Dobrze, że ten film wyreżyserował tak sprawny reżyser jak Gus Van Sant. Dzięki temu nie obsuwa się on w totalny kicz. Gus tonował schematyczność i przewidywalność całej historii jak tylko mógł.
Zabrakło mi w tym obrazie dalej idącego pogłębienia psychologicznego postaci dwóch antagonistów: Milka i White'a. Obaj zostali znakomicie sportretowani przez Penna i Brolina. Aż strach pomyśleć, co by się działo, gdyby mieli lepszy materiał do zagrania. Mógł powstać ciekawy portret tych dwóch postaci. Chętnie też zobaczyłbym jak Milk dojrzewał do tego, kim w końcu się stał, jak wyszedł z ukrycia i zmienił swoje życie. Szkoda, że zostało to załatwione jednym dialogiem, a potem od razu seria sukcesów, gdy ni stąd ni zowąd, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zamienia ultrakonserwatywną dzielnicę w mekkę gejów.
Ukazanie drogi wewnętrznej przemiany głównego bohatera, a potem konfrontacji na głębszym poziomie z Whitem, byłaby sto razy ciekawsza. Ale nie taki był cel tego filmu. Chodziło po prostu o spopularyzowanie postaci Milka oraz przedstawienie genezy i założeń ruchu gejów i lesbijek, z okrasą tak kochanego w Ameryce przesłania o wolności, równości, dyskryminacji oraz nadziei, która nie umiera. Zwykle nie trawię takich filmów, ale tutaj Van Sant sprawił, że to wszystko było nawet znośne. Tylko znośne. 6/10
PS Brawa dla całej ekipy za oddanie realiów epoki. Chyba po raz pierwszy widziałem coś takiego, że zdjęcia archiwalne nie odstawały od reszty filmu, ale płynnie się z nim łączyły.
Boję się, co by się stało, gdyby film chciał pogłębić portret psychologiczny White'a. Brolin swoim występem wyraźnie sugeruje, że White źle czuje się w swojej skórze, sugeruje to też wsadzenie go w niedopasowane garnitury z wielkimi krawatami i charakteryzacja, ale film nie wyjaśnia jednoznacznie - i Bogu dzięki - dlaczego zrobił co zrobił. Przy mniej "delikatnym" podejściu do relacji Milk-White Van Sant spotkałby się z oskarżeniami o to, że pochopnie przedstawia White'a jako kogoś, kto cierpi na homofobię zinternalizowaną.
Tym bardziej nie wydaje mi się, że chociaż przez chwilę rozważał szersze pokazanie "konfrontacji" White'a z Milkiem.
Jeśli chodzi o "dojrzewanie" Milka - jak sam zauważyłeś, nie to miał film na celu. I znowu muszę powiedzieć - Bogu dzięki - bo filmy biograficzne tak często ograniczają się do przedstawiania tylko głównej postaci i wyciągnięcia na siłę z jej życia jakiegoś mało odkrywczego przesłania. Scenarzysta wsadza w usta Milka słowa, które wyraźnie określają temat filmu: "I'm not a candidate. I am part of the movement. The movement is the candidate.". Więc - film teoretycznie jest o Milku, ale tak naprawdę jego tematem jest ruch homoseksualistów; dlatego w przeciwieństwie do innych filmów biograficznych, które powstały w ostatnich latach, ten prawie zawsze przedstawia głównego bohatera w grupie/tłumie ludzi. Oczywiście to prawie typowa amerykańska historia, ale wydaje mi się, że jest w niej o wiele więcej artystycznej duszy niż w historiach w stylu "Forresta Gumpa". I nie udaje, że nie jest amerykańską historią, za co ma u mnie ogromnego plusa.
* Zgadzam się, że Van Sant zrzuca lwią część odpowiedzialności za powodzenie filmu na aktorów, ale nie widzę tutaj nic złego, jeśli potrafi z nich wyciągnąć tak świetne występy - obsada "Milk" jest zdecydowanie jedną z najlepszych obsad roku.
"film teoretycznie jest o Milku, ale tak naprawdę jego tematem jest ruch homoseksualistów" - masz 100% racji. I to w zasadzie był mój zarzut: ja jednak wolę film o człowieku, a nie tylko o jakichś ideach, czy ruchach.
Pisząc o tym, że dobrze byłoby zobaczyć pogłębienie relacji między Milkiem i Whitem bynajmniej nie chodziło mi o to, by Van Sant serwował nam jakąś tanią psychoanalizę i próbował wyłożyć kawę na ławę. Też nie lubię jednoznacznych wyjaśnień. Chodziło mi o to, że wolałbym, gdyby skupiał się bardziej na ludziach niż wzniosłych hasłach i ideach. Ot i tyle.
Ja też nie widzę nic złego w tym, że Van Sant polega na aktorach - ma świetną obsadę i może sobie na to pozwolić, a i my na tym korzystamy otrzymując świetne role.
A Gus pokazje swoją wielką klasę przez to, że w zasadzie sztampowy nieco scenariusz (za co ta nominacja do Oscara?) realizuje w ten sposób, że da się to oglądać.
Nominacja za scenariusz zasłużona moim zdaniem. Sztampowy to by był, gdyby w scenie zabójstwa Milk powiedział: "Dlaczego to robisz, White?" a White na to: "Nienawidzę gejów". Albo coś w tym stylu. :P Innymi słowy: gdyby film dopowiadał - dlaczego White zabił Milka. No i oczywiście, gdyby opowiadał o tym, jakie to Milk miał ciężkie życie, ale je przezwyciężył i stał się bohaterem publiki. Innymi słowy: wyszłaby z tego jeszcze jedna hagiograficzna biografia dla lubiących się wzruszać. Coś w stylu "Pięknego umysłu", "Raya", czy "Spaceru po linie". Do mnie takie filmy nie trafiają. Są nudne, przewidywalne, banalne. Van Sant i autor scenariusza zrezygnowali ze skupiania się na Milku. Ważniejsze było dla nich sportretowanie ruchu gejowskiego i przemian obyczajowych. I wyszło im to znakomicie. Nawet, jeśli uznamy, że to film propagandowy (przede wszystkim) - to jest to propaganda pierwszej wody. 8/10