Recenzja filmu Cuda z nieba (2016)
Patricia Riggen

Zasłużyć na cud

"Cuda z nieba" zamiast piętnować czy straszyć, starają się chwalić to, co najlepsze w chrześcijaństwie: wspólnotę, która pomaga, pociesza, z którą można dzielić radości i smutki. 
Filmweb sp. z o.o.
"Wyłączcie myślenie, jeśli chcecie się dobrze bawić". Zazwyczaj zdanie to pada w kontekście szalonych filmów akcji lub horrorów o absurdalnej fabule. Oznacza ono mniej więcej tyle: daj się ponieść narracji, baw się, wzruszaj, ale nie zastanawiaj, skąd się to wszystko bierze, jaki ma przekaz i czy jest w tym choć odrobina sensu. Co zaskakujące, taka strategia odbiorcza sprawdza się nieźle w przypadku "Cudów z nieba".

Po części wynika to z samej historii, inspirowanej faktami. Anna Beam to prawdziwa nastolatka (będzie ją zresztą można zobaczyć w filmie), która cierpiała na śmiertelną i nieuleczalną chorobę. W skrócie polegała ona na tym, że miała sparaliżowaną część układu pokarmowego. Jej jelita nie funkcjonowały. Jedzenie, które do nich trafiało, po prostu tam leżało i gniło, wywołując straszliwe cierpienie. Kiedy dziewczynka przygotowywała się na śmierć, doszło do wypadku. Wpadła do środka spróchniałego drzewa. Upadek z wysokości trzech pięter na głowę nie zakończył się śmiercią lub paraliżem, lecz doprowadził do jej uzdrowienia. Jak to wyjaśnić? Jak w ogóle ogarnąć tak niezwykły splot okoliczności? Czy jest to dowód na istnienie Boga?

Nie warto o tym zbyt wiele myśleć, by nie utracić krzepiącego przesłania, jakie starają się przekazać widzom twórcy. "Cuda z nieba" są bowiem opowieścią o nadziei. To piękna, chwytająca za serce przypowieść o tym, że nawet w największych mrokach ludzkiego cierpienia można odnaleźć światło ogrzewające duszę, wskazujące wyjście. Owszem, film ma trochę odpustowy charakter, bazuje na prostych chwytach narracyjnych, które czasem przybierają postać nadprzyrodzonej interwencji. Częściej jednak wynikają z obecności drugiego człowieka i jego dobrej woli. W filmie pełno jest bezinteresownych i wrażliwych ludzi, którzy, bez szukania poklasku, sławy czy nawet słowa podziękowania, pomagają głównym bohaterom. Kiedy ogląda się to wszystko na dużym ekranie, łatwo ulega się magii, bez większych problemów wierzy się, że świat pełen jest takich cudów - gwarantuję, że wiele osób oglądających film będzie sięgać po chusteczki. I dlatego lepiej nie dywagować nad tym, co obraz tak naprawdę pokazuje. Nad przypadkowością cudu uzdrowienia; nad wyczuwalną, choć na szczęście podaną w zawoalowanej formie, chrześcijańską indoktrynacją, która jasno daje do zrozumienia, kto "zasługuje" na cud. 

I choć "Cuda z nieba" są kinem propagandowym, to zarówno ateistów, jak i wyznawców innych religii nie powinno to odstraszyć. Twórcy zrezygnowali z natrętnej ewangelizacji. Pominięte zostały wszystkie kontrowersyjne tematy. Ba, znalazło się nawet miejsce na lekkie zbesztanie dewotów. "Cuda z nieba" zamiast piętnować czy straszyć, starają się chwalić to, co najlepsze w chrześcijaństwie: wspólnotę, która pomaga, pociesza, z którą można dzielić radości i smutki. Całość ubrana została w typowy kostium niezależnego kina amerykańskiego. Znalazło się nawet miejsce dla barwnych, nieco ekscentrycznych postaci i prostych lecz chwytliwych melodii. Reżyserka, we współpracy z całą ekipą i przy dużej pomocy Jennifer Garner i Martina Hendersona, zrobiła wszystko, by łączyć widzów, a nie ich dzielić. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 55% uznało tę recenzję za pomocną (75 głosów).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły