Recenzja filmu Nie ma tego złego... (2017)
Valérie Lemercier

Nigdy nie bij w króla

Jeśli schematy komedii romantycznej są tutaj zwyczajnie prostackie i nudzą po kilkunastu minutach, to beka z francuskich mieszczan wprawiła mnie w niejakie osłupienie. Klisze la petit ...
Filmweb sp. z o.o.
Następna komedia z Francji do zrecenzowania i mocne postanowienie – tym razem podejdę do tematu poważnie. Poeksperymentuję trochę: wyjdę z siebie i na czas pisania przyjmę perspektywę grupy docelowej, czyli pani/pana w średnim wieku, gdzieś z okolic Tuluzy albo Lille. Wczuwam się więc, dwoję i troję, i... nic. Mało tego, jest nawet gorzej – Jean i Marie męczą się przeokropnie, bo każdą minutę filmu gdzieś już widzieli, akcja to ciąg mało prawdopodobnych zbiegów okoliczności, a dowcip suszy niczym sobotnio-niedzielny kac. Jestem w punkcie wyjścia, ale przynajmniej powoli zaczynam łapać żelazną regułę konwencji: otóż francuska komedia wali w "strasznych mieszczan" tak, żeby im ostatecznie w ogóle nie dowalić, bo wtedy straciłaby swoich najwierniejszych widzów. Mamy zatem produkt umocowany mentalnie w epoce Ludwika XIV – możemy się pośmiać z plebsu, możemy poszydzić z dworzan,  za to za bekę z króla – płynny ołów w gardło i końmi na cztery strony świata. 


Wierzcie mi, konformizm i tak jest najmniejszym grzechem "Nie ma tego złego". Najgorsze wrażenie robi gigantyczne – nawet jak na standardy francuskiego produkcyjniaka – nagromadzenie stereotypów. Główna bohaterka – Marie-Francine – ma urok i osobowość ludzika Lego (bez obrazy dla super zabawnych animacji) – materializuje się w filmie nie jako pełnoprawna postać, ale pewien określony, farsowy typ chudej 50-latki w okularach, która ponad namiętności i zmysły przedkłada posiadówki nad mikroskopem (z zawodu jest genetyczką). Marie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, w odstępie kilku dni traci męża (odchodzi do młodszej), pracę (w laboratorium "odkryto" azbest) i mieszkanie (sprawa rozwodowa w toku). Pani doktor udaje się więc na przymusową zsyłkę do krainy mieszczuchów, czyli wraca z podkulonym ogonem do domu rodziców, a ci  – ewolucyjnie zamrożeni gdzieś między stułbią a krewetką – widzą w niej wyłącznie głupią nastolatkę i próbują tresować na wszelkie możliwe sposoby. Ale, ekhm, nie ma przecież tego złego, bo drogi bohaterki krzyżują się z szarmanckim, rozsmakowanym w urokach życia rozwodnikiem Miguelem. A Miguel już wie, co dla Marie dobre, w końcu jest najlepszym w mieście... kucharzem (Jezus-Marie!). Zaskoczeni, prawda?  


Jeśli schematy komedii romantycznej są tutaj zwyczajnie prostackie i nudzą po kilkunastu minutach, to beka z francuskich mieszczan wprawiła mnie w niejakie osłupienie. Klisze la petit bourgeoisie wyglądają tak, jakby świat zatrzymał się gdzieś między rokiem 1890 a 1920, od wystroju wnętrz po seksualną hipokryzję. Matka Marie to upośledzona gospodyni domowa, której jedyną rozrywką jest kupowanie sprzętu kuchennego na e-bayu i która, na przywitanie, daje córce zestaw gałgankowych marionetek. Ojciec zasiada co wieczór przy biurku, wystylizowany na Balzaca, z gęsim piórem w łapie (serio) i próbuje pisać "dzieło życia", czyli coś o bohaterach wojen napoleońskich. Oboje zdradzają się na potęgę z przedstawicielami "plebsu": a to z rzeźnikiem z ryneczku, a to z panią z supermarketu. Na kontrolę do pokoju 50-letniej córki, kiedy ta jest akurat w trakcie seksualnych igraszek, wchodzą – rzecz to pewna – bez pukania. Oglądając te "bezeceństwa" czułem się tak, jakby twórcy fundowali mi zupełnie nowy typ tortur: przez "retrospektywę" najgorszych wątków z europejskiej literatury, napisanych dodatkowo w formie bryku dla leniwych uczniów. Tam, gdzie pojawia się ociupina realizmu i współczesności, grunt robi się z miejsca nieznośnie suchy. Nastoletnie córki Marie drukują jej nowoczesne CV, "kołczują" i oswajają z mediami społecznościowymi, tłumacząc np., że "profilówka" nie oznacza wcale zdjęcia z profilu (hehehe). Ostatecznie młodość sprowadza się w filmie do infantylnego języka, modnych okularków i promiskuityzmu. "Nie ma tego złego" całe jest właśnie taką plecionką koszmarnych stereotypów, nieśmiesznych uproszczeń i kiepskiego aktorstwa (patrz: Patrick Timsit w roli amanta Miguela i jego niezmywalny, głupkowaty uśmiech). I chociaż w trakcie oglądania i recenzowania dosłownie wychodziłem z siebie, dalej nie jestem w stanie zrozumieć fenomenu tych filmów. Że niby "miło, łatwo i przyjemnie"? No nie wiem, dla mnie bardziej "obuchem w łeb". Ale terapię szokową "francuską komedyjką" będę zapewne kontynuował, więc może wreszcie, któregoś pięknego dnia obudzę się jako zupełnie nowy człowiek. I wszystkie trójki – jak życie Marie-Francine – zmienią się w jędrne, okrąglutkie dziesiątki. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 67% uznało tę recenzję za pomocną (3 głosy).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby