Gerda

nie podano imienia i nazwiska

Wpis został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz ten wpis

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować wpis

Blog został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz tego bloga

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować bloga

Po drugiej stronie lustra czyli fantastyka
| 8 komentarzy


Myślałam, że jesteś taki jak ja, że pociąga cię ciemność.
Ale Tate, to ty jesteś ciemnością.

Violet Harmon
(American Horror Story)


"W środku" moje komentarze dotyczące filmów/seriali:

komentarze

OPOWIEŚCI Z NARNII: LEW, CZAROWNICA I STARA SZAFA Andrew Adamson

Substytut.

Niestety filmowe "Opowieści z Narnii" mają się tak do "Władcy Pierścieni" Petera Jacksona, jak produkt czekoladopodobny do czekolady, niby kształt, kolor i konsystencja taka sama, skład też zbliżony, ale smak zupełnie inny. Muszę przyznać, że liczyłam na znacznie więcej. Tymczasem obraz Andrew Adamsona zawodzi i to na kilku płaszczyznach. Co prawda pierwsza część filmu jest naprawdę obiecująca (ze stylizowanym na utwór "z epoki" "Evacuating London" Gregsona), ale im dalej, tym gorzej. Aktorstwo jest ledwie poprawne i właściwie brak naprawdę wartych zapamiętania kreacji. Pozytywnie wyróżnia się jedynie malutka Georgie Henley jako Łucja Pevensie i Tilda Swinton, która emanuje autentycznym chłodem. W dużej mierze brakuje też przekonującej integracji głównych postaci z otaczającym ich światem pełnym dziwacznych stworów o baśniowo-mitologicznym rodowodzie. Być może młodzi aktorzy nie opanowali do końca trudnej sztuki gry w blueboxie. Zresztą i scenariusz nie zawsze im pomaga (dialogi momentami ocierają się o banał). Muzyka, choć początkowo całkiem przyjemna, później irytuje nadmiernym patosem, a w połączeniu z niewyrobieniem aktorskim sprawia, że sceny podniosłe, chociażby pasowanie Piotra na rycerza, stają się w niezamierzony sposób śmieszne (przy okazji ulatuje gdzieś cała magia). Pozostają jeszcze do podziwiania piękne, zimowe plenery i wygenerowane komputerowo, coraz doskonalsze efekty specjalne. Sama historia nie wykracza poza ramy nieskomplikowanej baśni dla zdecydowanie młodszych widzów. Cóż... dzięki technologii komputerowej można już stworzyć na ekranie najbardziej nawet fantastyczny świat, ale to nie wystarczy, trzeba jeszcze tchnąć w niego ducha.

LABIRYNT FAUNA Guillermo del Toro

Niezwykłe ścieżki dziecięcej wyobraźni.

Guillermo del Toro z pewnością nieprzypadkowy wybiera labirynt na miejsce przenikania się rzeczywistości i magii, racjonalizmu i nieskrępowanej wyobraźni. Labirynt to najprawdopodobniej pierwszy abstrakcyjny wzór, jaki wytworzył płodny ludzki umysł, a jego funkcja (dawna i obecna) wciąż pozostaje niejasna. Choć reżyser wykorzystuje związek tego wzoru z religijnymi ideami śmierci i zmartwychwstania, jego filmu nie sposób chyba interpretować w kontekście mistycznym - w każdym razie grozi to nieuchronnym zagubieniem na krętych ścieżkach. "Labirynt fauna" to film o dwóch luźno przenikających się płaszczyznach - pierwsza, to naturalistycznie ukazane okrucieństwo frankistowskich żołnierzy pacyfikujących grupy ukrywających się w lesie rebeliantów czyli obraz Hiszpanii w ogniu krwawych wewnętrznych walk; druga, to oniryczna czy wręcz surrealistyczna opowieść będąca wytworem bujnej wyobraźni Ofelii, dziewczynki zafascynowanej magicznym światem odkrytym w podaniach i legendach. Pozazmysłowa kraina - efekt, chyba dość przypadkowych, powiązań wątków i postaci z najróżniejszych mitów i baśni jest zarówno ucieczką, jak i swoistym odbiciem otaczającej dziecko ponurej i okrutnej rzeczywistości; nie będzie tu więc miejsca na pocieszający happy end. Ale też film Guillermo del Toro nie jest przeznaczony dla nieletniej widowni, dawno już nie spotkałam się z tak drastycznymi obrazami przemocy włącznie z pokazaniem scen tortur, amputowania kończyny, roztrzaskiwania przez kulę czaszki czy rozszarpywania antropomorficznych elfów przez przerażająco wychudzone, bezokie monstrum - sceny ocierające się właściwie o kino gore! I chyba z tą turpistyczną estetyką "Labiryntu fauna" mam największy problem, a właściwie z odpowiedzią na pytanie, czemu tak naprawdę ma ona służyć. Drugim problemem jest niejako ideologiczna warstwa filmu, gdzie mamy iście bajkowy podział na tych "dobrych" czyli lewicowych rewolucjonistów i tych "złych" czyli żołnierzy podległych dyktaturze z dowódcą będącym ucieleśnieniem prawicowego ekstremizmu (postaci zresztą tak przerysowanej, że wręcz groteskowej). Rzeczywistość tej wojny nie była jednak ani tak oczywista, ani tak prosta, jak w wizji reżysera. A stawianie komunistów niemal w roli obrońców kultury ludowej i prawa do dziecięcych marzeń, to już ewidentne nadużycie wynikające chyba ze współczesnego kojarzenia lewicowości z najróżniejszymi ruchami "zielonych" czy anty- i alterglobalistów. Mamy tu więc jednak bardzo jednostronny ogląd przeszłości kojarzący się z tanią propagandą rodem z mitycznego już niemal "Pancernika Potiomkina", z równie "wyrazistym" obrazem podziałów społecznych. Trochę szkoda, bo do głosów obnażających okrucieństwo wojny zawsze chętnie jestem gotowa się przyłączyć, nie ma we mnie jednak zgody na tak wyraźne przekłamywanie niedawnej historii. Tutaj zresztą dostrzegam wyższość baśni i mitów, które budowane są na wyższym poziomie uogólnienia i ta warstwa "Labiryntu fauna" (dodatkowo - plastycznie wysmakowana) przekonuje mnie chyba bardziej.

WOLF'S RAIN reż. Tensai Okamura

I'm in love with "Wolf's Rain" :)

Zapomnijcie więc o jakimkolwiek obiektywizmie tym razem ;) Wszystko zaczęło się od tego, że przypadkowo trafiłam na utwór "Tell me what the rain knows", który spodobał mi się na tyle, że wrzuciłam go do wyszukiwarki, a tu niespodzianka (i lekkie rozczarowanie, przyznaję) - jakaś seria anime (zagorzałą wielbicielką tego gatunku nie jestem, poza rewelacyjnymi filmami pana Miyazakiego). Stwierdziłam, że zobaczę jednak pierwszy odcinek, tak dla zorientowania się i... dałam się uwieść, co więcej - nie żałuję. Jeśli cenię postmodernizm, to właśnie taki, jeśli akceptuję łączenie fantasy i s-f, to właśnie w takiej formie!

Mamy tutaj cały świat w pigułce - symbole, odniesienia kulturowe i historyczne, style i gatunki muzyczne, obserwacje socjologiczne i polityczne. Wszystko tak zmieszane, że nie sposób orzec, czy to jeszcze zniszczona katastrofą (nuklearną?) Rosja, czy już feudalna, rządzona przez możne rody Japonia (zresztą podobne struktury władzy można znaleźć chociażby w średniowiecznej Europie), i co tam robi policyjny detektyw w stylu postaci kreowanych przez Humphrey’a Bogarta w filmach noir (kapelusz, prochowiec, nawet odpowiedni samochód z lat 40-tych) tylko jakby bardziej rozmowny i empatyczny, w dodatku cierpiący na pewną irytującą przypadłość określaną jako choroba cywilizacyjna XXI wieku - alergię. W "Wolf's Rain" nie istnieją ograniczenia czasu i przestrzeni, wędrujemy wzdłuż i wszerz przez epoki i kontynenty, a prawa fizyki i biologii stają się względne. Kultury, języki, symbole, magiczne rytuały i artefakty nakładają się i przenikają - obok konwencjonalnej współczesnej broni mamy miecze i łuki, futurystyczne wiązki laserowe bądź świetlne i quasi-magiczne zdolności oddziaływania umysłu wprost na umysł. Cheza, będąca szczególną rośliną, która przybiera postać delikatnej dziewczyny, jest efektem użycia zaawansowanej technologii, nowoczesnej wiedzy z dziedziny genetyki, ale też wiedzy magicznej - alchemii.

