Recenzja gry Thimbleweed Park (2017)

Zaginiony klejnot

Początki tej gry biorą się z kickstarterowej kampanii zbiórkowej zorganizowanej przez Rona Gilberta oraz Gary’ego Winnicka, twórców dawnych, kultowych przygodówek point&click. Nic więc dziwnego, ...
Filmweb sp. z o.o.
"Thimbleweed Park" to gra, której początki biorą się z kickstarterowej kampanii zbiórkowej zorganizowanej przez Rona Gilberta oraz Gary’ego Winnicka, twórców dawnych, kultowych przygodówek point&click. Nic więc dziwnego, że ich nowa produkcja jako żywo odwołuje się do tego właśnie nurtu gier.




"Thimbleweed Park" to połączenie "Twin Peaks z neo-noirowymi motywami i sporą dawką absurdalnego humoru – za przykład niech posłużą podróżujące w ciężarówce gołębie, a w zasadzie kobiety przebrane za gołębie rozpracowujące hydraulikę; nie dość, że są bardzo tajemnicze, to jeszcze raz po raz raczą nas enigmatycznymi tekstami. 

Pod względem gatunku "Thimbleweed Park" to typowe point&click – kiedyś bardzo popularne, a jakiś czas temu przywracane do życia przez niezależne produkcje, z których wiele powstawało w darmowym oprogramowaniu Adventure Game Studio. Dodajmy do tego ostatnie remastery "Day of the Tentacle", "Grim Fandango" czy "Full Throttle", a jasne stanie się, że to doskonały moment na wprowadzenie na rynek przygodówki tak mocno odwołującej się do gier z przełomu lat 80. i 90. W "Thimbleweed Park" robimy dokładnie to, co tak pochłaniało graczy 30 lat temu. Chodzimy po mieście, rozmawiamy z różnymi postaciami, przeklikujemy się przez kolejne ekrany, by znaleźć jakieś przedmioty, a następnie rozwiązujemy rozliczne zagadki, które popchną fabułę do przodu (do wyboru mamy pięć postaci: agentów Angelę Ray i Antonio Reyesa,  smętnego i wulgarnego klauna Ransome'a, panienkę Delores oraz Franklina). Te ostatnie bywają różne. Większość dostosowana jest do obecnych czasów i nie sprawia zbyt wielkich problemów, znajdą się czasem jednak takie, które trudno rozszyfrować, ale nie dlatego, że są trudne, tylko nie łatwo odgadnąć, co twórcy mieli na myśli. Na szczęście te uchybienia tylko promil całej zabawy.

Gra Gilberta nie oszczędza na wywoływaniu nostalgii – jak za starych, dobrych czasów po prawej stronie ekranu mamy inwentarz, zaś po lewej dziewięć czasowników, które odpowiadają za wykonywanie specyficznych czynności. Można więc rzeczy otwierać, zamykać, dawać, spoglądać na nie albo z nimi rozmawiać. Częściowo na szczęście to szalone klikanie jest zautomatyzowane, gdyż niektóre czynności wykonujemy kontekstowo, np. domyślnie prawe kliknięcie na drzwi otworzy je. Nie trzeba więc najpierw wybierać słowa "open", a potem klikać na drzwi. 




W grze znajdzie się oczywiście, wzorem starych przygodówek Gilberta, sporo dobrego humoru. Nie wszystkie żarty są udane, ale za to wszystkie bardzo błyskotliwe. Nieraz gra zajmie się także czwartą ścianą, zwłaszcza gdy np. postacie zaczną rozmawiać o tym, że nie trzeba przejmować się punktami zapisu, bo od pewnego czasu twórcy przygodówek podjęli dobrą decyzję: nie zabijać swoich postaci.


Cała gra zrealizowana jest na modłę starych przygodówek, więc i grafika odwołuje się do rozpikselowanych staroci. Oczywiście np. teksty wygłaszane przez postacie pokazane są wygładzonym, ładnym krojem pisma, ale już bohaterowie oraz tła to zbitki pikseli. Nie ma w tym nic złego, wszak wiele produkcji niezależnych korzysta z takiej właśnie estetyki. Co więcej, zrobienie dobrych teł w pixel arcie to też nie lada wyzwanie. Z oprawą twórcy poradzili sobie jednak znakomicie. Nie brak tu niczego, a lokacje są bardzo ładne i wyraźne. To samo zresztą dotyczy postaci, które – wzorem "Maniac Mansion" i innych gier – stworzono tak, by miały wielkie głowy. Pozwala to ominąć kwestię portretów i mimikę przenieść na samych bohaterów.




Gilbert miał powiedzieć, że "Thimbleweed Park" będzie przypominać zaginioną w bałaganie przygodówkę LucasArts. I faktycznie tak jest, grze bardzo blisko do takich klasyków jak "Maniac Mansion" czy "Secret of the Monkey Island". Nie tylko w zakresie oprawy wizualnej, lecz także w kwestii stosunkowo skomplikowanych i absurdalnych zagadek do rozwiązania. "Thimbleweed Park" to zaginiony klejnot lat 80., gra, która sprawi, że zakręci się w oku łza sentymentu. Poza tym to naprawdę dobra przygodówka.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 56% uznało tę recenzję za pomocną (9 głosów).
Joachim Snoch
ocenia tę grę na:
1 10 8/10 bardzo dobra