Recenzja filmu Kupiec wenecki (2004)
Michael Radford

Shylock mąciwoda

"Kupiec wenecki", najnowsze dzieło Michaela Radforda, kusi plejadą czołowych gwiazd amerykańskiego kina i kontrowersyjnym tematem. Zabawna historia, w której głównym problemem jest funt ciała ...
Filmweb sp. z o.o.
"Kupiec wenecki", najnowsze dzieło Michaela Radforda, kusi plejadą czołowych gwiazd amerykańskiego kina i kontrowersyjnym tematem. Zabawna historia, w której głównym problemem jest funt ciała pewnego kupca, zdaniem reżysera bardzo trafnie nawiązuje do współczesnej sytuacji na świecie, szczególnie w kwestiach związanych z nietolerancją na tle rasowo-wyznaniowym. Czy da się opowiedzieć o tym z pomocą "Kupca weneckiego"?

Historia przedstawia się tak: zbankrutowany szlachcic Bassanio (Joseph Fiennes), chce poprzez małżeństwo zdobyć majątek. Potrzebuje pieniędzy, by godnie wypaść przed bogatą panną. W tym celu Antonio (Jeremy Irons), jego przyjaciel i tytułowy kupiec, zapożycza się u żydowskiego lichwiarza, Shylocka (w tej roli bardzo interesująco wypadł Al Pacino), którego wcześniej niemiłosiernie poniżał. Podstępny Żyd jako spłaty długu żąda nie pieniędzy, lecz funta ciała Antonia, a ten, dla swojego ukochanego przyjaciela gotów na wszystko, zgadza się na takie warunki. Cały jego majątek znajduje się aktualnie na morzu i niestety, statki toną jeden po drugim, a termin zapłaty się zbliża. Kupiec musi się liczyć z wekslem Shylocka, w którym tamten widzi pretekst i prawo do zemsty za poniżenia, jakich doznał zarówno od Antonia, jak i innych chrześcijan, a przy okazji za cały zły los i podły świat.

Trudno powiedzieć, jaki wydźwięk miał "Kupiec wenecki", w czasach swojej premiery, jednak z pewnością był traktowany o wiele lżej. Jest to wybuchowa mieszanka romantycznej komedii i dramatu, a Michael Radford skłania się bardziej w tę drugą stronę. Lekkie sceny miłosnych perypetii służą do podkreślenia bezmyślności bohaterów (jak i widzów), zamkniętych na dylematy sumienia, spragnionych lekkich rozrywek i spokoju niewiedzy. Widać to chociażby w dekoracjach, Wenecja jest prawdziwa, mroczna, brudna, we wszystkich znaczeniach tego słowa, tam toczy się realne życie. Siedziba pięknej Portii, o której rękę stara się Bassanio, to pałac jak z bajki, utopijna oaza spokoju i piękna, w wiecznym świetle świtu. Zbyt mocno czuć tu chęć narzucenia pewnego sposobu patrzenia, określonej ścieżki, którą chce reżyser przez tę sztukę widza przeprowadzić. Całe szczęście, że obywa się bez zbytniego moralizatorstwa i zmian w treści, wystarczy, że sama atmosfera filmu zmienia wiele.

No i oczywiście kusząca przynęta dla polujących na antysemitów - czarny charakter - Żyd. Uwaga widza zostaje zwrócona w tę stronę już na samym początku, kiedy to pojawia się napis informujący o prześladowaniu Żydów w ówczesnej Wenecji. Funkcjonowali oni na mocno ograniczonych prawach, musieli żyć w getcie, a poza nim nosić czerwone czapki, żeby można ich było odróżnić. Z braku innych możliwości zarobku trudnili się lichwą, za co byli jeszcze bardziej znienawidzeni. Shylock to postać dwuznaczna, z jednej strony przedstawiciel narodu przez wieki prześladowanego za tę historię z Jezusem, walczący o swoje prawa człowieka, a jednocześnie mściwy skąpiec, pełen złości, zdolny do najgorszych czynów i nieznający przebaczenia, czego nikt nie tłumaczy jego pochodzeniem i czego nic nie usprawiedliwia.

Nie ma tu antysemickiego przesłania. Jedynie Żydzi trudnili się wtedy lichwą, a w sztuce potrzebny był lichwiarz. Za to jest jeden antysemita, Antonio, który nienawidził Żydów, a jako kary dla Shylocka zażądał chrztu, podły.

Film jest trudniejszy w odbiorze niż klasyczne adaptacje teatralne, z powodu większego nacisku na wiadome wątki. Nie jest jednak najmocniejszym pretekstem do wszczynania dyskusji na takie tematy. Ale prowokacja się udała i z pewnością niejednokrotnie zarzuty padną, że film jest antysemicki, albo sztuka, albo Szekspir... A może antychrześcijański, albo w ogóle antyludzki?

Cóż, z pewnością jest to film dobry. Przede wszystkim wierna adaptacja Szekspira, dobrze oddane rysy charakterów i napięcie rosnące tak jak uczy stara szkoła. Na pochwałę zasługuje wnikliwa, dokumentalna wręcz obserwacja życia i obyczajów panujących w renesansowej Wenecji. I naturalnie sama Wenecja... Pod względem wizualnym niczego nie można filmowi zarzucić, można tylko się zachwycać. I nie trzeba na siłę uwspółcześniać sztuk Szekspira i doszukiwać się w nich nowych, nie wypływających od twórcy znaczeń, gdyż na nie wiele się to przyda. Treści w nich zawarte są ponadczasowe i niczego im nie brakuje.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 59% uznało tę recenzję za pomocną (17 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)