Szukanie nawiązań i identyfikacja źródeł, z których czerpali twórcy "Wolf's Rain" (tych naukowych i tych metafizycznych) może być interesujące samo w sobie, ale dla mnie liczą się przede wszystkim - historia i emocje; film, który nie wzbudza emocji jest dla mnie jak kwiat pozbawiony zapachu. Paradoksalnie mimo dużego skomplikowania stworzonego świata udało się autorom tego anime wykreować interesujące, psychologicznie wiarygodne i niejednoznaczne postacie (również drugoplanowe) oraz dość spójną, wciągającą i inteligentną fabułę. Jest to próba odpowiedzi na najważniejsze pytanie filozofii i religii - pytanie o naszą tożsamość i cel istnienia w obliczu nieuchronnego końca cywilizacji (na szczęście twórcy zrezygnowali prawie całkowicie z patosu i wydumanego stylu). Cztery główne postacie, wilki przybierające ludzką postać (silnie zantropomorfizowane) różnią się charakterem, usposobieniem, wyznawanymi wartościami, życiowymi (często bolesnymi) doświadczeniami, są odbiciem różnych wyborów i dróg, są więc dla nas zwierciadłem, w którym możemy się przejrzeć, a może również zachętą do odnalezienia w sobie pierwotnej, dzikiej cząstki harmonijnie łączącej nas z przyrodą. Może ktoś powie, że to nie to samo, co chociażby studiowanie egzystencjalistów, ale nie obchodzi mnie to. Wolę wizualne zachwycenie i koronkową strukturę, intensywność emocji i bogactwo odniesień, ważkość treści przełamaną inteligentnym humorem, wolę ten rodzaj eskapizmu, przeniesienia w inny świat - wszystko to znalazłam w "Wolf's Rain".

Daję więc 10 gwiazdek i polecam to anime osobom szukającym na "szklanym ekranie" czegoś więcej niż płytkiej i pustej rozrywki.

JIN-ROH reż. Hiroyuki Okiura

Mroczny i bezkompromisowy - naprawdę znakomite kino.

Zadziwiające jest to, że japońscy twórcy tak doskonale radzą sobie z tworzeniem fabularnych historii nawiązujących do archetypów i symboli, również tych pochodzących z kultury europejskiej (wystarczy sięgnąć po którąkolwiek z animacji Hayao Miyazakiego). Kiedyś czytałam, że parafrazowanie utworów odbywa się najczęściej w drodze "z góry na dół", z poziomu kultury tzw. wysokiej na poziom kultury popularnej, łatwiejszej w odbiorze. "Jin Roh" jest tym rzadkim przypadkiem, gdy utwór należący do kultury masowej i silnie w niej zakorzeniony zyskuje głębszy wymiar, tym razem nowe odczytanie popularnej bajki jest czymś więcej niż zabawą w skojarzenia (celują w tym ostatnio amerykańskie kreskówki). Myślę, że wartość poznawcza filmu Okiury jest tak wysoka również dzięki konsekwencji autorów, "Jin Roh" nie jest animacją przeznaczoną dla dzieci, jest propozycją dla dojrzałego widza, nie próbuje być produktem "dwa w jednym" skierowanym do sześciolatka i jego rodziców.

Rysownicy w "Jin Roh" kreują sugestywny, surowy i realistyczny obraz miasta (Tokio w alternatywnej przeszłości) i leżącej pod nim sieci kanałów, obraz jakby przydymiony i przybrudzony, monochromatyczność tylko czasami jest przełamywana przez barwną plamę. Podobnie jest z samą opowieścią, która po początkowym hitchcockowskim "trzęsieniu ziemi" wydaje się toczyć leniwie aż do momentu, gdy nieoczekiwany zwrot akcji lub sugestywna introspekcja skutkuje pojawianiem się w umyśle widza dziesiątek wykrzykników i podobnej ilości pytajników. Co więcej niektóre sceny "krzyczą" w głowie jeszcze długo po seansie!

Opowieść o Kazuki Fuse, młodym "żołnierzu" w elitarnej, ciężkozbrojnej policyjnej jednostce i poznanej przez niego dziewczynie, która próbuje uciec od swojej przeszłości, jest tylko pozornie historią wilka i Czerwonego Kapturka, bo tak naprawdę nie ma jasnego podziału - krwiożercza bestia i bezbronna, niewinna ofiara; bezwzględne "zło" i łatwowierne "dobro". A "zło" jest tutaj bardzo sugestywne... Czy uzbrojony po zęby, opancerzony policjant, który zamiast ludzkich oczu ma dwa świecące, czerwone "ślepia" noktowizorów, który w każdej chwili jest gotowy użyć potężnej, śmiercionośnej broni, nie budzi uzasadnionego lęku? A może to tylko pozory, może pod całym tym "rynsztunkiem" kryje się wrażliwy człowiek (nie bezduszny cyborg czy dzikie zwierzę), który zabija tylko w ostateczności i w imię słusznej sprawy. Prawda, jak to często bywa, leży chyba gdzieś po środku, gdzieś między naszą uzasadnioną obawą przed nadużyciem siły i przemocy, a mylną (bo opartą na stereotypach) oceną. Zresztą Kazuki będzie musiał w końcu dokonać wyboru między lojalnością wobec wilczego stada a humanistyczną ideą poświęcenia, między chłodną, rozumową kalkulacją a głosem sumienia. Trzeba jednak zobaczyć film, żeby w pełni zrozumieć, jak trudny i bolesny będzie to wybór.

OPOWIEŚCI Z NARNII: KSIĄŻĘ KASPIAN reż. Andrew Adamson

Zwycięstwo kreatywnej wyobraźni.

Na początku dobra wiadomość dla osób, które - tak jak ja - były rozczarowane jedynką, "Książę Kaspian" to zdecydowanie lepszy film. Fabuła jest inteligentniejsza i bardziej intrygująca, większą uwagę zwrócono na pogłębienie relacji i interakcji między bohaterami, zamiast bezsensownie mnożyć kolejne "atrakcje" takie jak komputerowo wygenerowane coraz dziwaczniejsze stworzenia. Również gra aktorska stoi na wyższym poziomie, co nie znaczy jeszcze, że są to kreacje godne nominacji do Oscara ;) Cieszę się, że kluczową dla filmu rolę Księcia Kaspiana powierzono profesjonalnemu aktorowi z odpowiednim warsztatem i doświadczeniem scenicznym. Chociaż nie jest to, w moim odczuciu, kolejny młody talent na miarę Ryana Goslinga czy Cilliana Murphy'ego to, poza tym że odpowiednio wygląda, Ben Barnes gra solidnie, raczej bez irytującej sztuczności. Film charakteryzuje epicki rozmach widoczny przede wszystkim w scenach batalistycznych (popracowano nad choreografią walk) i panoramicznych ujęciach oszałamiających swym pięknem krajobrazów. Skojarzenia z "Władcą Pierścieni" są nieuniknione, ale też obraz P. Jacksona czyli film, który jest kamieniem milowym, jeśli chodzi o ekranizacje literatury fantasy, jeszcze długo pozostanie punktem odniesienia i źródłem inspiracji. "Książę Kaspian" jest w mniejszym stopniu uproszczoną w przekazie bajką dla najmłodszych, a w większym - dojrzalszą fantasy taką jak (w wersji kinowej) "Excalibur" Boormana czy "Zaklęta w sokoła" Donnera. Przesłanie mówiące o potrzebie wzajemnej tolerancji i zaufania powinno być jednak czytelne dla wszystkich od lat siedmiu do stu.
Podsumowując - myślę, że z Księciem Kaspianem można przyjemnie spędzić czas odrywając się na chwilę od szarej rzeczywistości :)

AQUARION reż. Shoji Kawamori

Mecha i filozofia zen czyli postmodernistyczna japońska masala

http://film.polter.pl/Aquario-DVD-1-c18370

A ja na Twoje podsumowanie NH cierpliwie czekam :)
Niebawem skończę 'VK' i zarazm potem zabieram się za 'Wolf's Rain':>

Wisienko Kochana! Dobrymi chęciami jest jak wiadomo piekło wybrukowane, a z mojego podsumowania niestety właśnie tylko 'zamierzenia' pozostały ;) Jak zwykle wystąpił u mnie problem z uporządkowaniem nadmiaru wrażeń. Mam nadzieję, że seria "VK" zostawiła po sobie dobre wrażenie, a ja teraz chyba pójdę w Twoje ślady i skosztuję "True Blood" ;) btw. Jak to się stało, że jest już październik...

Nie ma sprawy, u mnie to samo, zresztą praktycznie i tak teraz tylko mój 'duch' tu jest/bywa ;-)

Seria 'VK' jak najbardziej pozytywne wrażenia na mnie zostawiła, choć jeszcze drugiego sezonu nie skończyłam, bo ogólnie mało ostatnio oglądam, ale obejrzę do końca na pewno.

Natomiast z 'TB' zdecydowanie wolę sezon 2, bo ma Erica, reszta obsady z małymi wyjątkami może dla mnie nie istnieć jak tylko się na ekranie Alex pojawia, fang yeah ;D

Zauważyłam, że pozytywnie oceniłaś 'Easy Virtue', muszę się więc koooniecznie tym titulosem zainteresować, zwł., że Mr. Darcy gra!!

Druga seria 'VK' powinna Cię jeszcze na końcu zaskoczyć (w moim przypadku było to zresztą bardzo pozytywne zaskoczenie), oczywiście o ile jakimś cudem uniknęłaś spoilerów. Natomiast 'Easy Virtue' to taki torcik śmietankowy z eleganckiej cukierni z dodatkiem gorzkiej czekolady dla zbalansowania smaku, mnóstwo pustych kalorii, ale za to jakie pyszne ;)

Oj taaakich pyszniastych filmowych 'pustych kalorii' zdecydowanie więcej mi potrzeba!;-)

A w ogóle to masz piękny av :)

AVATAR reż. James Cameron

Makrobiotyczne ciasteczko w 3D

Film Jamesa Camerona ma na pewno urok nowości, możliwość oglądania fantastycznego świata Pandory w trzech wymiarach, z niezwykle sugestywnym złudzeniem głębi i przestrzeni, robi duże wrażenie. Gdy wpadają na nas potężne cyborgi, a migoczący pył opada nam na twarze, pojęcie magii kina zyskuje całkiem nową definicję. Jednak gdy pierwsze zauroczenie mija, można zauważyć, że w efektownym (choć przy bliższym przyjrzeniu się również trochę tandetnym) opakowaniu kryje się niestety banalna zawartość przygotowana ze zmiksowanych szalenie dziś modnych idei - ekologia plus filozofia New Age, do tego szczypta alterglobalizmu oraz odkurzone hipisowskie hasło "Make love, not war" i mamy gotowy przepis na komercyjny hit. O ile jednak w animacjach popularnego japońskiego reżysera Hayao Miyazakiego (z których Cameron zaczerpnął nie tylko graficzną wizję alternatywnego świata, ale również większą cześć światopoglądowej podbudowy) widać szczere zaangażowanie i "oddech" metafizyki Wschodu, w "Avatarze" to już raczej wyłącznie obliczona na zysk chłodna kalkulacja. Wyświetlanie obrazu "Nausicaa z Doliny Wiatru" Miyazakiego zostało zabronione w kilku krajach, ponieważ film przedstawił palący społecznie problem katastrofy ekologicznej, ale właśnie na tym przykładzie widać jak bardzo czasy się zmieniły, obecnie opowiadający o tym samym "Avatar" nie budzi już najmniejszych kontrowersji, wręcz przeciwnie wpisuje się doskonale w obowiązującą (i krępującą) poprawność polityczną. Romantyczna wizja kultury, w której człowiek harmonijnie współistnieje z przyrodą (w "Avatarze" to pozaziemskie "indiańskie" plemię Na'vi) jest kusząca, ale też niestety bardzo uproszczona, oderwana od realiów i tak naprawdę ma wartość makrobiotycznego ciasteczka, które jest nie tyle produktem ekologicznym, co produktem marketingowym.

AMERICAN HORROR STORY

To ty jesteś ciemnością.

Co kryje hipnotyzujące spojrzenie nastoletniego Tate'a Langdona? Jego twarz cherubina kontrastuje z wulgarnymi i krwawymi fantazjami, którymi próbuje szokować swojego terapeutę. Do czego jest zdolny leczący go psychiatra doktor Ben Harmon pozornie będący uosobieniem opanowania i zdrowego rozsądku? Jak przechodzący kryzys małżeński Harmonowie poradzą sobie z kontestującą ich kruchą stabilizację dorastającą córką Violet, która lubi papierosy, żyletki, muzykę grunge i... Tate'a dzielącego jej autodestrukcyjne fascynacje. Te pytania, które pojawiły się na początku mojej przygody z "American Horror Story" mogłyby stanowić punkt wyjścia realistycznego dramatu obyczajowego, ale twórcy serialu mieli zupełnie inne plany i zanurzyli fabułę w makabrze, grozie oraz groteskowych, mrocznych aberracjach częściowo zaczerpniętych wprost z nurtu horror gothic - widać to już w błyskotliwie zmontowanym intro. Po przeprowadzce do miasta aniołów rodzina Harmonów musi się zmierzyć z lękami i obawami rodem z nocnych koszmarów; ich nowy dom, zabytkowa rezydencja w stylu wiktoriańskim - idealna sceneria dla kina grozy - wydaje się być miejscem opanowanym przez zło. Jednak państwo Harmonowie beztrosko lekceważą niepokojącą aurę i równie niepokojący los wcześniejszych właścicieli, nie wierzą w zjawiska nadprzyrodzone; może i ich nabytek wygląda jak siedziba rodziny Adamsów, ale tak naprawdę wystarczy nowoczesny system alarmowy, żeby poczuć się bezpiecznie... Cóż, mimo zabezpieczeń, w pełnym zakamarków i tajemnic domu pojawia się coraz więcej nieoczekiwanych i zachowujących się ekscentrycznie gości tworzących barwną galerię przeróżnych typów i osobowości. Liczne retrospekcje pomagają szybko się domyślić, kim są intruzi, czy przynajmniej większość z nich, a także dlaczego pomoc domowa Moira widziana oczami pani domu to starsza, częściowo niepełnosprawna kobieta, podczas gdy pan Harmon postrzega ją jako młodą, bardzo atrakcyjną dziewczynę wyzywająco ubraną i prowokacyjnie się zachowującą. Niestety właściciele zamiast pogodzić się z irracjonalnym charakterem otaczających ich zjawisk dostrzegają u siebie kolejne symptomy zaburzeń psychicznych, choć właściwie - o ironio - zamknięty odział psychiatryczny jest jednak bezpieczniejszym lokum niż ich obecne.

Abstrahując od samej fabuły twórcy serialu zaproponowali widzom bardzo krwawy - i jakże smaczny - postmodernistyczny koktajl czerpiąc garściami z kultury i popkultury - począwszy od kanonu powieści grozy czyli "Frankensteina" Mary Shelley, a skończywszy na nawiązaniu do masakry w Columbine High School i opartym na tym wydarzeniu, docenionym w Cannes filmie "Słoń" Gusa van Santa. Sugerują tym samym, że niecodziennych wydarzeń w "American Horror Story" nie należy traktować zbyt dosłownie. Zresztą jednym z najważniejszych nawiązań wydaje się film Romana Polańskiego "Dziecko Rosemary" i poruszony w nim problem niemożliwości odróżnienia fantasmagorii zaburzonego umysłu od faktycznego obcowania ze zjawiskami paranormalnymi, z kryzysem rodziny i obrazem moralnego zepsucia w tle. Czy jednak właściwie jest się czego bać? Hm... istnieje mrok przed którym nie chroni zapalona przy łóżku nocna lampka, bo jak mówi Violet Harmon do swojego uroczego przyjaciela - "Myślałam, że jesteś taki jak ja, że pociąga cię ciemność. Ale Tate, to ty jesteś ciemnością".

Serial polecam z czystym sumieniem!

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:

Wpis został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz ten wpis

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować wpis

Blog został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz tego bloga

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować bloga

Dodaj komentarz

gorące wpisy

blogi moich znajomych