Na Olimpie

  • recenzja kinowa Kieł (2009)
W 1926 Virginia Woolf powiedziała: Kiedy inne Muzy rodziły się i rosły nagie, kino od wczesnej młodości było wyposażone we wszystko. I miało ambicję mówić o wszystkim, zanim w ogóle miało coś do powiedzenia. X Muza od zawsze mogła sobie pozwolić na więcej, a filmowcy śmiało przekraczali kolejne granice. Przełamywali ograniczenia techniczne oraz tematyczne. Kamera była już wszędzie i pokazała nam wszystko, a jeśli nie znalazła tego, co chciała nam pokazać, bez żenady konstruowała potrzebne jej rzeczywistości, prowokowała świat i ludzi. Żaden problem nie umknął jej uwagi. Ale choć efekty specjalne są coraz bardziej imponujące, a opowiadane historie coraz bardziej kontrowersyjne, to dziś, chyba częściej niż kiedykolwiek, po wyjściu z kina zdarza nam się stwierdzić: w tym kościele nie ma Boga.

Kwestie twórczej wolności, łamania tabu, zdają się być niezwykle ważne w przypadku filmu "Kieł", który dystrybutorzy ochoczo reklamują jako "najbardziej kontrowersyjny film roku". Czy rzeczywiście zburzone zostają jakieś mury, czy też autorzy skusili się jedynie na kilka nic nie znaczących podkopów w nieistotnych strategicznie punktach? Odmienność i wyjątkowość obrazu nie zasadza się na szczęście na epatowaniu przemocą czy nagością, czego przed pójściem do kina najbardziej się obawiałam. W filmie pojawia się kilka bardzo śmiałych i wyrazistych, brutalnych i krwawych "momentów", te jednak doskonale wkomponowują się w całokształt, są częścią bardzo spójnej całości, a nie jedynie elementem obliczonym na tanią sensację.

Pięcioosobowa rodzina żyje w absolutnej izolacji. Trójka nastolatków nigdy nie doświadczyła świata zewnętrznego. Są przekonani, że za otaczającym ich wspaniały ogród murem czają się dzikie bestie, a jedyną osobą, która może stawić im czoła jest Ojciec. On też stanowi ostatnie ogniwo łączące to osobliwe domostwo ze światem zewnętrznym, starając się jednocześnie, aby żaden przypadkowy czy też niechciany element tego świata nie przeniknął do mikroklimatu, który on i jego małżonka z takim mozołem zbudowali.

Już pierwsza scena filmu, w której dobiegający z magnetofonu głos informuje nas, że "morze" to skórzane krzesło z drewnianym oparciem, a "autostrada" to silny wiatr, ukazuje umowność i sztuczność, ale także totalność prezentowanego układu. Rodzice nie pozostawili dzieciom choćby najmniejszego marginesu wolności, w żadnej kwestii nie zdali się na przypadek. Wszystko pozostaje pod ich ścisłą kontrolą. To oni urozmaicają swoim pociechom czas, organizują im gry i zabawy, powierzają liczne obowiązki domowe oraz dbają o ich rozwój intelektualny i fizyczny, rozwijają w nich ideę współzawodnictwa oraz poszanowanie cudzej własności. Wszystko wydaje się być na swoim miejscu. Chyba nawet trochę za bardzo.

Nawet gra aktorska zostaje podporządkowana odmiennym niż zazwyczaj regułom. Aktorzy recytują swoje kwestie bez zająknięcia, niczym pilni, wyprężeni przed tablicą, uczniowie. Ich ruchy są niezgrabne i nienaturalne. Emocje eksplodują agresją, krzykiem bądź nagłą czułością. Wszystko w tym pięknym, jasnym domu jest groteskowo przerysowane, brzydkie i odpychające.

Przedstawiona historia jest w gruncie rzeczy bardzo prosta i medialnie popularna. Problem życia w odosobnieniu, z dala od kultury i społeczeństwa, został już na wszelkie możliwe sposoby przetworzony przez ekipy telewizyjne i filmowe. Ale też nie o kwestię odseparowania w tym filmie chodzi.

Obraz Giorgosa Lanthimosa jest estetycznie bolesną i przejmującą, ale prostą alegorią podstawowej komórki społecznej, jaką jest rodzina. Wiecznie dysfunkcyjna, autorytarna i roszczeniowa. Choć pełen luk i niedopowiedzeń, wciąż utrzymujący nasze nerwy w stanie najwyższego napięcia, film jest jednoznaczny i nie pozostawiający widzowi żadnych wątpliwości w ocenie przedstawionego świata. A żeby wszystko było jasne, w stosownym momencie znajdziemy się w ośrodku zajmującym się tresowaniem zwierząt, gdzie usłyszymy: Pies jest jak glina. A my nadajemy jej kształt. (…) Wszystkie psy, w tym i pański, oczekują tresury.  I już wiemy, że Ojciec jest niczym treser ugniatający własne dzieci. Niestety, takiej dosłowności już nie jestem w stanie znieść.

Bóg zbyt szczelnie wypełnił ten Kościół, każdy jego zakamarek, nie pozostało w nim miejsca dla wiernych. Jako widz poczułam się wyeliminowana z tej rozgrywki. Albo właśnie zmanipulowana, tresowana przez twórców. Mogłam zareagować krzykiem albo śmiechem, ale nie pozostawiono żadnego marginesu mojej interpretacji. Owszem, obraz Greka wstrząsnął mną, niczym filmy Hanekego (najbardziej po drodze mu chyba z "Funny Games"), ale zabrakło w nim tego, co w twórczości genialnego Austriaka cenię najbardziej, czyli ciągłego umykania przed ostatecznym znaczeniem, ciągłych powrotów do znaczącego. W Kościele Hanekego na pewno kryje się Bóg, ale aby go zobaczyć, trzeba się trochę postarać.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 58% uznało tę recenzję za pomocną (33 głosy).
michalina_87_6
ocenia ten film na:
4/10 ujdzie

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)

komentarze

pozostało 255 znaków
  • Pani_Blue

    ale o co chodzi z bogiem? nie rozumiem... w każdym razie, jak dotąd najlepsza recenzja

  • Piotrek4

    Dobra recenzja, pozdrawiam.

  • Ann_1459

    Skąd dokładnie pochodzi ten cytat Virginii Woolf? Czy jest to może fragment Dzienników?

  • AbuKamil

    "...film jest jednoznaczny i nie pozostawiający widzowi żadnych wątpliwości w ocenie przedstawionego świata". "zabrakło ciągłego umykania przed ostatecznym znaczeniem" Myślę, że to trafna ocena - dokładnie takie są moje odczucia.

  • LadyCzikita

    Podpisuję się nad koleżanką : D

  • Luella

    Dobra, ładnie napisana, pogłębiona recenzja. Dziękuję:)

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: