Recenzja filmu Porachunki (1998)
Guy Ritchie

O tym, jak narodził się angielski mistrz kina gangsterskiego...

Kto jest uznawany za mistrza tego typu filmów? Wielu będzie stało murem za Coppolą, nic dziwnego, w końcu trylogia "Ojca chrzestnego" jest czymś perfekcyjnym, o czym świadczy choćby ścisła ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Porachunki (1998)
Kto jest uznawany za mistrza tego typu filmów? Wielu będzie stało murem za Coppolą, nic dziwnego, w końcu trylogia "Ojca chrzestnego" jest czymś perfekcyjnym, o czym świadczy choćby ścisła czołówka w rankingu na najlepsze filmy Filmwebu. Jednak nie o takie kino mi chodzi. Myślę o Quentinie Tarantino. Przedstawia historie kryminalistów niezwykle wymownie, opowiada bez przekraczania granicy dobrego smaku, jego filmy mają niepowtarzalny urok. Jednak od premiery "Porachunków" wiadomo, że przybył mu niezwykle groźny konkurent, rodem z Anglii. A nazywa się Guy Ritchie.

Eddy (Nick Moran) po mistrzowsku gra w pokera, dlatego wraz z trójką przyjaciół: Baconem (Jason Statham), Tomem (Jason Flemyng) i Soapem (Dexter Fletcher, ostatnio widywany na planie "Hotelu Babylon") zbierają sto tysięcy dolarów by Eddy mógł zagrać u Harry'ego "Hatcheta" (P.H. Moriarty) o naprawdę dużą kasę. Przegrywa. I wraz z kumplami mają tydzień na zdobycie pół miliona zielonych... jednocześnie Harry chce zdobyć, oczywiście bez zbędnych kosztów, dwa bardzo cenne muszkiety. Wynajmuje rękoma Barry'ego the Baptista (Lenny McLean) dwójkę złodziei by okradli właściciela strzelb... Sąsiedzi Eddy'ego postanowili obrobić kilku studentów hodujących trawkę. Nie wiedzą, że stoi za nimi miejscowy czarnoskóry mafioso... Wszystkie, z pozoru niezbyt powiązane ze sobą historie, powoli zaczynają się coraz bardziej zazębiać  i łączyć się w jedną, niezapomnianą historię...

I niech mi ktoś zaprzeczy - czy "Porachunki" nie przypominają "Pulp Fiction" Tarantino? Bardzo podobne przedstawienie postaci i akcji, tylko zamiast plansz z napisami zapowiadającymi akcję Ritchie wykorzystał narratora opisującego postacie i akcję. Narratora miejscami bardzo sarkastycznego i nie oszczędzającego kilku kpin i uwag skierowanych pod adresem bohaterów. W obu filmach schemat akcji jest podobny - kilka luźno powiązanych historii, swobodnie opowiedzianych, bez nacisku na ciągłą akcję i niemalejące napięcie, bez niesamowitej powagi a z lekkim mrugnięciem oka puszczonym do widza. Ale czy to oznacza, że Anglik kopiuje warsztat kina Amerykanina? Nie. "Porachunki" wbrew pozorom nie są filmem dialogów jak większość dzieł Tarantino. Oczywiście, cały czas rozmowy postaci odgrywają ważną rolę, lecz Guy Ritchie zdecydowanie większy nacisk położył na to, co widzimy. To, co słyszymy, schodzi na drugi plan, niezbędny, lecz nie najważniejszy. Bardzo często zobaczymy na tyle wymowne kadry, że bez najmniejszego komentarza jesteśmy pewni o co w tym wszystkim chodzi. W tych momentach widać najlepiej największą zaletę filmu - zdjęcia i montaż. Zachwyca. Tu nie ma sugestywnych scen. Tu każdy kadr, każda sekunda, każde ujęcie posiada w sobie coś, czym jest w stanie zahipnotyzować widza. Nie wierzycie, chcecie przykładów? Mistrzowskie przedstawienie emocji i niepewności na twarzy Eddy'ego podczas gry. Świetnie poprowadzone zabawa z perspektywą, jak choćby w scenie z wyciągniętym palcem. Ritchie wyraźnie daje nam znać, że jest jednym z niewielu obecnych we współczesnym kinie wizjonerów, którzy wiedzą co i w jaki sposób chcą nakręcić...

Ale kimże byłby nawet najlepszy wizjoner bez aktorów umożliwiających mu ekspresję i urzeczywistnienie swoich marzeń? Kolejna zaleta Anglika. Nie myli się przy doborze obsady, często złożonej nie tylko z gwiazd światowego formatu, ale również aktorów rozpoczynających swoją drogę na szczyt, jak debiutujący na dużym ekranie Jason Statham. I tak mamy Eddy'ego, granego przez Nicka Morana, również dopiero na początku drogi po najwyższe uznanie, pewnego siebie cwaniaka, któremu niespodziewanie się powinęła noga, mamy nikogo innego jak gwiazdę światowego formatu, co prawda nie filmową, lecz przemysłu muzycznego, Stinga, w epizodycznej roli ojca Eddy'ego, właściciela baru, który ma gdzieś problemy syna, mamy pozostałą trójkę kumpli, wymienionego Stathama jako drobnego handlarza niezbyt legalnym towarem, Grubego Toma - Jason Flemyng - który wcale gruby nie jest, ale bardzo go to przezwisko irytuje i jedynego zarabiającego w uczciwy sposób, stąd jego "czysta" ksywa Soapa (Dexter Fletcher). Jest Harry (P.H. Moriarty) i jego dwóch pracowników, Barry (Lenny McLean) i Duży Chris (również debiutujący i również bardzo znany dziś Vinnie Jones) wraz z synkiem, Małym Chrisem (Peter McNicholl), dwóch złodziei, czterech studentów, ich bossa... Wszyscy, bez wyjątku, nawet jeśli pojawiają się na ekranie na chwilę, zapadają w pamięć i dokładają swoją cegiełkę do misternego pałacu zbudowanego przez Ritchiego. Jednocześnie wyłania się największy (jedyny...?) grzech filmu. Postaci jest dużo. Bardzo dużo. Bardzo różnych. Na początku ciężko zorientować się, kto jest kim, całe szczęście z biegiem czasu wszystko się upraszcza i widz może w pełni zaangażować się w film, nie rozmyślając nad powiązaniami między bohaterami.

"Porachunki" są pięknym inicjałem postawionym na początku kariery angielskiego reżysera i scenarzysty. Pierwsza część swoistej gangsterskiej trylogii (z kontynuacjami, utrzymanymi w podobnej konwencji, lecz niezwiązanymi scenariuszowo z pierwszą częścią, w postaci "Przekrętu" i "Rock'N'Rolli") jest filmem świetnym, wyraźnie zapowiadającym narodziny jednego z największych współczesnych reżyserów. Z perspektywy czasu jestem gotów zaryzykować stwierdzenie, że Guy Ritchie stworzył tylko jeden film lepszy od "Porachunków", wspomniany "Przekręt"... 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 48% uznało tę recenzję za pomocną (23 głosy).
Kruczysko
ocenia ten film na:
1 10 9/10 rewelacyjny

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)

o