Harry

Rafał Kaplita

Wpis został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz ten wpis

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować wpis

Blog został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz tego bloga

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować bloga

W STARYM KINIE ... / Z ZAPISKÓW CZŁWIEKA ZDUMIONEGO
| 4 zdjęcia | 343 komentarze
"(...) Małe kino ...
Czy pamiętasz małe nieme kino ?
Na ekranie Rudolph Valentino
A w zacisznej loży Ty i ja

Na ekranie
On ją kocha i umiera dla niej
My wierzymy, bośmy zakochani
Dla nas to jest prawda a nie gra (...)"

Powyższe słowa, to oczywiście tekst piosenki Miecia Fogga, która towarzyszyła mi każdej 'dawnej' niedzieli przy obiedzie oraz dobrym filmie i która doskonale odzwierciedla stan mojego ducha. Moje serce mówi: to były czasy ... Uwielbiam stare kino. Uwielbiam je oglądać i o nim dyskutować. Tak więc w tym temacie postaram sie pisać o filmach i postaciach filmowych z małego, czarno-białego ekranu.

/

Jako wątek numer dwa: uwagi szczególne dotyczące szczególnych zjawisk.

komentarze

Ho, ho ... się spisałeś. Jestem za leniwy i nie przeczytam wszystkiego :D
Wcale nie uważam, że cięzko nam się dyskutuje. To po raz. Gdybyśmy się we wszystkim zgadzali, to by to było i nudne i takie bardziej na siłę mi sie wydaje. Poza tym nie można już teraz mówić, że inaczej spoglądamy na życie, tym bardziej, że nie za bardzo się zrozumieliśmy w temacie miłości i finansów. To nie jest z kolei tak jak to teraz odebrałeś. Aż tak niepraktyczny to nie jestem :) Ba! Z miłości do drugiej osoby to ja bym zrobił chyba wszystko, a przede wszystkim własnie zapewnienie godnego bytu i tak dalej, więc to nie jest tak jak sądzisz. Chodzi mi tylko o to, że nie można sprowadzać wszystkiego do wspólnego mianownika jakim są pieniądze (no można, ale ja tego własnie nie stosuję), bo wtedy zazwyczaj to po jakims czasie lipa jest. Wiem cos o tym ... W każdym razie, że danej chwili nie ma na zęby czy coś, to chyba da się jakoś przeczekać czy wybaczyć:) Z miłości rzecz jasna;) Z tym Bunuelem to dalej nie wierzę. Skąd w ogóle Hitchcockowi ten kolo przyszedł na myśl, skoro tak różnym kinem się zajmowali. Czytałem książkę o Hitchcocku i nie wspominał w niej o żadnym Bunuelu, w dodatku wyraźnie określił co w kinie, jakie kino tak na prawdę kocha. No i nie pasuje ono w ogóle do tego kina jakie prezentował Bunuel. "Lokator" ... Przyznam Ci się jeszcze szczerze, że obejrzałem ten film tylko dlatego iż myślałem, że to remake filmu Hitchcocka. Okazało sie to zupełnie cos innego ale wcale nienajgorszego. Zdanie mam bardzo podobne do Twojego Wermacu, bo film w którym mimo wszystko dużo ciszy oglądało mi sie bardzo szybko i przyjemnie. Nie pamietam go na tyle dokładnie, by móc rozszyfrować, co oznaczała poszczególna scena, ale mogę Ci powiedzieć, o co chodziło z tą Simone Cheul i tym przebieraniem. Otóz Wermacu to jest właśnie cała idea Schizofrenii, czyli 'rozszczepienia umysłu' jak to w oryginale brzmi. Takie są jej objawy po prostu stąd moja wczesniejsza gadka o schizofrenii własnie. Pisał za dużo teraz nie będę bo mykam gdzie chwilowo, ale ... jeszcze chciałbym Ci koniecznie polecic jeden film, bo powinien Ci się bardzo spodobać. To "Pająk" Cronenberga. Równie rewelacyjny film, o podobnej tematyce! Spodoba Ci się!

Buri ...
Twoją notke przeczytałem już po napisaniu tekstu do Wermaca, więc prostuję co nieco. Wpadło mi przed chwilą do głowy nazwisko Dali, które w jakimś drobnym sensie łaczy tych dwóch twórców. Może rzeczywiście coś w tym było, ale uwierzyć nie mogę nadal. Dlaczego Hitchcock który unikał za wszelka cenę nudy, tworzył filmy w których zawsze cos sie dzieje, w których zawsze mnóstwo napięcia, który bazował na dreszczowcach i historiach szpiegowskich nagle wyskakuje z Bunuelem, człowiekiem, który zajmował sie zupełnie odmiennym typem kina.

W każdym razie ... Temat ruszył z kopyta, co szalenie mnie cieszy. Po raz pierwszy zamiast do "Lwa ..." wskakuję tutaj, i to tak często. Dzięki!

użytkownik usunięty

Wspomnienia Bunuela z pewnego obiadu w Hollywood:
"W trakcie tej rozmowy usłyszeliśmy drobne kroczki drepczące po parkiecie. Odwróciłem się. Do pokoju wszedł Hitchcock, różowy i okrągły, i szedł ku mnie z wyciąggniętymi dłońmi. Jego też nigdy przedtem bie spotkałem, ale wiedziałem że wielokrotnie wygłaszał publicznie peany na moją część. Usiadł koło mnie, a potem podczas obiadu zażądał miejsca po mojej lewej stronie. Objąwszy mnie opowiadał cały czas oo swojej piwnicy, o swojej diecie (jadł bardzo mało) a zwłaszca o obciętej nodze z 'Tristany': 'Ach ta noga!"

tera ide na piwo, wróce i o ile bede w stanie to postaram się wskazać pewne podobne punkty w twórczości tych dwóch wielkich reżyserów.

OK, na prawdę bardzo chętnie poczytam.

użytkownik usunięty

Mogę napisać tylko nie wiem czy po obejrzeniu dwóch filmów Bunuela będziesz miał jakąś skale porównaczą... ale co tam. Odrazu powtórze że nie mam zamiaru zrobić z tych dwóch Panów twórców identycznych, tylko wskazać niektóre wspólne elementy ich twórczości.
Zaczne może od najbardziej charakterystycznego punktu łączącego twórczość tych dwóch Panów, który już sam pięknie określiłeś - jest nim nasz krytyczny paranoik Salvador Dali. Ja jednak ten na pozór oczywisty przykład Daliego, który na pierwszy rzut oka jest spoiwem potraktowałbym z dystansem. Dali współpracował z Bunuelem za czasów francuskiej awangardy surrealistycznej, która była ruchem artystyczno-estetyczno-moralnym (co w "Psie Andaluzyjskim" widać zresztą jak na dłoni prawda ? :)), z młodzieńczym zapałem, przyjacielską burzą mózgów. Dali z Hitchcockiem współpracował kiedy malarz był już u szczytu sławy, kiedy wzrastał jego narcyzm i szał na punkcie pieniądza, kiedy zrywał już z surrealizmem (moim zdaniem zerwał z nim do końca lat 30tych, potem to był czysty, dalisjki styl określany mianem 'paranoi krytycznej' choć surreal odbił na całym Dalim swoje piętno). Hitchcock chciał współpracować z Dalim ze względów estetycznych jako uzupełnienie jego koncepcji ze scenariusza, producent Selznick chciał miec Dalego jako nazwisko w czołówce przynoszące niemały zysk. Jak widać współpraca tych Bunuela i Hitchcocka z Dalim opierała się na dwóch różnych zasadach - od młodzieńczego zapału po robote rzemieślników.
Dlaczego Hitchcock współpracował z Dalim ? "Urzeczona" miała mieć scene snu który ma Gregory Peck podczas sesji u psychoanalityka. I otóż to ! PSYCHOANALIZA ! I u Bunuela i u Hitchcocka psychoanaliza, sen, podświadomość odgrywały olbrzymią role. W twórczości Hiszpana widać to jak na dłoni od początku do końca, u Hitchcocka najbardziej właśnie na przykład w "Urzeczonej" i "Marnie". Obydwaj panowie odnoszą się w swojej twórczości do wspomnień z dzieciństwa, do traumatycznych przeżyć czy w końcu do SEKSU który przeca u tego Freuda był sendem sprawy. Nie wiem czy czytałeś "Hitchcock/Truffaut" ale tam Hitchcock mówi o każdym filmie od strony jego 'seksualnego' napięcia - o "Marnie" jako o fetyszu uprawiania seksu ze złodziejką, w "Osławionej" o oddawaniu ciała dla wyższej sprawy czy w końcu o "Vertigo" jako o nekrofilii. Przy "Zawrocie głowy" chciałbym się zatrzymać - spotkałeś się może z opinią jakoby cały film miałby być wytworem wyobraźni głównego bohatera ? Zdaje się że Hitchcock nawet przychylał się do tej interpretacji, dokładnie nie pamiętam a przecież Bunuel też konstruował całe filmy opierając się na motywie snu czy zwidów poprzez subiektywizacje narracji (np. "Dyskretny urok burżuazji"). Luis Bunuel także w swojej książce zwraca dużą uwage na seks i napięcie erotyczne pomiędzy bohaterami. Podczas gdy ja końcówkę "Viridiany" (co za wspaniały film!) w której padają słynne słowa "od razu widziałem że zagrasz z nami w karty" interpetuje jako demaskacje fałszywej pogoni za niepotrzebną dobrocią, Bunuel określa jako 'akceptacje związku we troje', początek ertoyczno-miłosnego trójkąta. Miodzio. Obydwaj Panowie w dodatku wykazują dużą troskę o widza, o przekazanie mu treści. Obydwaj podchodzą do robienia filmu jako do rzemieślniczej roboty, dobrze wykonanej = dobrze płatnej. Wiem że w przypadku Bunuela ten argument może wydać się 'nie-do-wiary' jadnek sam reżyser fabułe "Viridiany" określa jako błahą historię erotyczną. Bunuel naprawdę robił filmy proste, po prostu w surrealistyczny sposób robił nas w konia i muszał do myślenia (a to zmieniając tytuł, a to dodając scene wyrwaną z kontekstu a która to się Bunuelowi w nocy przyśniła). A czy Hitchcock także nie dążył do wyprowadzenie widza w pole ? Sam przecież mawiał że widz lubi zgadywać co będzie zaraz - trzeba więc robić tak by niemożliwością było odgadnąć co się za chwilę wydaży. 'Jak mówił tak robił' - nie da się ukryć.
Tak więc podejście do tworzenia filmu, jego konstrukcji czy fascynacja psychoanalizą (znak czasów w których tworzyli) to coś co tych tak na pozór odległych od siebie autorów łączyło. Nie wiem czy Ciebie to przekonało, jesli nie to się nie dziwie :) Powtarzam że to tylko przemyślenia i luźne powiązania niż faktyczny stan rzeczy poprzez których ich filmy na DVD stawiałbym na półce tuż obok siebie ;)

Takiego komenta mógł napisać tylko Ktoś zafascynowany OSIEM I PÓŁ (he,he.)
Drogi Buri, ja myślę, jestem wręcz przekonany, że Harry w sposób grzeczny, ale stanowczy powie coś w stylu: nie cierpię Bunuela!! (he,he.)
Z przyjemnością przeczytałem Twoją krótką nalizę porówującą Hitcha do Bunuela.
Myślę sobie jednak, że zdecydowanie bardziej psychoanalizą sensu stricte zafascynowany był Hitch, Bunuel był bardziej, że tak się wyrażę, intelektualnie bogatszy, pełniejszy. Nie potrzebował błyskotliwych podopowiedzi do swoich w sumie bardzo erotycznych filmów.
Ale, co ja tu będę gryzmolił, podam Wam dwa, kapitalne dla mnie przykłady, które doskonale komponują się ze słowami Buriego:
1. Zakończenie PÓŁNOCY- PÓŁNOCNEGO ZACHODU- pociąg wjeżdżający do tunelu;
2. Komisarz policji w WIDMIE WOLNOŚCI wspominający swoją siostrę- pianistkę.
I jak tu nie kochać kina?
Pozdrawiam Was Buri i Rafale!!

No ja również z ochotą i radością poczytałem to co raczył napisać kolega Buri. Przyznam się nawet, że nie wpadłbym chyba jeszcze bardzo długo (być może nawet nigdy, nawet w momencie gdybym zobaczył wszystkie filmy Bunuela), że Bunuel i Hitchcock mogą mieć ze sobą cokolwiek wspólnego. Co chciałbym do tego dopowiedzieć? A no to, że ludzie, którzy mówią, że nie warto się udzielac na FW nie mają racji do końca. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie się zakręcić :) Dzięki!
P.S. Nie cierpię Bunuela!! (dla uspokojenia;)

użytkownik usunięty

No to ciesze się że moje przemyśleniea spotkały się z zainteresowaniem.
Alfonso: Nie hcodziło mi o to czy to Bunuel czy Hitchcock jest pełniejszy w mądrości życiowe i to który bardziej się do tego Frueda odwoływał - to temat na osobną rozmowę, ja tylko skromnie porównałem ich 'punkty styczne'. W każdym bądź razie - obaj byli świntuchami ! ;)
Przytaczasz też przykład "Polnoc-polnocny zachod" a w moim osobistym mniemaniu to jest njbardziej ociekający seksem i erotycznym napięciem film jaki widziałem! Żadne namiętne romansidło czy nawet emancujący dosłownym seksem "pornos z fabułą" nie jest w stanie pobić sceny w pociągu kiedy to Eva Marie Saint kokietuje Granta... Mrrrr :)

Eee tam, pisane dialogi;-) Wolę, jak aktorzy gadają.
Ja w sumie też fanką s-f nie jestem, ale są wyjątki. A horrory lubię, te z fajnym klimatem, a nie z hektolitrami krwi.
Horrory Cormana mają właśnie swietny klimat i nie można ich porównywać do głupawych horrorków dla nastolatków. Naprawdę warto je obejrzeć. W sumie to ogląda się je bardziej jak filmy kostiumowe niż horrory.
To Twoje porównanie roku 1948 z 2006 jest nieco niesprawiedliwe, bo wymieniłeś same tandety, a dobre filmy pominąłeś, a i takie przecież były. Ja tam chodzę czasem do kina i nie narzekam. "Infiltracja" Scorsese mnie wręcz zachwyciła, film "V jak Vendetta" też zrobił na mnie spore wrażenie. Jest jeszcze parę innych dobrych filmów, więc nie ograniczajmy się do jakiejś Teksańskiejmasakrycośtam;-)
"Dzwonić Northside 777" nie widziałam, ale czytałam o tym filmie i kiedyś go na pewno obejrzę, może w święta, bo na razie mam jeszcze kilka innych do obejrzenia, a czasu niewiele.
Pozdrawiam:-)



filmoznastwo?
to musi być ciekawy kierunek:).
A jeśli chodzi o stare kino, to uwielbiam Audrey Hepburn i jej koci wdzięk.

Ja tam mówiąc szczerze większą podnietę seksualną przejawiam patrząc na rzeczywiście piękną kobietę aniżeli jakiś tam pociąg w jakimś tam tunelu :D

Ariano ...
Wiem ... jestem wredny! Ale już taka moja natura! Jestem świadom tego, że i w tym czy poprzednim roku znajdzie się (zreszta ja sam bym pewnie znalazł) kilka niezłych, czasem może bardzo dobrych filmów, ale nie ukrywam, że ogólne wrażenie współczesnego kina nie jest za dobre, bo nawet tandetne horrory tyle, że w latach 50'tych np. sprawiały lepsze wrażenie, niż co poniektóry czasem dzisiejszy rozreklamowany na cały świat hicior.

Ares_Maskot ...
Zastanawiam się dlaczego piszesz(Cie) raz w pojedynczej raz w mnogiej osobie?

Cóż, nie będę Cię przekonywać, bo w dużej mierze masz rację. Filmów powstaje teraz mnóstwo, a niestety większość jest przeciętna. Ale to w sumie dobrze, bo gdyby same dzieła powstawały, nie wiem, skąd brałabym kasę na kino;-)
Jako że nie mam chwilowo nic nowego, obejrzałam sobie ponownie film "Kto sieje wiatr" Kramera. Widziałeś go może? Bardzo fajny film, powinni go puszczać teraz w TV, żeby wbić gościom z LPR trochę rozumu do głow;-) Ale oni chyba i tak są niereformowalni.
Pozdrawiam:-)

Tego filmu Kramera akurat nie widziałem, ale nie ukrywam zapowiada się bardzo, bardzo ciekawie. Jak się nadaży okazja, czy to w telewizji czy gdziekolwiek indziej napewno nie przegapię okazji. W ogóle zbliża się zima ... Zanim zacząłem pracować była to moja ukochana pora roku. Zawsze oglądałem wtedy mnóstwo filmów, w domowym zaciszu. Co prawda mamy teraz ciepło, do pracy trzeba chodzić, zimy nie wyczekuję ale jakby filmów więcej niż zwykle oglądam. Dzis porwałem się na dwa pomiędzy zajadaniem posiłków i spacerami po miejscowym parku. O jednym już co nie co napisałem w temacie poniżej, ale przed chwileczką właśnie skonczyłem oglądać absolutne arcydzieło. Jestem pod ogromnym wrażeniem i jeśli nie widziałaś polecam gorąco.

"LECĄ ŻURAWIE"

Ja niestety na filmy mam czas tylko w sobotę. Dzisiaj powinnam odrabiać zadanka i czytać lektury, ale jakoś nie wyszło. Jutro będę żałować. Zimę bardzo lubiłam w czasach podstawówki, a odkąd muszę dojeżdżać, nie przepadam za tą porą roku. Chociaż święta lubię, bo jest wolne, fajny klimacik(trochę popsuty przez to, że dekoracje świąteczne w sklepach pojawiają się już na początku listopada i do świąt zdążą się znudzić) i prezenty;-) Czasem nawet puszczą jakiś fajny film, choć niestety zazwyczaj pokazują to samo. Mogliby w końcu zapodać "To wspaniałe życie", a nie tylko Kevina i Griswoldów.
"Lecą żurawie" ma bardzo dobre komentarze, więc chyba muszę kiedyś obejrzeć. Tylko najpierw muszę go zdobyć.
Pozdrawiam:-)

użytkownik usunięty

Stare kino jest cudowne przede wszystkim dlatego, że w latach 30 mężczyźni nosili jeszcze cylindry...coś wspaniałego.
Poza tym te mroczne uliczki, atmosfera, inny sposób gry, kadrowania, przejścia z jedego ujęcia na kolejne. W latach 40 nie było już takiej magii w kinie, przynajmniej dla mnie.
Moje ulubione stare filmy: "Pancernik potiomkin", "Doktor Jekyll i pan Hyde" czy ulubiony film Hitlera "Błękitny anioł".
Poza samą niezwykle dla mnie atrakcyjną formą wymienione filmy, co zabrzmi cholernie banalnie, mają treść, ukazują jakąś prawdę o człowieku.
Choć najważniejsi i tak są faceci w cylidrach.

Ariano ...
Ten "Kevin ..." jest bez wątpienia jakimś tam symbolem każdych świąt Bożego Narodzenia. Jednym przeszkadza, innych nudzi co zrozumiałe, a ja bym w sumie oglądał go co rok, bo się na nim praktycznie wychowałem. Jakis taki sentymentalny od dzieciaka jestem. No i co więcej. Albo Ty napiszesz coś o jakimś filmie albo ja, jak się zmobilizuję, bo wychodzic z rozmową o życiu prywatnym na tym portalu w sumie nie przystoi. Cóż ... byle do świąt, byle do dobrego filmu. Ja chyba jutro odkurze telewizor, na który nie patrzyłem ze trzy miesiące i obejrzę "Geronimo" :)

Panno Cudowna ...
Fakt ... cylindry i nietylko. Ja pamietam, że nawet złodzieje czy bandyci byli w garniturach! Te czasy jednak bezpowrotnie minęły i pozostaje nam jedynie właśnie kino. Jeśli chodzi o 'magię' to ja akurat z niewielkimi wyjątkami właśnie kino lat 40'tych i wyżej sobie cenię. Właśnie Bogarty, Stewarty, Fordy i Wayne'y. Ale co kto woli. No a ten Hitler albo nie mógł się zdecydować, albo źrodła jakieś takie mało rzetelne. Gdzieś tam kiedyś wyczytałem, że Hitlerowi najbardziej przypadł do dustu jakiś film z POlą Negri, czyli nie "Błekitny Anioł". W każdym bądź razie ... Jakby mi się te słowa nie napatoczyły na oczy to bym w życiu nie szukał informacji na taki temat, bo i Hitler i to co mu sie podobało a co nie akurat mało mnie obchodzą.

Czas chyba powoli na coś staronowego.

