Recenzja filmu Irina Palm (2007)
Sam Garbarski

Working Class Hero

Subtelnie wywrotowe i delikatnie zaangażowane kino społeczne o przyjemności jaką daje praca.
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Irina Palm (2007)
W zdeptanej przez krytykę komedyjce "Pracownik miesiąca" olewający swoją pracę młodzieniec zakłada się z przyjaciółmi, że zostanie pracownikiem miesiąca. Wszystko po to, aby przespać się z atrakcyjną kasjerką, która ponoć gustuje w przodownikach pracy. Po drodze do celu okazuje się jednak, że praca pakowacza i kasjera w wielkim supermarkecie może być źródłem godności i poczucia własnej wartości. Co to ma wszystko wspólnego z "Irina Palm"? Wbrew pozorom więcej niż można by przypuszczać. To, co amerykanie zamienili w przesyconą etosem protestanckim bajkę, Garbarski uczynił subtelnie wywrotowym i delikatnie zaangażowanym kinem społecznym.

Maggie jest zwykłą, szarą, prostą, nienajmłodszą już kobietą. Jej mąż nie żyje. Jej przyjaciółki ją lekceważą. Jej syn ożenił się z kobietą, która jest jej nieprzychylna. Jej ukochany wnuk zachorował na ciężką i drogą w leczeniu chorobę. Maggie spędza dotychczasowe swoje życie na siedzeniu w domu na przedmieściach Londynu, wizytach w sklepie spożywczym i herbatce u przyjaciółek. Wszystko zamienia się, kiedy Maggie decyduje się uzbierać pieniądze na leczenie wnuka. Gotowa na wszystko wkracza w świat sex clubów. Okazuje się, że nienajładniejsza już kobieta ma wyjątkowy dar - niezwykle delikatne ręce. Za ich dotyk mężczyźni gotowi są płacić pieniądze i ustawić się w wielometrowej kolejce.

Pomysł filmu był bardzo ryzykowny. Pokazać pracę polegającą na erotycznym zaspokajaniu jak każdą inną, jak zajęcie, z którego można czerpać satysfakcję i poczucie wartości. Co więcej, uczynić przestrzeń kojarzącą się z przemocą, wykorzystywaniem, erotyczną konsumpcją i uprzedmiotowieniem drugiego człowieka - przestrzenią, w której może urodzić się delikatne i kruche uczucie. Jak jednak mawiają Rosjanie, kto nie ryzykuje, nie pije szampana.

W sukcesie filmu niewątpliwie pomogła reżyserowi odtwórczyni głównej roli Marianne Faithfull. Zrobienie bohaterki z podstarzałej, zahukanej starszej pani z niższej klasy średniej jest bez wątpienia zabiegiem fabularnie odważnym. Z drugiej strony, osłabia on nieco drapieżność filmu. Jednak Irina Palm jako oddająca się z rozkoszą nierządowi nastolatka, byłaby bohaterką w zupełnie innym filmie - pozbawionym tej subtelności i uroku angielskiego kina społecznego, który znamy chociażby z "Goło i wesoło".

"Irinę Palm" ogląda się znakomicie. Reżyser prowadzi akcję w nieśpiesznym tempie, ale płynnie. Wtręty społeczne i krytyka kapitalizmu nie są nachalne. Rodzące się uczucie pomiędzy doświadczoną przez życie kobietą a właścicielem sex clubu rysowane jest w sposób subtelny, w dużej mierze oparty na najprostszych gestach i niedomówieniach. Profesja głównej bohaterki pokazana została w taki sposób, że film mogą bez problemu oglądać i nastolatki, i emeryci. Całość okraszona jest kilkoma zabawnymi, może trochę efekciarskim scenami i dialogami (np. rozmowa przy herbatce o łokciu penisisty). Wszystko to trochę za mało na arcydzieło, ale wystarczająco na inteligentne i znakomicie zrobione kino, które potrafi naszkicować żywych i przejmujących bohaterów, poruszających się w nietypowo typowej przestrzeni społecznej.

I na koniec jeszcze jedna refleksja, którą wymusza film reżysera o swojsko brzmiącym nazwisku Garbarski. Może w końcu polscy twórcy zamiast narzekać na system, powielać przeróżne klisze i kręcić koniunkturalne gnioty, spróbowaliby zaryzykować. Jak widać czasem się udaje. Trzeba tylko trochę odwagi, wyczucia i szczerości.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 98% uznało tę recenzję za pomocną (49 głosów).
Krzysztof Michałowski
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry