Dziku53

Oskar Dziki

RSS
Krótkie recenzje mało znanych horrorów, nie tylko tych dobrych. Zapraszam do komentowania i zostawiania swoich propozycji !

Wpis został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz ten wpis

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować wpis

Blog został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz tego bloga

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować bloga

God's Bloody Acre (1975)
| 5 komentarzy
                                 

Fabuła tego obskurnego exploitu kręci się wokół postaci trzech, na wpół zdziczałych pustelników. Sielskie życie w wielkim, prastarym mateczniku odpowiada bohaterom i nic, wydawać by się mogło, nie jest w stanie im tego odebrać. Jednak do czasu, malowniczy las zostaje najechany bowiem przez armię buldożerów, koparek i facetów w kraciastych koszulach uzbrojonych w piły mechaniczne. Okolica zanim zostanie oddana do użytku publicznego jako kemping musi być wcześniej do tego przygotowana.

Jak nietrudno się domyślić, krucjata cywilizacji przeciw matce naturze nie spodoba się żyjącym z nią w zgodzie chłopakom. Zmuszeni będą oni do partyzanckiej walki o swój kawałek ziemi, walki, w której trzeba będzie w końcu targnąć się na ludzkie życie. Oczywiście w konflikt zostaną wplątane osoby trzecie, banda mieszczuchów którzy przez splot różnych wypadków znajdą się akurat w feralnej kniei. 

                                              

Już na pierwszy rzut oka widać, że w God's Bloody Acre mamy do czynienia raczej z brudnym kinem Hixploitation (kino eksploatujące wizerunek stereotypowego mieszkańca południa Stanów - rednecka) niż z proekologiczną historyjką. Reżyser Harry Kerwin kreuje swoich bohaterów w bardzo ambiwalentny sposób, choć bycie obdartym dzikusem może odtrącać, ich motywacja jest dla widza w pełni zrozumiała. 

Jak na tle całkiem fajnie pomyślanej acz prostej historii wypada cała reszta? Ano typowo dla taniego kina Drive-In. Twórcy za śmieszną kwotę 20 000 tysięcy dolarów ruszyli w gęste jak dżungla lasy Florydy i nakręcili film. Dzieło które w pewien sposób lustruje nastroje ówczesnego społeczeństwa. W krótkich, symbolicznych scenach odnosi się do panującego jeszcze na południu rasizmu, świetny dialog w scenie w której para mieszczuchów przejeżdża obok zepsutego samochodu w którym siedzą czarnoskóre młodziki.

"Mąż - Three niggers in a rolls royce.Żona - They're not niggers. They're black. If they have it, they probably worked hard to get it."

Trafny komentarz, zwłaszcza w późniejszej fazie filmu kiedy okazuje się że owi Czarni są grupą zwykłych bandziorów.                                                                                                                                                                                                                             

Ale miłośnicy tandetnego gore, widocznych gołym okiem wpadek realizatorskich czy w końcu komicznie źle napisanych dialogów oczywiście znajdą tutaj coś dla siebie. Tego pierwszego nie ma co prawda za wiele, jednak już na początku dostaniemy fajną scenę z facetem przejechanym buldożerem. Z biegiem wydarzeń film skręca też w kierunku kina zemsty z uzbrojoną w dwururkę blond pięknością! Ale zanim do tego dojdzie czeka Was jazda po wszystkich popularnych stereotypach, w tej produkcji miejsce kobiety wyznacza soczysty liść od męża! 

Komu zatem polecić zapomnianą nawet przez Przedwiecznych Bogów produkcję? Odpowiedź jest prosta: koneserom kina eksploatacji i wszystkim fanom redneckowych klimatów. W rytm nastrojowego country spędzić można przyjemnie 87 minut swojego życia, oczywiście jeśli przymkniecie oko na te wszystkie niedociągnięcia i wpadki tak znamienne dla kina samochodowego, gdzie gwałty i cycki były na porządku dziennym a słowo "Poprawność Polityczna" wzbudzała tylko lekki uśmiech politowania.

Choć w późnych latach 80tych wytwórnia TransWorld Entertainment rzuciła na rynek kasetę z poprawionym obrazem, film dzisiaj można złapać w stylowym DVD. Dlatego nic nie stoi Wam, drodzy fani, aby odkopać ten relikt dawnych, wspaniałych czasów. Jeśli tak jak ja odpowiednio nastawieni wejdzie w świat filmu, resztę łykniecie z całym dobrodziejstwem inwentarza, obiecuję.

Ocena: 7/10
Masters of Horror - The Fair Haired Child
| 11 komentarzy |
                                   

Porwania, demony i tajemnicze rytuały to chleb powszedni każdego fana filmowej grozy. Dokładnie te trzy rzeczy składają się na ósmy epizod serialu Mistrzowie horroru, tym razem w reżyserii William Malone. Znany choćby z kultowej serii Opowieści z krypty oraz kilku mniej lub bardziej udanych horrorów.

Wracająca przez las na swoim rowerze Tara (Lindsay Pulsipher) zostaje porwana przez dziwaczną parę małżonków zamieszkującą pokaźnych rozmiarów wille na totalnym odludziu. Dziewczyna zostaje uwięziona w piwnicy gdzie poznaje blond chłopaczka Johnnyego (Jesse Haddock). Po jakimś czasie sytuacja coraz mniej przypomina zwykłe porwanie a przygotowanie do rytuału mającego zakończyć umowę z pewnym demonem.

Kolejny epizod i kolejne pozytywne zaskoczenie! Mroczna historia to strzał w dziesiątkę i choć nie wydaje się ona ostatecznie jakoś specjalnie innowacyjna to trzyma widza przy ekranie do samego końca. Tajemniczy rytuał, przewrotne zakończenie i ciągłe napięcie budowane są tutaj oszczędnym nakładem kosztów ale działają jak w zegarku.

Bardzo fajnie wypadają tu także segmenty typowo nastawione na strach. Ucieczka Tary przed pokracznym demonem może zagotować krwi mniej odważnym widzom. Mimo że widać tutaj braki w charakteryzacji to wszystko sprawnie skrywają mroki piwnicy. Jest tu też miejsce na trochę gore ale jest ono naprawdę szczątkowe więc nie ma go jak ocenić. Czasami efekty, szczególnie w czarno-białych sekwencjach mocno jednak kuleją, głównie za sprawą fatalnego CGI.

Można czepiać się epilogu który jest troszkę zrobiony na siłę, przynajmniej ja odczułem takie wrażenie. Cała reszta to sprawnie prowadzona historia grozy z kilkoma naprawdę strasznymi momentami i całkiem ciekawą fabułką. Spokojnie można by było zrobić z tego pełnometrażowy film i wycisnąć z tego jeszcze więcej! Myślę że fani horroru wszelakiego znajdą tutaj coś dla siebie, tak jak ja i wchłoną bez ziewnięcia historię jasnowłosego dziecka.

Ocena: 7/10
Masters of Horror - Sick Girl
| 7 komentarzy
                    

Owady to jedno z najczęstszych, naturalnych zagrożeń w filmach grozy. Były pająki (Arachnofobia) czy nawet mrówki (Mordercze mrówki) czy karaluchy (Zabójcze karaluchy).
Nic dziwnego że właśnie te istoty pojawiły się w końcu w serii horrorów Mistrzowie horroru w postaci rzadko spotykanego, modliszkopodobnego stworka.

Ida Teeter (Angela Bettis) to homoseksualna pani entomolog pracująca przy owadach na jednej z amerykańskich uczelni. Pewnego dnia pod jej drzwiami znajduje przesyłkę z Brazylii zawierającą dziwacznie wyglądającego insekta. W międzyczasie rozpoczyna ona romans z poznaną na uczelni Misty (Erin Brown) która szybko wprowadza się do mieszkania bohaterki. Jak to w życiu bywa nowy nabytek pani profesor ucieka i kąsa Misty w ucho. Od tego momentu z dziewczyną zaczynają się dziać naprawdę dziwne rzeczy.

Bo niezbyt udanym epizodzie ''Czekolada'' chora dziewczyna jest na pewno miłym zaskoczeniem. Lekko prowadzona historia z dużą ilością humoru jest naprawdę interesująca. Przypomina ona klasyczne Monster Movies pokroju Mucha w którym obserwujemy powolne przeistaczanie się istoty ludzkiej w swój owadzi odpowiednik. W tle pojawia się, charakterystyczny dla twórcy, wątek homoseksualny oraz jego odbiór społeczny. Na szczęście nie jest on na siłę promowany i nie kłuje w oczy osoby nawet tak konserwatywne jak ja ;)

W tym lekkim klimacie odnajduje się także całkiem niezłe gore i kilka wiaderek krwi. Co prawda wygląda to wszystko kiczowato ale idealnie wpisuje się w obraną przez reżysera stylistykę. Gumowy robaczek biegający jak ciągnięty linką po korytarzu wystawiający swe plastikowe członki budzi uśmiech, i nie jest to uśmiech politowania. Co prawda nie wszyscy muszą być fanami tego typu konwencji ale ci którym podobały się pierwsze ''Muchy'' czy wspomniana na początku ''Arachnofobia'' poczują się jak w domu.

Na plus można zaliczyć też aktorstwo, zwłaszcza dwóch głównych bohaterek z naciskiem na Misty. Widać że wykreowana przez nią postać jest jakaś taka hmmm opóźniona? Idealnie wręcz pasuje do odsuniętej od świata i otoczonej owadami Idy. Gdzieś tam pojawia się jeszcze współpracownik Idy który umacnia segment komediowy filmu oraz staruszka mieszkająca z bohaterkami w jednej kamienicy. Ta robi tutaj za lustro tego mniej otwartego na inność społeczeństwa.

Cały epizod oceniam wysoko choć mógłbym ocenić jeszcze wyżej. Niestety to co najlepsze w filmie pojawia się dopiero pod koniec seansu. Do gustu nie przypadła mi też końcówka, niby śmieszna ale jednak zepsuła trochę końcowy wydźwięk filmu. Kolejny całkiem dobry epizod serii która z pewnością zalicza więcej więcej wzlotów niż upadków.

Ocena: 7/10
Masters of Horror - Chocolate
| 3 komentarze
                                 

Tajemniczo brzmiący tytuł kolejnego odcinka serialu Mistrzowie horroru nie sugeruje zasadniczo nic. Epizod który wyreżyserował Mick Garris (Critters 2, Lunatycy) był dla mnie tak samo tajemniczy jak większość odcinków tego serialu. Z tym większą ekscytacją zasiadłem więc do tej kolejnej, godzinnej filmowej grozy.

Pracujący w ''gastronomii'' Jamie (Henry Thomas) żyje samotnie od czasu rozwodu z żoną. Pewnej nocy budzi go nagły napływ czekoladowego smaku w jego ustach. Jak się okazuje, z biegiem czasu nie tylko smak Jamiego zaczyna wariować, w ślad za nim idą inne zmysły. Kiedy okazuje się że posiada on zdolność niekontrolowanego wchodzenia w ciało pewnej kobiety, rozpoczyna śledztwo na własną rękę.

Przyznam że nie rozumiem do końca założenia tego odcinka. Na tle pozostałych wydaje się po prostu nijaki. Fabuła w swoim koncepcie jest bardzo interesująca, i z początku wchłonęła mnie jak młody pelikan żabę by później zostawić z pytaniem ''ale po co to?''. Historia tutaj dosłownie nie zmierza nigdzie, zakończenie nie wyjaśnia nic a zostawia z pytaniem co twórca chciał nam przez to powiedzieć. Trudno mi ją zatem ocenić, ale oprócz tej beznadziejnej końcówki jest raczej wciągająca.

Trudno mi więcej pisać o tym epizodzie ale naprawdę nie rozumiem założenia twórcy. Całość wykonania nie wybija się ponad przeciętność, zarówno aktorstwo jak i scenografia jest po prostu średnia. Trochę kuleją efekty gore, przy których widać gumowe ciała przebijane ostrzem, zwłaszcza w jednej z ostatnich scen. Można pochwalić jednak klimat, który ma w sobie nutkę paranoi i groteskowego rysu, przykład: scena seksu przeżywana przez osobę trzecią.

Szczerze nie wiem co mam tutaj dalej opisywać. Historia która z początku ciekawi może spodobać się wybranej części widowni, tak jak mi. Reszta niech sobie spokojnie odpuści te 60minut gdyż jest to seans z którego nie wyniesiecie dosłownie nic. Chyba że jestem po prostu głupi i nie zrozumiałem drugiego, ukrytego dna tego epizodu. Podręcznikowy wręcz średniak.

Ocena: 5/10



Masters of Horror - Dreams in the Witch-House
| 3 komentarze
                                     

H. P. Lovecraft to postać o wręcz boskiej pozycji w świecie horroru. Nic więc dziwnego że jeden z odcinków serialu Mistrzowie horroru został oparty właśnie o jego opowiadanie, a dokładniej ''Koszmar w Domu Wiedźmy''. Za reżyserię tego segmentu zabrał się Stuart Gordon znany choćby z innej ekranizacji Lovecrafta pt. Reanimator.

Młody student Walter (Ezra Godden) wynajmuje tani pokój w pewnym starym domostwie. Szybko poznaje dość osobliwych sąsiadów, tajemniczego starca wydawać by się mogło niespełna zmysłów oraz samotną matkę z niemowlakiem. Waltera w nocy zaczynają nachodzić dziwne sny na pograniczu jawy, szybko zaczynamy zastanawiać się czy to tylko jego głowa czy dom są odpowiedzialne za przerażające wizje.

Nie znam się na twórczości Lovecrafta, choć jakieś tam podstawy mam, to tutaj wsiąknąłem w ten klimat od razu. Tajemniczy, stary budynek pełen podejrzanych osób skrywający przerażającą tajemnicę to zawsze dobry motyw dla filmu grozy. Ciemne pokoje i korytarze pełne obskurnych mebli zarządzane przez niemniej obrzydliwego nadzorce stają się miejscem ingerencji prastarego zła. Oczywiście pojawiają się tutaj charakterystyczne jak dla Lovecrafta elementy jak na przykład słynna księga Necronomicon.

Niepokojący nastrój podkręcają przerażające wizje w których występują między innymi szczury o ludzkich twarzach czy stosunki seksualne z pomarszczonymi staruchami. Nie obyło się też bez przemocy wobec noworodków! Nie jest to może poziom ohydy jak w przypadku ''Piętna'' ale jest dawkowany w naprawdę odpowiednich ilościach przez co nie nuży ani nie jest go za mało.

Aktorsko całość prezentuje równy, niewybijający się poziom. W sumie jest to raczej teatr jednego aktora w którym większość gra drugie skrzypce. Efekty specjalne jak na produkcje telewizyjną są niezłe, choć czasami widać zgrzyty zwłaszcza tam gdzie pojawia się CGI.

Po słabiutkim ''Tańcu Umarłych'' znowu jestem pozytywnie zaskoczony! Klimatyczny epizod utrzymany w mrocznej konwencji z wciągającą fabułą, tak można w skrócie opisać ''Koszmar w Domu Wiedźmy''. Wszystkim tym którzy stawiają atmosferę nad gore czy prymitywne jump-scenki z czystym sercem mogę polecić epizod Gordona!

Ocena: 7/10

Masters of Horror - Dance of Dead
| 6 komentarzy |
                  

                     

Kolejny odcinek Mistrzowie horroru i kolejne wielkie nazwisko. Tym razem dostajemy odcinek wyreżyserowany przez Tobe Hooper, tego samego który w latach 70tych nakręcił kultowe arcydzieło, film legendę czyli Teksańska masakra piłą mechaniczną.

Tym razem Hooper zabiera nas w przyszłość, w dystopijny obraz świata zniszczonego Trzecią Wojną Światową w którym ludzkość próbuje podnieść się po katastrofie. W tym nieprzyjemnym uniwersum poznajemy Peggy (Jessica Lowndes) która pracuje razem z matką w restauracji na obrzeżach. Zupełnie przypadkiem poznaje chłopaka, należącego do grupy handlujących krwią motocyklistów, Jaka (Jonathan Tucker) który zabiera ją na kontrowersyjny pokaz zwany ''Tańcem Umarłych''.

Przyznam szczerze że epizod ten zostawił mnie z bardzo mieszanymi odczuciami, ale zacznijmy po kolei. Film klimatem wraca nieco do szalonych lat 80tych gdzie poległe w gruzach metropolie stawały się miejscem po których plączą się grupy szalonych punków a w klubach odbywały się perwersyjne zabawy w rytm szalonej muzyki gitarowej. Sam ''Taniec Umarłych'' to ciekawa koncepcja, atakowani coraz to wymyślniejszą bronią biologiczną ludzie po pewnym czasie zmieniają się w coś na kształt zombie. Takich delikwentów łapie demoniczny wodzirej MC (Robert Englund) i wypuszcza na scenę gdzie ci w spazmatycznych ruchach odprawiają swój taniec.

Pomaga tutaj dziwny montaż filmu który przypomina jakiś teledysk z początku XXI wieku. Szybkie cięcia, przyśpieszenia i nakładanie się obrazu sprawiają że ogląda się to zupełnie inaczej w porównaniu do poprzednich epizodów. Przez ten zabieg brak tutaj napięcia czy strachu. Hooper próbuje szokować widza w kilku momentach, niestety korzysta wtedy z najbardziej ogranych motywów kina.

Największą bolączką ''Tańca Umarłych'' są fatalnie zarysowani bohaterowie. Są totalnie płytcy, schematyczni i jednowymiarowi. Niby główna bohaterka przechodzi jakąś metamorfozę ale wygląda to po prostu żałośnie. Obok tego mamy dobrego chłopaka który robi złe rzeczy ponieważ.... no właśnie nie wiem czemu. Matka która na pierwszy rzut oka coś ukrywa i główny zły czyli gwiazda programu, Robert Englund! Choć aktor stara się jak może to niestety nie ratuje prostoty i schematyczności z jaką napisany został jego bohater.

Epizodu tego na pewno nie można zaliczyć do szczególnie udanych. Wokół ciekawego pomysłu krążą ograne schematy, papierowi bohaterowie i kicz minionej epoki. Bez większego bólu można to jednak obejrzeć, choćby dla zobaczenia kolejnej kreacji Englunda na badassa i tytułowego ''Tańca Umarłych''.

Ocena: 5/10
Masters of Horror - Imprint
| 7 komentarzy
                                          

                                          

Nie jestem fanem azjatyckiego kina grozy. Kojarzy mi się ono głównie z osobliwą perwersją, przesadną brutalnością i dziewczynkami w piżamach i czarnych włosach. Postać Takashi Miike jest mi zupełnie obca, gdy zapoznałem się z tytułami jego filmografii wcale nie dziwię się czemu. Jakie było zatem zaskoczenie kiedy jego historia w serialu Mistrzowie horroru okazała się całkiem interesującym kąskiem!

Christopher (Billy Drago) wyrusza do Japonii w poszukiwaniu Komomo, dziewczyny której niegdyś obiecał miłość i pomoc w wyrwaniu się z prostytucji. Bohater trafia na tajemniczą wyspę-dom publiczny gdzie zostaje zmuszony do spędzenia nocy z lekko zdeformowaną dziewczyną która opowie mu co stało się z ukochaną.

Twórca musi mieć niezłą wyobraźnię bo to co przedstawia nam w swojej nowelce przechodzi czasem ludzkie pojęcie. Nie jest to film dla ludzi o słabszych nerwach! Sam miałem problem z oglądaniem poniektórych scen, ale koniec końców fabuła trzymała mnie przed ekranem. Okrutne sceny tortur w których kamera pokazuje nam wszystkie szczegóły, każdą igłę wbijaną w lub pod przeróżne części ciała, to widok dość mocny. Podobnie jak liczne aborcje przeprowadzane w filmie i pokaźna ilość płodów kończących w wartkiej rzece. Miike oprócz naturalistycznych scen wrzuca tutaj także groteskę w postaci ludzkiej dłoni z oczami i ustami wyrastającej z.... zresztą zobaczcie to sami.

Wyjątkowo dziwne jest też aktorstwo. Billy Drago zawsze wydawał mi się jakiś taki inny ale prym wiedzie tutaj Youki Kudoh. Jej rola zdeformowanej prostytutki opowiadającej przyprawiające o dreszcze i wymioty historie to mocna strona tej produkcji. Czuć w niej coś nieludzkiego, co ma podstawy w fabule.

Sama historia znowu jest ciekawa i intrygująca, szkoda że to złudzenie rozmywa się wraz z napisami końcowymi. Podobnie jak w ''Cigarette Burns'' twórca postawił na tajemnice i własne dopowiedzenie historii dając nam jeszcze mniej poszlak niż Carpenter. Mnie to lekko zawiodło gdyż chciałem dostać twardo stojącą na ziemi historie z początkiem i końcem. Cieszę się także że całość trwa tylko 60min, każda większa ilość oglądania tego typu rzeczy zostawiła by trwały uraz w mojej głowie. Co za dużo to nie zdrowo ;)

 Mnie ten epizod nie zmusi co prawda do zapoznania się z filmografią  Miikego, ale myślę że taki krótki, jednorazowy wypad na Wschód mi nie zaszkodzi. Dla fanów azjatyckiej grozy to pozycja obowiązkowa, całą resztę zachęcam jednak to zapoznania się z tym dziełkiem. Oczywiście jeśli macie zwiększoną odporność na obrzydlistwa.

Ocena: 7/10
Masters of Horror - Incident on and off a Mountain Road.
| 4 komentarze
                                    

Przy składankach takich jak Mistrzowie horroru bawić się może każdy. Różnorodni twórcy którzy podejmują się wszelakiej maści podgatunków filmowej grozy w jednym miejscu. Ku mojej uciesze odcinek wyreżyserowany przez Dona Coscarelli (Mordercze kuleczki) to w głównej mierze survival z elementami slashera!

Ellen (Bree Turner) zmierzając górską szosą w środku nocy uderza w pozostawiony na drodze samochód. Szybkie oględziny miejsca wypadku i podążanie za ciągnącymi się od pustego samochodu śladami krwi wrzucają Ellen w walkę na śmierć i życie. Okazuje się bowiem że w okolicznych lasach mieszka bardzo tajemniczy, zdeformowany jegomość którego hobby jest polowanie na przypadkowych ludzi i pozbawianie ich oczu. Takimi trofeami ochoczo przyozdabia swoją chatę.

Coscarelli używa ogranego, lecz sprawdzonego i niewymagającego schematu. Widać silną inspirację filmem ''Droga bez powrotu'' z którego reżyser czerpie pełnymi garściami. Jednak tutaj wychodzi to co najmniej o klasę gorzej, szczególnie w przypadku prowadzenia akcji. Jest to tylko godzinny epizod serialu więc akcja praktycznie dzieje się od samego początku. Zabija to w ten sposób budowanie napięcia i klimatu wrzucając widza w wir nierównej walki o przetrwanie. I mówiąc tutaj nie równej mam na myśli przewagę Ellen nad bladym mutantem.

Z przecinających akcji retrospekcji dowiadujemy się że chłopak, późniejszy mąż, Ellen był zagorzałym fanatykiem survivalu i chcąc, nie chcąc musiała się ona do niego dostosować. Te nabyte umiejętności sprawiają że potrafi ona na szybko zmontować pokaźny zestaw imponujących pułapek! Ta kobieta łączy w sobie odwagę Rambo, umiejętność przetrwania Mike Dantona i majsterkowanie McGyvera. Antagonista za to jest wielki, silny i brzydki.

Choć końcowy twist fabularny wprowadza widza w lekki szok to ''Incydent...'' nie sili się na bycie bardziej ambitnym dziełem. Udowadniając nam to wtórną, i powiedzmy sobie szczerze, głupkowatą historią o tajemniczym mordercy który blisko drogi urządził prawdziwą Golgotę a jedynym sposobem maskowania swoich wyczynów jest porzucanie gdzieś dalej aut swoich ofiar. Cała akcja główna dzieje się w nocy co z jednej strony maskuje braki w budżecie a z drugiej irytuje, często po prostu nic nie widać.

Po bardzo dobrym ''Cigarette Burns'' mój entuzjazm względem tego serialu znacznie się ostudził. W dalszym ciągu nie jest to zła pozycja, choć dla ludzi niesympatyzujących z tego typu kinem do takowego tytułu niewiele jej pewnie brakuje. Głupie to ale bawi, czasem zaciekawi a przede wszystkim nie nudzi, a tego chyba wymagamy od produkcji stalk/slash, co nie?

Ocena: 6/10



Masters of Horror - Cigarette Burns.
| 6 komentarzy
              

Słowem wstępu przepraszam za moją długą nieaktywność blogową tutaj spowodowaną niczym innym jak brakiem chęci ;) Jako że mam jeszcze trochę wakacji i wolnego czasu a pogoda zapowiada częstsze pobyty w domu wymyśliłem nowy kontent na bloga! Tym razem przyjże się poszczególnym odcinkom serialu Mistrzowie horroru.

Na pierwszy ogień bierzemy odcinek autorstwa mistrza grozy Johna Carpentera o enigmatycznym tytule ''Cigarette Burns''. Ten 60 minutowy twór to bez wątpienia mocny start antologii składającej się na 13 odcinków. Carpenter daje tutaj zaistnieć skrywanym w swojej głowie surrealistycznym i pokręconym tworom rodem z najgorszego koszmaru. Wszystko to skryte w mroku i duchocie które wręcz wylewają się z ekranu.

Zawodowy łowca filmów Kirby (Norman Reedus) dostaje zlecenie od tajemniczego kolekcjonera na owiany złą sławą film ''Le Fin Absolute du Monde''. Wraz z poszukiwaniem Kirby wkracza coraz głębiej w filmowy koszmar ciągnąc na barkach własne demony przeszłości i zaciągnięty wcześniej dług. Kiedy w końcu kolekcjonerowi dane będzie położyć ręce na taśmie z legendarnym filmem zrozumiemy że każda historia ma w sobie ziarnko prawdy.

Carpenter w równą godzinę opowiedział spójną i niezwykle wciągającą historię w której absurd miesza się z zimnym realizmem współczesnego świata. Reedus w poszukiwaniu taśmy trafia do różnych zakątków świata poznając historię ludzi którym dane było oglądać tajemniczy film. Zbieg ten sprawia że nie czujemy się znużeni jednolitym prowadzeniem akcji a różnorodność bohaterów tylko to wspomaga. Trafimy nawet na plan filmu snuff! Finał mający miejsce w prywatnym kinie kolekcjonera to już sceny wyjęte rodem z najgorszego koszmaru sennego, przynoszące na myśl twórczość Argento.

Nazwisko tego włoskiego wirtuoza grozy przewija się w filmie i jest to miłe mrugnięcie okiem dla fanów gatunku, szkoda że jest to jednorazowy zabieg. Nie znajdziemy tutaj także humoru który ostatecznie gryzł by się z utrzymaną w tonacji cienia i krwi charakterystyką filmu. Za to fani gore powinni być usatysfakcjonowani, nawijanie własnych jelit na szpule filmową czy dekapitacja za pomocą maczety mogą zaszokować co poniektórych widzów. Na szczęście film nie epatuje co chwila takimi scenami korzystając z nich dokładnie tam gdzie trzeba.

Epizod ten ma jednak poważną wadę, którą jest sam.... Reedus! Gra on tutaj dosłownie na jedną minę którą jest głupkowaty uśmieszek. Czasami wygląda to wręcz kuriozalnie i nie pasuje do reszty filmu. Reszta obsady nie wybija się powyżej przeciętnego, telewizyjnego poziomu aktorstwa. Narzekać można też na kilka fabularnych niedopowiedzeń i niedomkniętych wątków ale cóż, nie każdą historię da się zamknąć w konkretnych ramach.

Sumując ''Cigarette Burns'' to jak najbardziej udany wstęp do serialu i gdyby poprawić nieco kilka elementów dla wielu pewnie stał by się małym arcydziełem. Carpenter pokazał wszystkim młodym twórcą jak tworzyć kino grozy z prawdziwego zdarzenia! Zatem nie pozostaje mi nic innego jak zachęcić Was do seansu tego godzinnego pokazu makabry.

Ocena: 8/10

Ps. Dajcie znać czy podoba Wam się opisanie serialu w takiej właśnie konwencji! Pozdrawiam!
Maraton filmów o Wielkiej Stopie cz. 14 - The Legacy of Boggy Creek
| 0 komentarzy
                                  

Lubie odkopywać niszowe tytuły. Często twórcy niski budżet starają się zamaskować jakimś innowacyjnym pomysłem, częściej jednak tak nie jest a nasze oczy po seansie domagają się wyparzenia w wrzątku. I właśnie to drugie odczucie jest jedynym co wyniesiemy z filmu The Legacy of Boggy Creek wydanego pierwotnie jako ''The Skunkape Story''  reżyserii Dustina Fergusona (chłopak nie dorobił się konta na filmweb).

Film ten jest mieszaniną mockumentary i found-footage. Tak jak w klasycznym The Legend of Boggy Creek fabuła opowiadana tu jest przez epizody składające się na zeznania świadków spotkań z małpoludem. Są one bardzo krótkie a potworek przeważnie przebiegnie w nich przez szosę lub postoi między drzewami. Pod koniec filmu forma zmienia się na kręcone ''z ręki'' i dane nam będzie zobaczyć atak Wielkiej Stopy na parę dziewczyn biwakujących w lesie.

Jest to produkcja wręcz tragiczna. Wszystko tutaj wygląda jakby twórca mając kilka dolarów postanowił nakręcić film w którym jego znajomi wcielają się w różne postaci. Kilka dolarów budżetu które miał przeznaczył na strój goryla który i tak jest najgorszą charakteryzacją jaką widziałem. Mógłby śmiało wylądować w jakimś skeczu któregoś z polskich kabaretów i chyba tam pasował by idealnie. Aktorstwo to już amatorka totalna, widać że ludzi pojawiający się przed kamerą nie mieli nigdy wcześniej z nią styczności. Jedynym kto jakoś jeszcze robi robotę jest lektor tłumaczący nam wydarzenia, jego głos nie bije po uszach i mówi płynnym, wyraźnym angielskim. Kamera też potrafi napsuć krwi widzowi, tak sztucznych prób wydłużenia seansu chyba nigdy nie widziałem. W tym filmie jeśli ktoś idzie przez las to idzie dobre pięć minut i nic przez ten czas absolutnie się nie dzieje. Problem ten swoje kuriozum osiąga pod koniec kiedy to dziewczyną trzymająca kamerę idzie przez las nagrywając jego poszycie. Wygląda to tak jakby ktoś nie wyłączył kamery i z opuszczoną w dół spacerował po lesie, później kazał nam to oglądać. Jeszcze mógłbym przymknąć na to oko gdyby nie to że wcześniej dziewczyna ta nagrywała skrupulatnie całą podroż samochodem. Wiemy Amerykanie że macie dobrze rozwiniętą infrastrukturę, ale nie przechwalajcie się już tak.

                                                                                     

Jest jedna, jedyna rzecz którą mogę pochwalić w tym gniocie. Muzyka! Stare kawałki jak zawsze dają rade a i neo-folkowe brzmienia też potrafią zauroczyć. Zawsze gdy nasze uszy koi lekkie plumkanie na banjo na ekranie akcja hamuje i widzimy.... krokodyle, drzewa, krowy, pola kukurydzy. Ten idylliczny niemal obrazek zepsuje nam zaraz facet w gumowym kostiumie goryla który wyje i macha łapami. Stanowczo nie polecam tego filmu choć zapewne ani go nie znacie ani większości z Was nie pofatyguje się żeby go szukać. Na szczęście trwa on nieco ponad godzinę więc nie straciłem wiele z swojego cennego czasu. Kolejny film dodany do listy: OMIJAĆ SZEROKIM ŁUKIEM!