Recenzja filmu Planeta singli (2016)
Mitja Okorn

Z innej planety

Miłośnicy gatunku z łatwością dostrzegą, że scenariusz pozszywano ze skrawków "Masz wiadomość", "Kocha, lubi, szanuje", "Kobiety pragną bardziej", "To właśnie miłość" czy "Brzydkiej prawdy". ...
Filmweb sp. z o.o.
Czego się spodziewać po filmie, którego pomysłodawczynią jest reżyserka "Code Blue", a producentami – były dyrektor festiwalu Nowe Horyzonty oraz krytyk z TVP Kultura? Bulwersującej psychodramy o pasterzu i jego kozach? Przełamującej dyskurs kontemplacji nad bezwładem percepcji? Pudło. "Planeta singli" to przedsięwzięcie skrajnie komercyjne: nafaszerowane gwiazdami, niestroniące od product placementu, zrobione z zamiarem ściągnięcia w walentynki do kin chmary zakochanych. Jednocześnie dzieło Mitji Okorna jest autentycznie zabawne, pełne wdzięku i dobrze zagrane. Na tle tak zwanej polskiej szkoły komedii romantycznej wydaje się więc filmem z innej planety.

photo.title   photo.title

Ona i on, niebo i grom. Ania (Agnieszka Więdłocha) jest nauczycielką muzyki w jednej z warszawskich podstawówek. Nosi się jak pensjonarka, nie może wyzwolić się spod wpływu zaborczej mamusi i bezskutecznie szuka miłości. Tomek to telewizyjny celebryta, trochę Gerard Butler z "Brzydkiej prawdy", a trochę Jim Henson. Sławę i pieniądze przyniósł mu wypełniony seksistowskim humorem talk show z kukiełkami. Jak nietrudno się domyślić, pierwsze spotkanie bohaterów nie skończy się eksplozją zmysłów i motylkami w brzuchu. Podczas drugiego Tomek złoży Ani ofertę. Ona będzie chodzić na randki z facetami poznanymi dzięki tytułowej aplikacji internetowej, później on – zainspirowany jej relacjami z tych towarzysko-sercowych katastrof – stworzy skecze do programu. W ramach wynagrodzenia prowadzone przez dziewczynę kółko muzyczne otrzyma nowy fortepian. Początkowo biznesowy układ funkcjonuje bez zarzutów. Wszystko zmieni się, gdy w trakcie jednej z randek Ania spotka mężczyznę, dla którego skłonna byłaby przenieść się z planety singli na planetę małżeństw.

photo.title   photo.title   photo.title

Twórcy filmu nie próbują wymyślić na nowo prochu. Miłośnicy gatunku z łatwością dostrzegą, że scenariusz pozszywano ze skrawków "Masz wiadomość", "Kocha, lubi, szanuje", "Kobiety pragną bardziej", "To właśnie miłość" czy wspomnianej już "Brzydkiej prawdy". Siłą "Planety singli" nie jest jednak oryginalność, lecz umiejętna gra znaczonymi kartami. Aby uwierzyć w historię, nie trzeba za często wyłączać zwojów mózgowych, zaś dowcip słowny i sytuacyjny nigdy nie powoduje, że chcemy ze wstydu schować się pod fotelem. Choć Więdłosze i Stuhrowi przydałoby się więcej wspólnych scen, aby uwiarygodnić rodzące się między ich postaciami uczucie, razem stanowią czarujący ekranowy duet. Jeszcze lepiej wypada drugi plan: Weronika Książkiewicz jako chimeryczna "psycholożka włosów", Tomasz Karolak w roli jej zazdrosnego męża oraz Piotr Głowacki wcielający się w troskliwego przyjaciela głównego bohatera. Jeśli nadal nie chcecie dać wiary, że "Planeta singli" wywodzi się ze szlachetniejszej tradycji niż filmy konkurencji, policzcie, w ilu rodzimych kom-romach znalazły się piosenki Anawy albo mrugnięcia okiem do fanów kultowego "Do widzenia, do jutra". No właśnie. 

Wizytówką filmu Okorna może być scena wielkiej konfrontacji w Łazienkach Królewskich. Na deskach amfiteatru na wodzie rozgrywa się jednocześnie komedia pomyłek, satyra na goniącą za ekscesem telewizję oraz parodia greckiej tragedii z parą dowcipnych pijaczków pełniących rolę chóru. Reżyser kolejny raz po "Listach do M" udowadnia, że potrafi żonglować konwencjami, a także mieszać ze sobą w harmonijny sposób śmiech i wzruszenia. Chciałbym, żeby w galaktyce polskiego kina pojawiło się więcej takich "Planet".  
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 84% uznało tę recenzję za pomocną (342 głosy).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)