CZŁOWIEK Z KAMERĄ FILMOWĄ
(CHELOVEK S KINOAPPARATOM)
reż. Dżiga Wiertow
1929 r. (czyli mieści się granicach magicznego kina Panny Cudownej)

Dokument to jest. Ale jaki!
Wyłaczyłem sobie dźwięk, oryginalny dźwięk w filmie, bo orkiestra z lat 90'tych po prostu mnie drażniła i nie pasowała do filmu. Film wyświetlany z większą ilością klatek na sekundę (jak to zwykle w starych dokumentach), więc wszystko jakby nieco szybciej się dzieje. Włączyłem więc w tle muzykę, nieco szybszą ... konkretne, żywe kawałki Krisa Kristoffersona (pozdrawiam Cię Kris;) I tym oto sposobem przeżyłem coś niesamowitego! Dokument przedstawia Moskwę z lat 20. Jej najciemniejsze, najmniejsze zakątki, ludzi w niej żyjących. A wszystko to nakręcone po mistrzowsku. Montaż po prostu powala na kolana. Mnóstwo kapitalnych ujęć, chwytów, pieknych widoków w połaczeniu właśnie z konkretną żywą muzyką piorunuje! Wszystko to widziane wszechmocnym okiem kamery, która dodatkowo pod koniec filmu odstawia niesamowity taniec! Co tu dużo pisać, dla mnie to jest sztuka, to jest film, choć bez dialogów. To sie ogląda!

Ja nie mam nic do Kevina, sama oglądam co roku, ale chciałabym, żeby w TV pojawiały się też inne, starsze świąteczne filmy.
Hehe, w sumie to na blogach na FW ludzie piszą co im się podoba, ale to Twój blog, więc się dostosuję. Widziałam ostatnio kilka filmów, ale nie mam natchnienia do pisania, więc może rzucę jakiś koment później.
Pozdrawiam:-)

Hej! Zapraszam do mnie! Piszemy naszą własną, filmwebwską powieść:)

u kogos widzialam juz ten tekst piosenki..hm u Juli?ciekawie..stare kino to klasyka;)
pozdrawiam i serdecznie zapraszan--nie zaszkodzi jak zostawisz po sobie jakis slad bym wiedziala jak do Ciebie wrócić:)

"Święta Bożego Narodzenia
to czas radosny i oczekiwany,
gdzie gasną spory i goją się rany.
To czas kiedy w sercach miłość
i szczerość duszy zagości.
Dla rodziny, dla bliskich, dla gości.
A wokół cichutko rozbrzmiewa kolęda.
Niech piękne będą dla Ciebie te święta"

Niech pod świąteczną choinką
znajdzie się więc radość, szczęście,
życzliwość i wzajemne zrozumienie
oraz spełnienie wszystkich marzeń w Nowym 2007 Roku.
Wszystkiego co najlepsze!

No tak "Kevin" to standard. Jak dla mnie obowiązkowo powinni puszczac "Wspaniałe życie" Capry na święta- najbardziej antydepresyjny film jaki znam.

Dziekuję za odwiedziny, za zaproszenia, za życzenia. Od siebie dodam jedynie życzenia, bo to mi ostatnio tylko w głowie. W zasadzie wszystkim filmwebowiczom chciałbym życzyć wesołych i skoro na śnieg juz nie możemy liczyc to przynajmniej suchych świąt, tak żeby sobie w drodze na wigilię kreacji nie pobródzić :D

Z OKAZJI ŚWIĄT

ŻELAZNY KOŃ
(THE IRON HORSE)
reż. John Ford
1924 r.

Pierwszy wielki film Forda nazwany przez krytyków 'AMERYKAŃSKĄ ODYSEJĄ' Gigantyczne dzieło nakręcone w zdecydowanej większości w plenerze, co w ówczesnych czasach było wielkim ewenementem. Na zdjęcia te Ford wyruszył do Nevady na czele czterotysiecznej armii statystów i pracowników technicznych. Osobna grupe stanowiło ośmiuset indian i pułk kawalerii oddany do dyspozycji reżyserowi przez Pentagon. Dwustu autentycznych cowboyów opiekowało sie dwoma tysiącami koni. Film miał tysiąc dwieście osiemdziesiąt scen i dwieście siedemdziesiąt pięć napisów. Projekcja trwała dwie i pół godziny. Jednym słowem gigantyczne przedsięwzięcie. Film opowiada o budowie pierwszej kolei transkontynentalnej, jednoczesnych walkach z indianami i ludźmi, którzy zawadzali i przeszkadzali, bo nie chceli dopuścić do tej budowy. To najbardziej patetyczny western a i może film jaki widziałem. Ścieżka dźwiekowa, [nie licząc jednego, pięknego, głownego motywu muzycznego, który został użyty jeszcze raz u Forda w jakimś jego późniejszym westernie (no nie mogę sobie przypomnieć w jakim)] to praktycznie zestawienia hymnów i wielkich amerykańskich piesni typu "Glory Alleluja" czy "Dixie" Nieźle się tego słucha, napewno lepiej niż te wszystkie brzdękolenia u Murnau'ów i Griffith'ów ale dodaje jeszcze więcej patosu historii, która juz sama w sobie ma go aż nadmiar. Nie powiem, rozczarowałem się trochę bo historia jest dośc stronnicza, bohaterowie mało wyraźni, zakończenie mało twórcze. W sprawie tego pierwszego można powiedzieć, że np. w klasycvznych westernach indianie zwykle uchodzili za tych złych i ... "Dobry indianin to martwy indianin" był. Tak jest tez tutaj, tylko indianie nie atakują białych ot tak sobie a bronią siebie, swojego terytorium przed najeźdźcami. W tym wypadku oczywiście wybielonymi białymi. Poza tym strasznie dziwny portret indian nam tutaj Ford zaserwował. Przyznam się, że jeszcze się z takim nie spotkałem. W zbliżeniu, to ludzie bardzo inteligentni, rozumnie myślący, opanowani, świetnie ubrani. Od białych rózni ich jedynie to, że mają na głowach kapitalne pióropusze. Cóż z tego skoro z daleka, kiedy kamera odjeżdża hen daleko w kierunku szarego nieba oni potrafia jedynie jeździć w kółko lokomotywy na koniach i upadać raz za razem na ziemie po strzale jak nie jakiegoś napuszonego białasa to salonowej dziwki. W stadzie że się tak wyraże, w dodatku w stadzie najeźdźców są bezbronni, wręcz nieporadni. Raptem dwa razy z łuku potrafili strzelić i zabić jednego białego, w dodatku starego dziadzia, który i tak przed śmiercią zdązył dopalić swoja fajkę. Jednym słowem czerwonoskórzy zostali tu brutalnie wydymani przez rezysera. Ot pojeździli sobie na koniach. No i choć Ci czerwonoskórzy homre zostali ukazani w jak najgorszym świetle to i tak bliżej było mi im, aniżeli wspaniałomyślnym białym, którzy z niewielkim wyjątkiem pewnego łysego dziadzia, który zamiast wyrywać bolącego zęba mówił do dentysty "mimo wszystko wolę, żebyś mnie jednak ogolił;)" są bez wyrazu. Głowny bohater został chyba wytrzaśniety z jakiegoś uwczesnego playboya, bo taki piekny goguś z niego, który nawet bić się nie potrafi, ale wygrywa wszystkie walki na pięsci za każdym razem pozbywając się swojej koszuli (no niczym bruce lee!) Co mi się w filmie podobało prócz motywu muzycznbego? A no co poniektóre scenki, takie bardziej żartobliwe w stylu Forda właśnie, które chyba jako jedyne zapadną mi głebiej w pamięć. Ot kilka przykładów na koniec, bo według mnie to jedyny sposób, aby zachęcic do tego filmu, który bez wątpienia ważny jest dla samego gatunku.
1) Indianie sie przeprowadzają. Jakiś "Tanczący Niedźwiedź" czy tam "Leżąca Stopa" siedzi na koniu z założonymi rękoma, pali fajkę a obok niego jego żona, która trzyma toboły pod pachami, w dłoniach, na plecach dzieciaka, na głowie jakiś kosz, do spódnicy przywiązany jakis pies i wózek. Heh ...
2) Nasz głowny bohater wywołał bójke w saloonie, Naparza się z jakims innym dupkiem. Bija się, drzazgi lecą, ludzie utworzyli krąg. Nagle wpada jakis stary dziadziu z fajką i mówi: "To ma byc kurwa walka?" Hehe ...

No i moja ulubiona scena, wydaje się, że wcale nie zamierzona!!
3) Kamera w oddali, indianie krążą wokół lokomotywy. Nagle jeden z nich dostaje strzała i pada. I nagle pies, który cały czas koło niego biegał zatrzymuje się i do niego podbiega. Wtedy następuje zbliżenie (może reżyser poszedł za ciosem). Pies rozpacza i układa się na szyi swojego martwego pana i zasypia! Nie wiem czy to było zamierzone czy nie, ale to świadczy o tym, że czerwoni nie byli źli [hehe]

Tak w ogóle film posiada jedna raptem trzydziestosekundową scenę, która w najwiekszym z możliwych skrótów, w lekkiej parodii może opowiadać historie stanów zjednoczonych. Powiedziałbym taka miniatura "Jak zdobywano dziki zachód"
Ludzie budują kolej, układają szyny, bija w gwoździe młotami, bija, biją, spiewają, spiewają. Nagle nadjeżdżają indianie. Strzelanina, strzelania, strzelanina. Indianie odjechali, robotnicy powracaja do pracy jak gdyby nigdy nic. Śmieszna to scena, ale ... Kwintesencja wild westu.

Wiesz Harry, niestety tak jest w wielu westernach , że Amerykanie są nieznośnie wybielani a Indianie jako uppierdliwe głupki, które trzeba sprzatnąć. Zresztą Ford ( nie ujmując nic jego wielkiemu talentowi)chyba ma takie tendencje, bo zrobił nieznośnie napuszone "Rio grande".

PANI MINIVER
(MRS. MINIVER)
reż. William Wyler
1942 r.

"Przejęty filmem Roosevelt polecił zrzucać nad Europą ulotki z patriotycznym kazaniem pastora. Churchill przyrównał skuteczność filmu do wysiłku sześciu połączonych dywizji, a Goebbels podsuwał go niemieckim filmowcom jako 'wzór propagandy'."

Każdy wie, że wojna jest zła ...
Jednak jak najbardziej dosadnie wyrazić jej bezsens?
Wielokrotnie była tutaj mowa o filmach wojennych, antywojennych. Wymieniano "Pluton", "Pełny magazynek", "Ofiary wojny" czy "9 kompanię" jako najwybitniejsze z nich, jako te które w najpiekniejszy sposób były jednocześnie najbardziej skuteczne. Sam też tak myślałem. Ale oto dzis pojawia się przed moimi oczami "Pani Miniver", która robi wręcz rewolucję. Mamy najstraszliwszą z wojen praktycznie bez jej udziału. Wyler w swoim filmie portretuje rodzinę, dość przeciętną, choć niesamowicie sympatyczną, kochającą się. Mamy domek marzeń, piękny ogród, pierwszą miłość, wspaniałe chwile, urocze dzieciaki. Pojawia się jednak wojna, która może nie całkiem, ale bardzo uporczywie ingeruje w ich życie. I to jest moim zdaniem świetny pomysł! Widz tak bardzo nie chce, aby cokolwiek złego się stało któremukolwiek z bohaterów tak bardzo chciałby wrócić razem z bohaterami do tej harmonii jaka panowała, tak bardzo chciałby poznać dalsze losy i perypetie rodziny, ale sie cholera nie da. Wojna nawet dla widza robi się nieznośna, z czasem przerażająca, aż wręcz tragiczna. Wyler jak to Wyler nie bawi sie zbytnio w wizualne bajery, ale tworzy obraz raz po raz piękny. Wiekszośc, jak nie wszystkie zdjęcia są w atelier, co zawsze uwielbiałem. No i przede wszystkim wspaniale analizuje wręcz poszczególne postacie. Film wciąga od pierwszych minut, czego zasługa wielką jest napewno gra aktorów. Mnie Greer Garson i Walter Pidgeon po prostu zachwycili. Zresztą niesamowicie spodobała mi się cała reszta obsady, która na czas filmu stała się mi bardzo bliska. Poza tym wszystkim chciałbym powiedzieć, że "Pani Miniver" ... nie wiedzieć co, ale ma w sobie to wszystko z czym kojarzy mi się amerykanskie 'stare kino' To jest ta esencja starego kina jaką mam zawsze w pamięci i której podświadomie poszukuję oglądając czarno-białe filmy. Dodając na koniec, że film otrzymał 6 oscarów stwierdzę iż zdecydowanie zasłużenie, bo jest dziełem wybitnym!

http://www.filmweb.pl/topic/454161/Niespodziewane+rozczarowa...

użytkownik usunięty

Lata trzydzieste. Niemcy. Berlińskie ulice terroryzuje groźny psychopata. Policja przygotowuje obławę na tego mordercę i pedofila. Tymczasem przywódcy światka przestępczego postanawiają sami go schwytać i ukarać?
Tyle, aby najprościej streścić fabułę tego bardzo ważnego filmu. Dlaczego ważnego? Ano powodów jest kilka. Począwszy od tego, że jest to film Fritza Langa ? jednego z najważniejszych wizjonerów kina nie tylko niemieckiego. Poza tym jest to jego pierwszy film dźwiękowy, więc dla amatorów kina ?starego?, którzy filmu jeszcze nie widzieli, będzie to doskonała okazja do porównania i oceny, jak Lang radzi sobie z dźwiękiem. A radzi sobie dobrze, bo doskonale synchronizuje montaż obrazu i udźwiękowienie. Poza tym reżyser oszczędza nam środków wyrazu skupiając się na ludzkich ?wnętrzach?. Bardzo ważną rzeczą jest też to, że film powstał na podstawie autentycznych kronik policyjnych i artykułów prasowych, a sama opowieść ma charakter niemal paradokumentalny.
Tyle od strony technicznej filmu.
?M? jest filmem dziwnie niedopasowanym do czasów, w których powstał. Niepoprawna jest w nim tematyka, bo nie można go nazwać ani kryminałem, ani sensacją, choć fabuła to przecież pogoń za groźnym przestępcą, pedofilem i mordercą. W latach trzydziestych mało kto zajmował się w kinie różnorakimi zboczeniami, czy zwyrodnieniami. Przynależne to niemieckiemu ekspresjonizmowi, w którym to nurcie zaczynał Lang. Bo kim jest tytułowy ?M?. Nazwany tylko literą, jakby był nierealny, czy też nie do końca określony. A może ?M? nie jest konkretnym człowiekiem, postacią, a pewną wewnętrzną częścią jakiegoś społeczeństwa? Wyrzutkiem. Anomalią. Tytułowy ?M? jest człowiekiem chorym. Szaleńcem. Ale nie postacią z horroru. To w gruncie rzeczy postać z krwi i kości, która zaszczuta ma jednak prawo do ostatniego słowa przed sądem. Lang stawia bardzo ważne pytania. Stawia oskarżonego przed tłumem rządnym krwi, ale też daje mu szansę wytłumaczenia się z choroby, okazania skruchy i przyznania się do winy. ?M? grany rewelacyjnie przez Petera Lorre w końcowych scenach filmu daje mistrzowski pokaz aktorstwa. Pedofil przyznaje się do winy, płacze, a jednocześnie przyznaje się do choroby, na którą nic nie może poradzić. Są choroby, których nie sposób wyleczyć. ?M? jest taką chorobą. Chorobą, która tak naprawdę trawi całe społeczeństwo. Żeby je uratować trzeba chwycić za skalpel?
Ten film znać trzeba. Przynajmniej z tego powodu, że można znaleźć tam pytania, które wiele środowisk zadaje dzisiaj.

?M - Eine Stadt sucht einen Mörder? ? Fritz Lang, 1931, Niemcy

Jeśliś widział, szczęśliwyś. Jeśli nie, warto. Pozdrawiam kolegę lubiącego starocie.

Fajnie, że ktoś się tutaj odezwał. Temat mocno zaniedbany, małoatrakcyjny, za sprawą też samego mnie, który puścił go w zapomnienie. I nie z tego powodu bynajmniej, że starocie przestałem oglądać. Skąd! Po prostu oglądam ich tak dużo, że napisanie o każdym z nich czegoś esnsownego w moim przypadku jest już niemożliwe do wykonaia. Czasu brak niemiłosiernie. "M", czy "M - Morderca" jak zdarzało mi sie widzieć swego czasu oglądałem, przyznam się, że jeszcze wtedy kiedy Lang kojarzył mi się jedynie z Niemieckim ekspresjonizmem. Nie ukrywam zrobił na mnie wtedy niemałe wrażenie i chyba niczego nowego nie powiem jeśli dodam, że właśnie scena końcowa, niedoszłego linczu robi w filmie wrażenie największe. Bardzo trafnie zauważasz, że to pierwszy dźwiękowy film Langa i dla mnie jest to nielada frajda, bo "M" to jest mocna i cieta riposta (chyba najlepsza jaką można było stworzyć) na słowa krytyki świeżego wówczas kina dźwiękowego, które miało być niby krokiem wstecz dla kinematografii. Szanuję kino nieme, fragmentarycznie uwielbiam, ale nie uważam, jakoby ta zmiana wpłynęła na gorsze. Zmieniła kino po prostu, może nawet stworzyła w końcu pełnym. A "M" jest dowodem na to, że taki film, tak wielki film bez dźwięku w tym przypadku nie istnieje, bo Lang za pomocą dźwięku kręci sceny które w kinie niemym byłyby chyba niemozliwe do nakręcenia. Ot chociażby obława na Lorre'a, w której to 'napastnicy' gwiżdżąc dają sobie sygnały. Tego nie widać na ekranie, a jedynie słychać. Mówiąc szczerze nie wyobrażam sobie,. by tabliczki dialogowe z napisem "świstt" były na tyle czytelne, jasne i tak wartościowe jak ten dźwiekowy banał.
Ostatnio udało mi się obejrzeć "Jestem niewinny" z Tracy'm własnie Langa, no i niejako uważam ten film za nieco podobny tematycznie, równie świetny, jak nie lepszy! Choc inny klimatycznie, bo hollywoodzki! Ale serdecznie polecam koledze widząć, że M sie podobał. Tymczasem pozdrawiam serdecznie i do napisania!
P.S. Zauważyłem w Twoich ulubionych "Kreta" (powinienem to w westernie pisać, ale teraz sobie przypomniałem). Mam ten film już pewien czas i zebrać sie nie mogę. Rzeczywiście dobry?

użytkownik usunięty

CZy dobry? Na pewno dziwny. Jeżeli widziałeś coś Jodorovsky'ego, to niczego nowego w tym filmie nie zobaczysz. A jeżeli byłoby to Twoje pierwsze spotkanie z tym reżyserem, to łatwo przejechać się na formie, którą tam prezentuje. Nie wiem, co powiedzieć o tym filmie... Dla mnie jest piękny, choć z drugiej strony brzydki. Mądry i bez sensu zarazem. western, a z drugiej strony wcale nie. Na pewno warto! Pozdrawiam.

SWISS MISS

i ...
Najlepsza scena surrealistyczna jaką widziałem przy której dokonania Dali'ego i Bunuela po prostu wysiadają. Laurel i Hardy tachają pianino przez przełęcz Alpejską, gdzie docierają do wiszącej kładki/mostu zbitego z desek i lin pełnego jak sie później okazuje próchna i z niespodziewanym gorylem. Co lepsze, Stanley jest najebany napojem procentowym od bernardyna, którego wcześniej oszukał udając poszkodowanego. Innymi słowy to trzeba zobaczyć i tego się nie do opisać ponieważ scena ta jak mało która przypomina bajkę, choć wiadomo, że brał w niej udział żywy człowiek. (podobną scenkę sprezentował nam Chaplin w "Gorączce złota" z wiszącym nad przepaścią domkiem)

Wczoraj będąc w szpitalu jakaś pani doktor mało nie wydłubała mi oka paluchami. Korzystając więc z okazji dnia wolnego od pracy z powodu zajebistego bólu oka postanowiłem, że podzielę sie krótkimi spostrzeżeniami na temat ostatniego filmu jaki widziałem, a było to w weekend. Seans nie byle jaki to był bo zakrapiany mieszanką alkoholi, w niebylejakim towarzystwie, bo najbliższych w dodatku z niebylejakim filmem. Widowisko retro, bowiem jeszcze naturalnie pozbawione kolorów (nie licząc rzecz jasna wszystkich odcieni czerni i bieli) pod batutą niemieckiego emigranta (wiadomo dokąd) o nazwisku Lang. Trudno mi sobie przypomnieć w jaki sposób ten film wpadł mi w ręce, ale jego widok a konkretnie obsada ucieszyła mnie ogromnie. Niejaki "Bannion", bo o nim mowa opiera się na bardzo wyrazistym podziale bohaterów na tych bardzo dobrych, bardzo złych. I tak oto po obu stronach barykady staje Lee Marvin jako wyjątkowo nędzny i podły sługus pewnej szumowiny, który potrafi swoje dziewczynie wylać od tak gorącą kawę w twarz szpecąc ją na wieki. W opozycji wielokrotny kowboj Glen Ford, który robi ze swoja postacia po prostu cuda. Jego bohater Dave Bannion przechodzi tutaj zdumiewającą metamorfozę od przykładnego męża i ojca wspaniałej rodziny, bardzo czułego zarazem i troskliwego. Jednocześnie bardzo rzetelnego pracownika - detektywa policji w bryłe lodu, bez skrópół z zasadami własnego autorstwa podporządkowanymi wyłacznie głownemu celowi jakim jest zemsta. Na myśl w tym momencie momentalnie przyszedł mi mój ulubieniec Brudny Harry, bowiem obaj działaja tutaj na bardzo podobnych zasadach, z użyciem bardzo podobnych, nasiąknietych brutalnością i nie pozbawionych szaleństwa metod. Łaczy ich tutaj również brak słabości w takiej profesji a mianowicie brak współczucia i praktyczna redukcja emocji do zera. Powiedziałbym że nawet Bannion robi to z większą premedytacją i zacięciem. Jego postać przypomina niemal samego Terminatora. Takim oto sposobem, działając juz zupełnie na własną rękę zaczyna budzic respekt i obawy wśród swoich ofiar. Dlaczego o tym piszę? To jest bowiem mój ulubiony typ filmowego bohatera jaki stworzyło kino. Nie muszę więc pisać chyba, że film przypadł mi do gustu. Czy jest to jednak zwykła sensacja, czy może coś więcej? Jako jeden z nielicznych filmów takiego rodzaju jest powiedziałbym nawet mocno wyczulony na tzw. trzecich ludzi. Małokiedy bowiem zdarza się aby widz przywiązywał większa wagę do drugo a nawet trzecioplanowych postaci. Ośmielę sie stwierdzić, że tragedie jakie spotykają te osoby bez pozornie wiekszego znaczenia oddziaływują na widza równie mocno co sami głowni bohaterowie. Trzeba więc na koniec przyzć, że Lang stworzył bardzo dobry amerykański film z europejskim brakiem banalności.

użytkownik usunięty

błyskotliwi lekarze uwazaja ze nie ma nic bardziej niebezpiecznego dla wzroku niz choroba oka !

W moim przypadku to nie choroba, a ciało obce w oku. Nie zmienia to jednak praktycznie faktu, że "specjalistyczna" interwencja tego typu może przynieśc ten sam efekt co żwawo postępująca katarakta. Zresztą samo działanie zapogiegawcze przypominało średniowieczne metody torturowania. Co więcej cholera ... wydaje mi się, że "Bannion" opowiada sie za wyraźnym podziałem czasu pracy i czasu prywatnego. Jednym zdaniem: jak przychodzisz z roboty to załóż kapcie, pocałuj żonę i trzepnij browara i zacznij na powrót myśleć o robocie o 8 rano następnego dnia. Inaczej przyjdzie Ci znów wyrzucić odznakę do wody.

"KOMU BIJE DZWON", KSIĄŻKA A FILM, czyli ... w którym śpiworze jest bardziej przytulnie?
Taki banalny przykład śpiworu, który w tej historii pełni funkcje oazy spokoju i rozkoszy cielesnych. Jakie róznice w prezentacji? Hemingway skrópulatnie zajmuje się historią zakupu śpiwora, jego konstrukcją, rodzajem materiału. Śpiwór jest tutaj drogocennym gadżetem w którym mozna uprawiać seks pomimo tego iż leży w zaspie śniegu. Chowasz sie nim (zakrywasz głowę) i jesteś w innym wymiarze? Jak to przelać na celuloid, jak wyeksponować te doznania? Film posługuje się tutaj atelier przez co pomniejsza znaczenie śpiworu, a powiększa istotę otoczenia, pleneru. Bowiem w atelier sam śnieg jest już przytulny, skały na tyle kręgłe, że przypominające poduszkę, a wiatru jak to wiatru ... niet. Dmuchawę wzięli w zastaw. Wniosek: tu i tu świetne warunki do miętoszenia się. Drugi wniosek: jakkolwiek by się człowiek nie starał porównywanie filmu do ksiązki nie ma sensu ;)

Skrópulatnie przez o z kreską. To tylko ja w piątek po smerfach. Gargamel rządzi!

Po dobrych kilku latach przerwy wracam do tego obrazu, żeby sprawdzić pewną rzecz i mimochodem zmienia, a raczej dopełnia mi się wydźwięk tego filmu. Dochodzi tym razem bardzo wyraźna krytyka płci pięknej. Kobieta jako kurwa i szumowina manipulująca biednym mężczyzną, na końcu filmu zaś jako ta, co to porzuca swoje rodzone dziecko (być może działa to jako współudział, ale ... zakładając, że ratunkiem zajmuje się właśnie mężczyzna ...) I jako dodatek, co można traktować jako morał: człowieku, wierz w bliźniego!
Zacny to film, stworzony z mistrzowską manierą.

użytkownik usunięty

Harry, jako żeś szarlatan slapsticku, może będziesz potrafił mi pomóc. W dokumencie o Haroldzie Lloydzie pt "Third Genius" widziałem fragment jego krotkiego metrażu w którym bohater chciał popełnić samobójstwo. Gagi klasyczne typu skok z mostu do rzeczki w ktorej jest wody po kostki, strzelanie do siebie z pistoletu na wode itd. No ogólnie mistrzowskie. Znasz może tytuł tego filmu ? ? ?

Cześć!
No niestety nie pomogę Ci za wiele.
Nie widziałem za dużo filmów z Lloydem, ba! w zasadzie to raptem kilka. Na pewno nie ten. A co to sie ostatnio za Lloyda wziąłeś?

A pamięta ktoś taki film? Stary film, czarno-biały, grupka młodych chłopaczków, takie trochę rozrabiaki, pamiętam tylko, że był tam taki chłopczyk ze śmieszną fryzurą - mocno przylizane włosy, a na środku głowy stercząca do góry "antenka", Ci chłopcy tworzyli taki mały gang. Bardzo stary ten film, myślę, że można go porównać do "Flipa i Flapa" i tych z tego okresu.

Wiem o co chodzi ...
"Klan urwisów", bo tak to się w Polsce nazywało. Oglądałem to (za czasów mojej wczesnej młodości;) w niedzielne przedpołudnia w formie serialu i zakładam, że to chyba serial a nie film właśnie był. Niesamowita zabawa. Oto próbka:

http://pl.youtube.com/watch?v=r0Xd9cakBXQ

Pałam fascynacją do kina z jednego niezwykłego powodu: potrafi dawać mi wskazówki w problematycznych chwilach, potrafi jako jedyne na tym świecie trafić w 'ten' moment. Robiło to w najróżniejszych postaciach i robi nadal. Tym razem odpowiednik bondziaka z Charlie Bronsonem w roli agenta, który zamiast biegać i uciekać na nartach przed ruskimi po prostu sobie chodzi i wsiada. Oczywiście towarzyszy mu dziewczyna. Niezwykła sprawa, że maczał w tym palce sam John Huston! A wniosek? Jak chcesz się umówić z dziewczyną to lepiej nie zwlekaj. Charlie zwlekał i musiał rozjebać mafię.

Zbieg okoliczności sprawił, że trafiłem ostatnio na trzy co prawda wyjątkowo różniące się między sobą filmy, ale dziwnym trafem traktujące o tym samym zjawisku - zjawisku rodziny. Różnią się one między sobą koncepcjami na temat rodziny, sposobem opowiadania, a nawet miejscem ich produkcji. Najchłodniej i zarazem najbardziej karykaturalnie o rodzinie opowiada film Scoli (czyli Włoski) - "Odrażający, brudni i źli". Scola prezentuje bandę absolutnych wykolejeńców życiowych, brudasów i półgłówków, którzy mieszkając pod jednym dachem są sobie nieżyczliwi i najchętniej utopiliby siebie nawzajem w łyżce wody w zamian za więcej miejsca do spania. Scola robi z rodziny twór nieco sztuczny, którego wiążą jakieś niewidzialne pęta. Ta banda zwierząt jest niczym drobny pył wyrzucony w powietrze, zaś dom (barak nie dom w zasadzie) działa niczym grawitacja. Chcąc nie chcą pył zawsze osiądzie blisko siebie, na spodzie. Rodzina jest tutaj jakąś siłą przyrody, która jest i będzie bo tak trzeba. Zdawać sie może, że podobne zamiary ma "Genialny klan" - opowieść amerykańska z plejadą gwiazd (Glover, Huston, Stiller, Hackman, Wilson, Paltrow) jest jeszcze bardziej nasączona humorem i zdaje się przedstawiać równie dziwaczny wizerunek rodziny, której każdy z członków jest od siebie diametralnie różny. "Genialny klan" jest o wiele lżejszy, nie ma w nim nieprzyjemnych obrazków, zreszta jak na hollywoodzki obrazek przystało, jednak podstawową różnicą wobec filmu Scoli jest jego widzenie rodziny. Ona w zakończeniu tak samo jest razem jednak z zupełnie innych powodów. Po prostu z takich, że chce być ze sobą razem, że ma do siebie zaufanie i szacunek oraz swoją hierarchię, która jest ważna. Rodzina urasta tutaj do rzeczy po raz pierwszy wyjątkowo ważnej i trwałej. Te dwie ostatnie cechy potęgują się w ostatnim filmie o rodzinie, tym razem polskim. To film zdecydowanie najsłabszy, powiedziałbym wręcz nie do oglądania. Koszmarna produkcja, święcąca miejscami zupełną pustką, w dodatku naszpikowana ordynarnymi obrazkami - zamierzonymi bo zamierzonymi, ale niepotrzebnie nieco. Idzie tu o rodzinę mniejszych rozmiarów - matkę, ojca i synka, których rozdziela wojna. Matka z małym idzie do obozu pracy, ojcie nie wiadomo gdzie. O ojcu ginie słuch, matke spotykają same okropności, których jesteśmy świadkiem. Kiedy w końcówce, po serii okrucieństw zamierza popełnić samobójstwo odrzegnuje ją od tego jedno słowo wyszeptane w oddali przez jej dziecko: "Mamo..." I doprawdy ta końcówka robi jedynie wrażenie, bo to jedno jedyne słowo w ustach małego Bóg chciał poprzedzające powrót ojca jest niczym uzewnetrznienie tego wszystkiego co ta rodzinę łączy, a czego nie zauważył Scola. Magia niektórych słów i czynności jest nie do podrobienia i jest przywilejem jedynie rodziny. Ten trzeci film choć najsłabszy ma jednak najpiękniejszy tytuł, oddający nawiasem to wszystko co o rodzinie sądzi. Jego tytuł brzmi: "WSZYSTKO CO NAJWAŻNIEJSZE".

Już chyba do końca życia będę się wzruszał tą historią i do końca życia będę twierdził, że jest to dzieło godne powtórek. Przy okazji kolejnej powtórki chciałbym wspomnieć o momencie (dosłownie momencie) filmu, który podrywa mnie do walki o potok emocji niczym ryk widowni wokoło ringu. Jest to chwila walki pomiędzy niepewnością widzów i bokserów a batalia na całego. Apollo Creed zamierza skończyć walkę już w trzeciej rundzie tymczasem jakąś wlokąc się po ringu Balboa walczy i oddaje czasem celne, a przede wszystkim potężne ciosy. I właśnie w trzeciej rundzie następuje moment kiedy Balboa pokazuje pazur wysuwając serię potężnych ciosów na korpus Creeda tym samym odpierając jego atak. Wtem ODZYWA SIĘ ORKIESTRA SYMFONICZNA, JAKIŚ GŁOŚNIEJSZY TON, DO ŻYCIA BUDZĄ SIĘ EMOCJE...
Niezapomniane, doskonałe.

Idzie jesień, mija czas filmowego, letniego letargu, kiedy to człowiek wynajduje sobie masę innych rozrywek pozafilmowych. Z ogromnym wstydem przyznać się muszę, że przez wakacje widziałem raptem parę filmów, w dodatku niezbyt godnych większej uwagi. Były to filmy na ogół oglądane przy specjalnych okazjach, jakieś przedpremiery, pokazy specjalne. Do kina tak zwyczajnie polazłem raz jedyny z kobietą na koszmarną "Miłośc na wybiegu", zaś w telewizornii widziałem taka jedna powtórkę z dzikiego zachodu (jak to zresztą u mnie). Nadchodzi jednak jesień, do życia budzi się mózg, a oczy mają ochotę popatrzeć już na coś więcej niż piękne kobiece ciała w promieniach słonecznych. Do czego jednak zmierzam wlepiając w tym temacie notkę o kilku błachych moich przeżyciach, które nikogo nie interesują. Otóż nie ujmując sobie prawdziwej miłości do kina, nie boją się stawać w szranki z największymi kinomaniakami stwierdzam, że nasze ukochane kino to produkt absolutnie sozonowy. Boję się też, że gdybyśmy mieszkali wszyscy na Kanarach nasza wiedza filmowa byłaby jeszcze bardziej skąpa. Ktoś może powiedzieć, że widział w te wakacje 100 filmów, czy 20'krotnie więcej niż ja. Nie zmieni to jednak faktu, że to ja kino kocham najmocniej :P P.S. W Warszawie zorganizowano przepremierowy, nieco zamknięty pokaz najnowszej animacji Pixara pt. "Odlot". Jest to jak dotąd jedyna animacja spod tej bandery na jakieś puściła mi się łza z oka, jest to również najlepsza animacja jaką w życiu widziałem. Nie "Shrek", nie "Epoka...". "Odlot"! Przemawiał właśnie jego prawdziwy fan! Już w październiku nie do przegapienia!
Wasz Harry :)

Sprawa nie jest tak wielka na jaką wyszła parę lat temu. Powiedziałbym, że to sucha rejestracja subkultury hip-hopowców bez wskazań na TAK, bądź na NIE. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest tylko to, że Ci ludzie z ulicy dostają od reżysera absolutną wolność słowa i dowolność tego jak i o czym będą mówić. Dostają szansę wybronienia się, tymczasem nie robią tego. Nie dlatego, że nie chcą. Po prostu nie potrafią. Kiedy chodziłem do podstawówki i liceum miniświatek hip-hopowców przenikał do każdego domu i umysłu każdego dzieciaka. Ktoś jednak w filmie powiedział, że to co (wtedy) robią będzie miało charakter historyczny za parę, może paręnaście lat. I tak właśnie jest. Na "Blokersów" patrzy się jak na mamuta w muzeum. I kiedy na zakończenie Peja mówi: "to co oglądaliśmy to osobiste tragedie" film nabiera drobnego majestatu, bo... to właśnie tu tkwi sens. Żeby tylko Ci ludzie mieli świadomość, że są częścią tego filmu...

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:

Wpis został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz ten wpis

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować wpis

Blog został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz tego bloga

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować bloga

dodaj komentarz