Recenzja filmu Star Trek (2009)
J.J. Abrams

Nowy początek

Jest to już jedenasta kinowa odsłona opowieści o legendarnym okręcie kosmicznym U.S.S. Enterprise, który bada odległe galaktyki w poszukiwaniu inteligentnych istot. Cała saga zaczęła się w roku ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Star Trek (2009)
Jest to już jedenasta kinowa odsłona opowieści o legendarnym okręcie kosmicznym U.S.S. Enterprise, który bada odległe galaktyki w poszukiwaniu inteligentnych istot. Cała saga zaczęła się w roku 1966 od serialu o tym samym tytule. W roku 1979 powstał pierwszy pełnometrażowy odcinek gwiezdnej sagi, który zapoczątkował długie i w sumie udane pasmo kinowych przygód U.S.S. Enterpise oraz jego załogi.

Obecna wersja opowiada losy jeszcze przed wybudowaniem owianego sławą okrętu. James T. Kirk przychodzi na świat w czasie, gdy okręt, którym leci jego ojciec i matka, zostaje zaatakowany przez dziwny i potężny statek Romulanów. Ojciec ratuje mu życie oraz załodze okrętu U.S.S. Kelvin, taranując wroga i poświęcając w ten sposób swe życie. Lata mijają młody James to zawadiaka jakich mało, nie jest tym samym rozważnym człowiekiem, jakiego znaliśmy w starej serii. Ostatecznie trafia za namową przyjaciela swego ojca do akademii floty, gdzie poznaje enigmatycznego, spokojnego Spocka. W przeciwieństwie do starej "rzeczywistości" obaj mężczyźni rywalizują ze sobą i drą koty na każdym kroku. W końcu po 25 latach od ataku na U.S.S. Kelvina, ponownie pojawia się tajemniczy Romulański okręt i sprawy przybierają jeszcze drastyczniejszy obrót.

Jak widać fabuła nowego "Star Treka" bardzo odbiega od znanej nam ze starszych części sagi. Na szczęście jest to efekt całkowicie zamierzony przez J. J. Abramsa, który napisał scenariusz do filmu i stał za kamerą. Co więcej scenariusz bardzo gładko nawiązuje do starej historii i w drugiej połowie filmu wyjaśnia, dlaczego tak potoczyły się losy Spocka, Kirka i samej Federacji. W efekcie dostajemy zupełnie nowy obraz początków sagi, który nie szpeci klasyku, a nadaje mu nowy wydźwięk. Naprawdę wielki szacunek dla pana Abramsa za ten wyczyn, gdyż stworzył dla nowego pokolenia całkiem świeży obraz załogi U.S.S. Enterprise. Niestety każdy kij ma dwa końce, więc film może nie przypaść do gustu fanom pierwowzoru.

Jeśli idzie o grę aktorską, to jest ona równie udana co scenariusz. Zwłaszcza podobała mi się postać Chrisa Pine'a, który wcielił się w osławionego Jamesa Kirka. Zabawne gagi sytuacyjne przeplatały się z ciętymi ripostami, jednak kiedy trzeba było myśleć trzeźwo, to na bok odstawiano zabawę. Zachary Quinto, odgrywający postać Spocka, również spisał się świetnie. Być może nawet lepiej od Pine'a, gdyż jego postać była bardzo trudna do odegrania. Wolkanie to rasa myśląca czysto, logicznie i bardzo umiejętnie skrywająca emocje, Spock natomiast jest mieszańcem, gdyż jego matka to Ziemianka. Powoduje to ciągłe rozterki wewnątrz naszej głównej postaci a do tego nieraz odzywa się w nim ludzka cześć natury. Na szczęście Zachary Quinto poradził sobie wyśmienicie z pogodzeniem tych dwóch przeciwistawieństw, tworząc naprawdę cudowny obraz naszego Wolkanina. Reszta aktorów również spisała się bardzo dobrze, co tylko przyczyniło się do większego poklasku.

No i dochodzimy w końcu do części czysto technicznej, czyli efektów specjalnych. Tych w nowym "Star Treku" nie brakuje, wręcz obraz Abramsa miejscami tonie w plejadzie komputerowych dzieł. Na pewno na największe wyróżnienie zasługuje sylwetka jak i scenografia wnętrza okrętu Romulańskiego, kapitana Nero. Jest to istne arcydzieło oraz majstersztyk komputerowej wizji, speców od efektów specjalnych. Gigantyczny okręt wręcz przytłacza swymi rozmiarami okręty federacji, zaś złowieszcze ramiona, wyglądają jak mroczne macki jakiegoś potwora. Wnętrze okrętu również posiada taki sam charakter, co tylko potęguje przytłaczającą potęgę Romulan. Sylwetki innych okrętów również są bardzo dobrze zrobione, tak samo przestrzeń kosmiczna, czy powierzchnie planet, mam tu na myśli głównie Wolkan. Jednak czasem ma się wrażenie, że są one zbyt barwne i aż za bardzo nierealne. Dopiero gdy na planie pojawia się okręt kapitana Nero, owe kolory blakną i całość nabiera zupełnie nowego znaczenia dla oka. W efekcie, widz czeka tak naprawdę ciągle na pojawienie się kolosa niż na pokaz smukłości U.S.S. Enterprise. Nie do końca jestem pewien, czy takie było zamierzenie twórców, w każdym razie Romulanie w tej dyscyplinie zdecydowanie wygrywają z Federacją w obrazie J. J. Abramsa.

Innym mankamentem w całości, obok natłoku barw, jest niezbyt wpadająca w ucho muzyka. Nie jest ona zła, ale też nie porywa. Po raz kolejny dostajemy film, w którym ścieżka dźwiękowa robi przez cały czas jedynie za sympatyczny obraz. Dopiero utwór z napisów końcowych, które też są perełką grafików komputerowych, wpada w pamięć. Reszta po prostu jakoś przemija. Mimo to całokształt wypada naprawdę świetnie i mimo długiego czasu trwania ogląda się go przyjemnie bez jakichś znaczących dłużyzn.

Jak więc ocenić należy w ostatecznym rozrachunku nowy twór sagi "Star Trek"? Z pewnością nie jest to film zrobiony w klimacie pierwowzoru, jednak stworzono go na tyle zgrabnie, że ma własny, zupełnie nowy powiew. Jak dla mnie jest to pokazanie nowej wizji sagi, głównie z myślą o ludziach, którzy dotąd nie mieli z nią do czynienia. Co zaś się tyczy zagorzałych fanów, to sądzę, że z przymrużeniem oka mogą spokojnie zobaczyć obraz Abramsa, aby zrelaksować się po ciężkim dniu.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 61% uznało tę recenzję za pomocną (18 głosów).
artur_t
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)