Recenzja filmu Motyl i skafander (2007)
Julian Schnabel

Warzywo

Człowiek, uosabiający króla świata, pana zwierząt i roślin, ostatni najdoskonalszy stopień ewolucji, jest w gruncie rzeczy powierzchownym, okrutnym stworzeniem, oceniającym otaczającą go ...
Filmweb sp. z o.o.
Człowiek, uosabiający króla świata, pana zwierząt i roślin, ostatni najdoskonalszy stopień ewolucji, jest w gruncie rzeczy powierzchownym, okrutnym stworzeniem, oceniającym otaczającą go przestrzeń według utartych uprzedzeń.

Ile razy zdarza się każdemu z nas odnieść się lekceważąco do osoby sparaliżowanej, wiodącej żywot wegetatywny, łącząc podświadomie jej defekt fizyczny z ułomnością psychiczną i uczuciową. Podchodzimy do takiej osoby z wyższością, bądź jeszcze gorzej – litością, nie potrafiąc dać jej tego, czego najbardziej potrzebuje – akceptacji istnienia w społeczeństwie.

Przejmujące świadectwo przeżyć wewnętrznych człowieka fizycznie sparaliżowanego, okrutnie nazwanego przez jednego ze swoich znajomych "warzywem", odnajdujemy w filmie Juliana Schnabela "Motyl i skafander".

Sucha, pozbawiona banalnej czułostkowości, relacja z wnętrza bezwładnego ciała Jean-Dominque'a Bauby'ego dociera do nas wraz z kolejnym mrugnięciem, ciężkim oddechem oraz narracyjnie wypowiadaną myślą bohatera. Taki oryginalny sposób ekspresji filmowej osiągnięty został dzięki znakomitej współpracy kreatorów tego dzieła, przede wszystkim autora zdjęć Janusza Kamińskiego oraz reżysera, którym został wszechstronny twórca  Julian Schnabel.

Tak też odbieramy ten film, jako dzieło artysty, nieskażonego manierami autorów dramatów filmowych. Nie podaje on nam na tacy emocji, lecz męczy nas mozolnie powtarzanymi, realistycznie ukazywanymi czynnościami rehabilitacyjnymi, częściej zabawnie aniżeli rozpaczliwie komentowanymi.

Często zaskakiwani jesteśmy sytuacjami, w których Jean-Dominque jednocześnie cierpi i się śmieje. Choćby ta z piękną rehabilitantką, która, chcąc nauczyć go uruchomić aparat przełykowy, nieświadomie wykonuje zmysłowe gesty językiem, rozbudzając tym samym tęsknotę za bliskością kobiety. Bawi go, oburzający opiekującą się nim pielęgniarkę, dowcip monterów odnośnie głuchego telefonu. Poprzez takie zachowania widzimy w bohaterze silnego psychicznie człowieka, samemu stając się ludźmi bardziej dotkniętymi jego kalectwem od niego samego.

Taka narracja wprowadza nas w pewien stan odrętwienia, po wyjściu z którego możemy inaczej spojrzeć na świat, częstujący codziennie wskazanych przez los ludzi życiowymi przewrotami. Ileż brakuje, aby korzystający z życia, przebojowy, z pięknymi planami na przyszłość, człowiek stał się podłączoną do mechanicznej aparatury  mięśniowo-elektroniczną hybrydą, nazywaną przez jego "bliskich" warzywem.

Znakomite kreacje aktorskie, o których jeszcze nie wspominałem, w równej mierze jak reżyseria, zdjęcia i muzyka wpływają na silną wymowę filmu. Nie mówię tutaj jedynie o głównej roli Mathieu Amalrica, który dostał swoją życiową szansę, ale również o osobach opiekujących się Jean-Dominique'iem, tworzących nie tak efektowne, ale wspaniale swobodne kreacje. Marie-Josée Croze oraz Olatz Lopez Garmendia w drugoplanowych rolach rehabilitantek na tyle urzekły mnie swoją naturalnością, że uznałem za stosowne o nich wspomnieć.

"Motyl i skafander" jest okrutnie przejmującym i dobijającym filmem. Nie płacze się na nim oczyszczającymi łzami. Otrzymuje się natomiast wewnętrzny balast, sprowadzający do ziemi piękne marzenia oraz każący refleksyjnie spojrzeć na kruchą naturę ludzką. Powstrzymywanie się reżysera od nadmiernego epatowania emocjami sprawia, że sami wewnętrznie musimy przeżywać dramat bohatera.

Jest to trudne, ale jakże wzbogacające…
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 89% uznało tę recenzję za pomocną (28 głosów).
jjarek
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)

o