Recenzja filmu Delicatessen (1991)
Jean-Pierre Jeunet
Marc Caro

Podano do stołu

Mężczyzna z duszą artysty wśród zabłąkanych intelektualnie mieszkańców tytułowych "Delicatesów", gdzie każdy jegomość to osobny materiał do scharakteryzowania, daje spore pole do popisu ...
Filmweb sp. z o.o.
Nakręcony w 1991 francuski film "Delicatessen" był ogromnym świadectwem talentu reżyserskiego, wówczas młodego, debiutującego w branży filmowej reżysera Jean-Pierre'a Jeuneta. Dziś kojarzący się głównie z głośną produkcją pt. "Amelia", w której rozkochała się nie tylko cała Francja, ale także Europa, a potem reszta świata. Oba jego filmy posiadają wspólny mianownik - świetnie przeplatają ze sobą wątki komiczne, absurdalne i poważne. A wszystko to polane w iście francuskim sosie a la Jeunet.

Obsypane Cezarami dzieło Jeuneta to produkcja na wskroś oryginalna. Filmy traktujące motyw postapokalipsy to nadal towar deficytowy, natomiast odważne świadectwo Francuza w tym temacie to dowód jednocześnie na to, że udany mariaż gatunkowy może stać w szeregu z poważną wizją postapokalipsy.

Inna sprawa, że owa postapokalipsa ukazana w filmie to jedynie jej mały wycinek. Nie jest jasno powiedziane, jak doszło do zagłady ludzkości, dlaczego świat ogarnął dziwny pył. W tym specyficznym krajobrazie poznajemy grupkę właścicieli kamienicy - a raczej coś w rodzaju kamienicy, bowiem ruina, owszem, nadal nadaje się do zamieszkania, lecz to, co kiedyś zapewne przypominało osiedle z szarymi blokowiskami z grającą muzyką w tle, teraz jest ubogim świadectwem dawnej świetności i wyglądem zbliżonym jest do opuszczonego bastionu gdzieś w zapomnianej zapadlinie. Nie zmienia to jednak faktu, że nadal mieszkają tam ludzie. Ludzie, którzy jakoś niespecjalnie przejmują się zagładą, lecz żyją znanym rytmem dnia. Do tego specyficznego miejsca wprowadza się gość o nieprzeciętnej fizjonomii, niejaki Louison (Dominique Pinon). Wkrótce zaczyna brakować żywności, a właściciel lokum musi jakoś nakarmić resztę mieszkańców...

Mężczyzna z duszą artysty wśród zabłąkanych intelektualnie mieszkańców tytułowych "Delicatesów", gdzie każdy jegomość to osobny materiał do scharakteryzowania, daje spore pole do popisu utalentowanemu Francuzowi. A więc mamy prawdziwy festiwal prześmiewczych dialogów, zakręconych komentarzy i dzikich spojrzeń. Ale także: niespodziewanych napadów złości, przedziwnych skłonności, odważnych wyznań i chorych dewiacji. Jeunet niebezpiecznie miesza ze sobą składniki, wrzuca wszystko do wielkiego kotła i warzy na dużym ogniu. Wszystko choć chaotyczne, to odpowiednio wyważone tak, że nie odczujecie niestrawności, nawet gdy początkowo się pogubicie.

Dalej jest jeszcze bardziej zwariowanie: w tle rozbrzmiewa muzyczka jak z europejskich miasteczek, a reżyser odważnie reprezentuje swój wyszukany styl. Scenografia przypomina zlepek setek nieudanych pomysłów, na którym wpadli zapewne goście po dobrze zakrapianej imprezie, a wszystko to poprzedza genialny montaż, z pomysłowymi aranżacjami. Zresztą zdjęcia, montaż i scenografia to trzy największe zalety produkcji - słuszne nagrodzone Cezarami i chwalone po dziś dzień. Aż chciałoby się prosić o dokładkę...

Intensywna i sycąca czarna komedia w postapokaliptycznym sosie. Albo: postapokalipsa z domieszką czarnej komedii. Tak czy siak, całość świetnie przyprawiona i ozdobiona bogatym warsztatem reżyserskim Jeuneta. Propozycja dla wszystkich widzów, którzy mają dość odgrzewanych kotletów i szukają czegoś oryginalnego; czegoś, co pozwoli pobudzić kubki smakowe niedzielnemu odbiorcy, a także tym "wszystkowiedzącym". "Delicatessen" jawi się więc dla Was jako Święty Graal. Podano do stołu.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 70% uznało tę recenzję za pomocną (10 głosów).
Spinel
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)

o