Recenzja filmu Butterfly Kisses (2017)
Rafał Kapeliński

Przekleństwo marazmu

Debiut Kapelińskiego stanowi mroczną opowieść o trudach dojrzewania. Powściągliwość, z jaką reżyser przedstawia losy zagubionych w rzeczywistości bohaterów, pozwala ...
Filmweb sp. z o.o.
Rafał Kapeliński to bez wątpienia ciekawa postać. Urodzony w Toruniu twórca w młodym wieku wyemigrował na Zachód, studiował w USA, pracował jako doradca finansowy w Szwajcarii i ukończył prestiżową londyńską filmówkę, w której dziś pełni funkcję wykładowcy. Jakby tego było mało, pełnometrażowy debiut reżysera – zrealizowane przy współudziale Pawła Pawlikowskiego i Johna Malkovicha – "Butterfly Kisses" – zrobił prawdziwą furorę na tegorocznym Berlinale. Kłopot polega jednak na tym, że wytworzona wokół filmu otoczka wydaje się odrobinę ciekawsza niż jego treść.


Debiut Kapelińskiego stanowi mroczną opowieść o trudach dojrzewania. Powściągliwość, z jaką reżyser przedstawia losy zagubionych w rzeczywistości bohaterów, pozwala potraktować "Butterfly..." jako antidotum na rozkrzyczane kino spod znaku "Szatan kazał tańczyć". Niestety, jest i druga strona medalu. Łatwo odnieść wrażenie, że towarzyszące portretowanym na ekranie nastolatkom poczucie marazmu i beznadziei odcisnęło piętno na klimacie samego filmu. Monotonnej, toczącej się raczej w ślamazarnym tempie akcji zdecydowanie brakuje czegoś, co Antoni Słonimski ochrzcił przed laty "energią kinotyczną". 

Być może odpowiedzialny za to wrażenie jest dystans reżysera do opowiadanej historii, którego objaw stanowi już sam wybór perspektywy narracyjnej. Opowieść o nieszczęśliwych losach chłopaka o imieniu Jake staje się tematem gawędy jego kolegów odgrywających w kluczowych fabularnych wydarzeniach jedynie role drugoplanowe. W sprzyjających okolicznościach takie rozwiązanie mogłoby posłużyć stworzeniu bogatej i różnorodnej panoramy opisywanego środowiska. Niestety, Kapeliński sprawia wrażenie, jakby brakowało mu – cechującej choćby Kena Loacha – empatii i autentycznego zainteresowania ludźmi z nizin. Wizerunek właściwie wszystkich postaci poza Jakiem jest w "Butterfly Kisses" rozczarowująco szablonowy.


Stosunek do bohaterów wydaje się zresztą elementem szerzej strategii reżysera, który zrealizował film wykoncypowany, na siłę ciążący ku artystowskiej uniwersalności kosztem szczegółowej obserwacji "tu i teraz". Cierpi na tym choćby potencjalnie ciekawy wątek uzależnienia nastolatków od pornografii. Choć można było pokusić się o wydobycie na wierzch specyficznej natury zjawiska, twórcy zadowalają się potraktowaniem go na prawach enigmatycznej metafory uniwersalnych bolączek okresu dorastania.

Wszystko to nie oznacza jednak, że filmowi Kapelińskiego w ogóle brakuje prowokujących do myślenia konkretów. Reżyserowi udaje się na przykład przekonująco ukazać mechanizm rodzenia się przemocy jako reakcji obronnej na doznane upokorzenie. "Butterfly Kisses" przekonuje także jako opowieść o instynktach, które – nawet jeśli pozornie tkwią pod kontrolą – ostatecznie okazują się niemożliwe do okiełznania.


Prawdziwość tych tez odczuwa na własnej skórze wspomniany Jake – chłopak pozornie spokojniejszy i bardziej uporządkowany od reszty rówieśników. Moment, gdy tłumione emocje chłopaka wybuchają ze zdwojoną siłą, miał w sobie potencjał na wywołanie wstrząsu i trwogi będącej udziałem widzów "Placu zabaw" Bartosza M. Kowalskiego. Wbrew oczekiwaniom, "Butterfly Kisses" nic podobnego się nie dzieje. Debiutowi Kapelińskiego do samego końca brakuje punktu kulminacyjnego, sceny, która byłaby w stanie wzbogacić intelektualny odbiór filmu o niezbędną porcję emocji. Nawet jeśli jednak niedługo po seansie zapomnimy o "Butterfly Kisses", z pewnością warto na dłużej zachować w pamięci nazwisko jego twórcy. Pierwszy pełnometrażowy film Rafała Kapelińskiego – nawet jeśli nie do końca spełniony – zasługuje na szacunek, a pod kilkoma względami stanowi także obietnicę przyszłych sukcesów reżysera.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 83% uznało tę recenzję za pomocną (12 głosów).
Piotr Czerkawski
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły
o