W „Mieście śmierci” Gregory’ego Navy jest wszystko, czego wymaga film sensacyjny: miasteczko na granicy meksykańsko-amerykańskiej, trupy młodych kobiet bestialsko gwałconych i zabijanych, dziennikarka, która przyjeżdża do Juarez, żeby przeprowadzić własne śledztwo. Można tu również znaleźć elementy kina społecznego. Sprawę otacza mur milczenia. Kobiety, które przeżyły atak, są zastraszone. Żyjące w nędzy rodziny ofiar nie mają żadnych możliwości, by się upomnieć o sprawiedliwość, a miejscowej policji wyraźnie nie zależy na wyjaśnieniu tajemnicy. Tymczasem każdy tydzień przynosi nowe zbrodnie.
Gregory Nava potrafi stopniować napięcie, umiejętnie prowadzi dziennikarkę, towarzyszącego jej kolegę z miejscowej gazety i widzów ku rozwiązaniu tragicznej zagadki. Pomagają mu Antonio Banderas i Jennifer Lopez, którzy w filmie Navy grają skromnie i przekonująco. Można powiedzieć: ambitny, sprawnie zrealizowany thriller.
Co sprawia, że „Miasto śmierci” ma większą moc niż zwykłe kino sensacji, że trafiło nawet do prestiżowego konkursu berlińskiego? Życie. W promocji filmu brały udział matki zabitych dziewczyn, które po raz pierwszy poczuły, że dzięki filmowcom uda się wreszcie nagłośnić tuszowaną przez miejskie elity sprawę. Bo opisywana tragedia naprawdę dotknęła Juarez.