  • Zapraszam do przeczytania mojej recenzji filmu: http://piwos-filmowo.blogspot.com/2013/02/23-miosc.html

  • Świetna i niezwykle trafna recenzja!

  • Cudowny film. Nie o starości. O miłości. Bez patosu, a i tak każdy podskórnie odczuwa emocje wibrujące między parą starszych ludzi, ich oddanie i ogromną miłość.

  • Bardzo dobra i trafna recenzja i piękny film...

  • Trafniej nie można byłoby zrecenzować ten film.

  • http://kinosfera-extra.blogspot.com/2013/01/miosc-czyli-europejskie-arcydzieo.html Serdecznie zapraszam

  • Rzadko komentuję recenzje . Tutaj musiałem - znakomita recenzja !

  • Czy operacja była formalnością? Tylko Georges pocieszające Annę tak mówił. I właśnie Georges, a nie George. Był Francuzem. Ale duch recenzji znakomity i właściwy. TAK.

  • Film jest bardzo ciężki, niesamowicie "duszny", przytłaczający - miałam ochotę uciec z kina podczas seansu (jakkolwiek to zabrzmi). Nie ma przegadania, patosu, nie ma wielkich słów, nikt sobie nie wyznaje miłości na łożu śmierci. Trudno uwierzyć, że taką prostotą można osiągnąć taki efekt.

  • przeczytałem z wielka przyjemnością. Znakomita recenzja, doskonale oddaje klimat tego obrazu...Wielkiego Kina.

  • zapraszam do przeczytania mojej recenzji na http://www.kurtula.blogspot.com/2013/01/niesmiertelna-miosc.html

  • Haneke oczywiście cyniczny nie jest, podobnie jak poprzednicy przychylam się do protestu. I podobnie jek poniżej to nie jest film o miłości, to jest film o starości. Chcesz i już nie możesz. I niech się wszyscy odwalą, nie chcę żeby nikt patrzył jaki jestem niedołęzny. Pokonuje mnie codzienność, pranie sprzątanie gotowanie, opieka. Ją pokonała choroba. Nie daję już rady nią się opiekowac, nie mogę patrzeć jak sie zmieniła, jak jest niedołężna, jak cierpi, więc skończmy to cierpienie jej i moje......niesamowity dobór aktorów - dobrze przecież pamiętamy JLT - przystojniaka z lat 70-tych

  • Gdzie w tym filmie niby jest filozofia?

  • Wprawdzie z tekstu nie dowiadujemy się jaka to przemoc bez krwi i brutalności pojawia się znienacka, ale streszczenie jest rzetelne.

  • Bardzo dobra recenzja. Dziwi mnie tylko sugestia autorki wskazująca cynizm jako jedną z cech charakterystycznych dla stylu i twórczości Haneke. Ja nigdy nie dostrzegłem nawet cienia cynizmu w jego filmach. Dla mnie Haneke już od swych pierwszych filmów jawi się jako głęboki moralista. Jest typem artysty - mędrca, nauczyciela, filozofa. Być może w wywiadach nie przyznałby się nigdy do tego, ale pewnie w głębi ducha uważa się za człowieka mającego pewne zadanie do wykonania na tym świecie. Odbieram go jako artystę realizującego misję moralną. Jego oryginalność polega na obronie konserwatywnych wartości przy użyciu nowoczesnych środków wyrazu, dostosowanych do wymagań dzisiejszego widza.

  • z prasy, przepraszam

  • I te opinie z pracy na końcu zwiastuna. "Być może najpiękniejszy film o miłość". Jak z reklamy piwa. Na miejscu Haneke bym się wkur...ił.

  • Drażni mnie Haneke. Dla mnie to taki "bękart" Bergmana. Te jego upoadobania do tego aby w którymś momencie zaserwować widzowi jakieś groteskowe ekstremum. U Haneke wszystko musi być ekstremalne. Ektremalne sceny, ekstremalne dialogi - jak najmniej ciszy, niedpowiedzeń, skupienia.

  • Jeśli ktoś miłuje to nie musi oglądać filmów o miłości, bo jakiekolwiek by one nie były, to i tak jego miłość będzie najsilniejsza i nie do podważenia czy interpretowania przez drugiego człowieka. Posługując się nie swoimi tym razem słowami: "Jeśli będziecie miłować tylko tych, którzy was miłują, to jaki jest w tym sens?". Ludzie są strasznie zniewoleni przez świat, że zdradzają wielkie zainteresowanie takimi pozycjami. Z drugiej strony, jeśli ktoś nie zna miłości to w końcu skądś się musi o niej dowiedzieć.

  • To absolutnie nie jest film o cudownym, pięknym, altruistycznym oddaniu i miłości do grobowej deski!!! Może na pozór. Raczej o tym do czego jest w stanie posunąć się – nieradzący sobie z sytuacją człowiek – by uwolnić siebie i ukochaną osobę, a może bardziej samego siebie od drugiej osoby. Po raz kolejny Haneke pokazuje człowieka w sytuacji ekstremalnej. Samotnego, agresywnego, niecierpliwego, wycieńczonego… w obliczu śmierci; wobec drugiej istoty.

  • $user użytkownik usunięty
    ach ci Francuzi...zmagają się ze śmiercią bez Boga i ciągle bez szans na zmartwychwstanie .... ach ci biedni Francuzi....

  • Zapowiada się ciekawe, ambitne kino.

  • ten film nawet pozornie prosty nie jest i nie wiem co znaczy w tu "zdyscyplinowany", historia opowiadana jest często na pograniczy jawy i snu, nie zawsze od razu jest jasnym gdzie się porusza akcja. Haneke w żadnym filmie cyniczny nie jest, on tematyzuje często w bardzo subtelny/wyrafinowany sposób bez popadania w wysokie patetyczne tony ważne problemy jak przemoc, prawda, wykluczenie, brak porozumienia, czy jak tu prawo do godnej śmierci (kto filmu nie widział, niech nie czyta dalej). pozbawienie żony życia nie nastąpiło w akcie miłości/współczucia, a w afekcie i tu jest moim zdaniem cały klucz do filmu i do dyskusji o eutanazji, którą podjął autor. ten film nie został zrobiony, by opowiadać o miłości, czy poświęceniu, a o tym gdzie leżą jej granice

  • $user użytkownik usunięty
    co za idiotyczne pierwsze zdanie... Haneke jest wspaniałym humanistą i przyporządkowywanie mu cynizmu to całkowite nieporozumienie. Główna bohaterka Pianistki nie jest cyniczna, ona szuka miłości i szuka w sposób powściągliwy, ale w żadnym razie nie cyniczny! ; rozumiem bowiem, że do tego "cynizmu" się odwołuje malwinag.

  • rzeczywiście, za dużo szczegółów... można było pominąć ten moment z fortepianem i odtwarzaczem... film oczywiście genialny, obejrzę na pewno.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:
WTF:false,ads:true