Recenzja filmu Bardzo długie zaręczyny (2004)
Jean-Pierre Jeunet

Zdjęcia w sepii z albumu babci

"Bardzo długie zaręczyny" zabierają nas w sentymentalną podróż do doskonale odtworzonego Paryża lat 20. i brutalnie przerzucają na front pierwszej wojny światowej. Film stanowi dzieło ...
Filmweb sp. z o.o.
Jean-Pierre Jeunet dał się poznać w swoich poprzednich filmach jako perfekcjonista – w świetnych "Delicatessen" i "Mieście zaginionych dzieci" wykreował własne, surrealistyczne światy z dbałością o najmniejsze szczegóły, zaś w najbardziej przystępnej dla szerszej publiczności "Amelii" stworzył uroczy, magiczny klimat dzięki wielu drobnym, słodkim motywom. Tym razem wziął na warsztat poważniejszy temat i dysponował zdecydowanie większym budżetem, dzięki czemu mógł stworzyć obraz epicki, wciąż jednak mocno zakorzeniony w jego charakterystycznym stylu i bogaty w drobne, ledwo zauważalne smaczki, które nadają jego kinu niepowtarzalnego, baśniowego klimatu.


Adaptacja powieści Sébastiena Japrisot opowiada o losach Mathilde, młodej dziewczyny, która uparcie poszukuje swojego ukochanego zaginionego w czasie pierwszej wojny światowej, nie przyjmując do wiadomości informacji o jego śmierci. Nie dostajemy tu jednak smętnego, wojennego melodramatu – reżyser z gracją porusza się między gatunkami, serwując nam historię w strukturze przypominającą kryminał, co rusz podrzucając nowe tropy i żonglując nielinearną, pełną retrospekcji i przedstawiania tych samych wydarzeń z różnych punktów widzenia narracją. Wplatając w to mnóstwo ozdobników (perełkę stanowi tutaj scena zapalania i gaszenia zapałek przez parę kochanków), opowieść zaczyna mieć charakter baśni. Konwencja filmu jest lekka i pełna urokliwego, typowego dla filmów Jeuneta humoru – choć czasem czarnego, to jednak nigdy nie przekraczającego pewnych granic. Oprócz głównego wątku poznajemy tutaj mnóstwo barwnych postaci pobocznych, których losy krzyżują się z naszą bohaterką – najciekawsza jest historia femme fatale Tiny Lombardi mszczącej się za cierpienie, jakiego zaznał na froncie jej kochanek. Całość okazuje się bardzo logiczna i spójna, dzięki czemu wciąga i angażuje emocjonalnie widzów – choć z początku może wydać się nieco pogmatwana i narracyjnie ciężka, co jest właściwie jedynym zarzutem, jaki mogę postawić temu filmowi.

Natomiast tym, co od pierwszej do ostatniej sceny najbardziej rzuca się w oczy, jest rewelacyjna warstwa artystyczna obrazu Jeuneta, co zresztą nie powinno dziwić amatorów francuskiego reżysera znających jego wcześniejsze filmy. Scenografia dopracowana jest z taką pieczołowitością, że widząc zbliżenie na ziarenka piasku można mieć wrażenie, iż każde z nich zostało starannie ustawione właśnie w taki sposób. Znów otrzymujemy stworzony na potrzeby filmu cały świat pełen małych drobiazgów, które dostrzeżemy dopiero przy wtórnym sięgnięciu po tę produkcję. Również zdjęcia Bruno Delbonnela stanowią klasę same w sobie – największe wrażenie robią dalekie plany ukazujące malownicze pejzaże skalnej wyspy z latarnią morską, rozległe pola zboża czy pociągi filmowane z lotu ptaka. Sekwencje dziejące się na froncie są także bardzo sprawnie zrealizowane – klimat jest tak doskonale uchwycony, że prawie czuć zapach dymu, martwych ciał i stęchlizny. Warto zwrócić tutaj uwagę na zastosowane przez twórców filtry, dzięki którym sceny te ukazane są w zimnych barwach – co kontrastuje z ciepłymi żółciami scen z życia Mathilde, przywodzącymi na myśl przeglądanie starego albumu podczas herbatki u babci. Mamy tutaj również bardzo naturalnie wypadające efekty specjalne, zrealizowane mieszanką techniki tradycyjnej i komputerowej – najbardziej imponuje pod tym względem wybuch w szpitalu zlokalizowanym w olbrzymim hangarze z wypełnionym helem sterowcem. Całość dopełnia muzyka Angelo Badalamentiego, współpracującego już wcześniej z Jeunetem oraz znanego przede wszystkim ze współpracy z Davidem Lynchem – subtelna, nigdy nie pchająca się na pierwszy plan, jednak zawsze delikatnie podkreślająca wydarzenia na ekranie i wpadająca w ucho.


W kwestii obsady reżyser po raz kolejny sięga po swoich stałych współpracowników – w roli głównej mamy znaną z "Amelii" Audrey Tautou, której rola pozornie może wydawać się zbliżona do poprzedniej – Mathilde jednak jest śmiała i pewna siebie, uparcie dąży do celu i bezwzględnie wykorzystuje do tego swoje lekkie kalectwo. Charakterystyczną cechą jej postaci są kompulsywne zakłady z losem, dzięki którym chce sama siebie przekonać, że jej ukochany wciąż żyje – zawsze kończące się dwuznacznym rezultatem. Poza nią nie mogło zabraknąć Dominique Pinona w roli sympatycznego wujka dziewczyny oraz Jean-Claude Dreyfusa i Rufusa w pomniejszych rolach. Z pozostałej obsady na największe uznanie zasługują Marion Cotillard w roli mściwej femme fatale i Gaspard Ulliel w roli zaginionego kochanka Mathilde, Manecha. Choć nie dostaje on zbyt wiele czasu ekranowego i wypowiada jeszcze mniej kwestii, to poprzez samą mimikę zdecydowanie rozwija tę postać, zaś jego przygnębiająca deklaracja na pograniczu szaleńczego majaczenia i głębokiej refleksji wypowiedziana w oczekiwaniu na wyrok zapada w pamięć.

Największym atutem filmu jest jednak jego pozytywny – niezależnie od zakończenia – przekaz. Miłość pomiędzy Mathilde i Manechem to uczucie szczere, krystaliczne i bez skazy, które dojrzewa poprzez trudy wojny i wyrasta ze swej nastoletniej naiwności, a zamiast na górnolotnych deklaracjach opiera się na konkretnych czynach i napędza bohaterów do prawdziwego heroizmu. Trudno mi wskazać drugi przykład tak pięknego ukazania miłości i nadziei w kinie. Historia stroni od tanich ckliwości, a przy tym naprawdę wzrusza. Kontrastem dla tej sielanki jest sposób ukazania wojny. Pozbawiona jest ona jakiegokolwiek patosu, dumy czy wyższych wartości – to po prostu fabryka zamieniająca młodych, obiecujących mężczyzn w trupy na rozkaz starców zasiadających w sztabach. Świadczy o tym już sama bestialska kara, jaka spotyka Manecha i czwórkę jego kolegów – za mniej lub bardziej przypadkowe samookaleczenie zostają wysłani na ziemię niczyją, oczekując egzekucji ze strony jednej lub drugiej ze stron. Dobitnie natomiast podkreśla to scena, w której jeden ze skazańców desperacko krzyczy, że nie jest Francuzem, co skutkuje zastrzeleniem go przez byłego kompana z okopów. Charakterystyczny dla Jeuneta sposób wprowadzania bohaterów do historii – poprzez retrospekcje obrazujące zarówno ważne, jak i bardzo drobne szczegóły z ich życia – pozwala widzom na nawiązanie z nimi głębszej więzi, przez co jeszcze mocniej uwypuklona zostaje tragedia jednostki, której jedyną winą jest urodzenie się w złym miejscu i czasie.


"Bardzo długie zaręczyny" zabierają nas w sentymentalną podróż do doskonale odtworzonego Paryża lat 20. i brutalnie przerzucają na front pierwszej wojny światowej. Stanowią historię o tyle wiarygodną, że przez cały film gdzieś z tyłu głowy czujemy, że pomimo całej bajkowości tej historii, podobne losy rzeczywiście spotykały wiele osób rozdzielonych przez wojnę. Film stanowi dzieło satysfakcjonujące w każdym aspekcie, od rewelacyjnej warstwy wizualnej, przez wielowątkową i wciągającą fabułę aż po skłaniające do refleksji i czytelne, choć nie podane na tacy, przesłanie. Z czystym sumieniem mogę ten obraz polecić każdemu – to dobra propozycja zarówno na romantyczny wieczór filmowy we dwoje, jak i do indywidualnego seansu, dla wrażliwców i twardzieli.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? Nikt jeszcze nie ocenił tej recenzji $percent% uznało tę recenzję za pomocną ($review.rating.count głosy).
Ledsbourne
ocenia ten film na:
1 10 10/10 arcydzieło!

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)