Recenzja serialu Olive Kitteridge (2014)
Lisa Cholodenko

Nemezis domowego ogniska

Codzienne życie nauczycielki i farmaceuty dostarcza zadziwiająco intensywnego i różnorodnego materiału. Kiedy już wydaje się że wiadomo, jak konstruowany będzie ciąg dalszy, autorki zmieniają ...
Filmweb sp. z o.o.
Ciekawe czasy. Po czerwonym dywanie spacerują gwiazdy, uznani reżyserzy zapraszają na przedpremierowe pokazy, ale na tegorocznym festiwalu w Wenecji najgłębiej pooddychać dobrym kinem można było dotychczas oglądając na wielkim ekranie współczesną telewizję. Wyreżyserowany przez Lisę Cholodenko i napisany przez Jane Anderson nowy miniserial HBO to cztery odcinki układające się w jedną, zwartą opowieść, odsłaniającą w kinie całą paletę zalet. Należy od razu też dopisać jeszcze jedno nazwisko, bo całkiem możliwe, że Frances McDormand zagrała tu rolę życia - jej bohaterka, tytułowa Olive Kitteridge, to Frank Underwood małomiasteczkowego życia rodzinnego. Swoim upojnym cynizmem, celną złośliwością i miażdżącą bezpośredniością przypomina kataklizm, pochłaniający społeczne konwenanse, sąsiedzką życzliwość i każdy przejaw ludzkiej otwartości. Ognisko domowe, którym się opiekuje, płonie lodowatym ogniem piekielnym.

Początkowo wydaje się, że koncepcja serialu bazować będzie na tych dwóch elementach. Z jednej strony oparty na iluzji i fałszu świat amerykańskiego miasteczka, świat chronicznego niespełnienia, rozczarowania i wściekłości kipiącej pod pozorami codzienności. Taki, jak w serialowej wersji "Fargo", odbijający koszmary przedmieść z "Małych dzieci" Todda Fielda, czy "Drogi do szczęścia" Sama Mendesa. Głęboko nieszczęśliwi ludzie uśmiechają się tu do siebie, wymieniając na ulicy konwenanse, odgrywając bliskość i życie rodzinne, skrycie marząc o  samobójstwie, wyładowując seksualną frustrację, wikłając się w beznadziejne romanse. Drugim elementem jest bohaterka, która wchodzi w całe to towarzystwo kopniakiem, przy każdej okazji obnażając fałsz, traktując optymizm i życzliwość w kategoriach umysłowego upośledzenia. Olive pełni rolę klasycznego wariata walącego prawdę między oczy, ale zamiast patetycznej pozy proroka przyjmuje przy tym obojętny wyraz twarzy, mówiący: oczywiście, że wasze skarłowaciałe życie nie ma sensu i jest napędzane przez niskie pobudki. Jest kosmitką wśród głęboko ograniczonych ludzi, którzy nie rozumieją nędzy życia. Choć szanuje ofiary depresji, sama nie zamierza się jej poddać, przywdziewając gruby pancerz, który oczywiście robi z niej emocjonalną inwalidkę.

Wytwarzane w ten sposób tarcie i ponury humor mogłyby dostarczyć materiału na klasyczny serial, powielający i przetwarzający z odcinka na odcinek te same schematy, ale "Olive..." idzie inną drogą. Podczas czterogodzinnego seansu opowiada historię rozciągającą się na przestrzeni 25 lat, robiąc skoki czasowe, pozwalając przeżywać bohaterom prywatne rewolucje i kapitulacje, doświadczyć starzenia i rozpadu każdego systemu wartości. Kronika życia rodzinnego oraz miłosnego Olive i jej męża zbudowana jest tak, by odbijała także życie otaczających ją ludzi: pogodnie głupich bądź beznadziejnie nieszczęśliwych, ratujących się antydepresantami, wyzywającą podłością, desperacką namiętnością, wyczerpującą rutyną albo transferując swoje potrzeby na dzieci i zwierzęta. Nerwice i traumy przekazywane są z pokolenia na pokolenia, w każdej generacji znajdzie się ktoś, kto wejdzie w buty dyżurnego wariata, cynika i poczciwego idioty.

Codzienne życie nauczycielki i farmaceuty dostarcza zadziwiająco intensywnego i różnorodnego materiału. Kiedy już wydaje się, że wiadomo, jak konstruowany będzie ciąg dalszy, autorki zmieniają tonację, niezmiennie dostarczając wizualnej przyjemności, okrutnego humoru, świetnie napisanych dialogów, mocnej dramaturgii. Z bogatych relacji bohaterów i ledwie rozpoczętych, obiecujących wątków można by skonstruować pełnowymiarowy serial i fakt zaniechania tego kapitału imponuje w równym stopniu, co fenomenalna ekipa aktorska: Richard Jenkins, Peter Mullan, Bill Murray i - pozwólcie się powtórzyć - fenomenalna Frances McDormand. Trudno może mówić tu o odkryciu, ale jednak jej najsłynniejsze role to statyczne figury: barwne dziwaczki, kretynki czy wzory poczciwości z filmów braci Coen. Świat odbijał się od nich jak deszcz od szyby, pozostawiając je niezmienionymi. Jako Olive aktorka ma wreszcie czas, by się rozpędzić i wyhamować, eksplodować i ogrywać subtelności. Wspaniała w swojej bezwzględnej, pancernej podłości, jeszcze lepsza, gdy pozwala sobie na delikatne pęknięcia. Zatęsknicie za tym lodowatym ogniem.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 87% uznało tę recenzję za pomocną (101 głosów).
Darek Arest
ocenia ten serial na:
1 10 8/10 bardzo dobry