Macabre

nie podano imienia i nazwiska

Macabre
RSS

Wpis został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz ten wpis

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować wpis

Blog został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz tego bloga

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować bloga

Alternatywna historia Aileen Wuornos
| 2 komentarze
Dobrze zrobiłem, że nie poznałem historii Aileen Wuornos przed obejrzeniem tego filmu, inaczej w czasie seansu towarzyszyłby mi ogromny niesmak. Myślę, że najlepiej jest podejść do "Monstera" ze świadomością, iż przedstawia on alternatywną historię życia Aileen i jej zbrodniczej kariery. Ba! Nawet nie wiem, czy jest to alternatywna historia. Może należy traktować ten film jak opowieść o kimś zupełnie innym?

Paradoksalnie, gdy oberzałem obraz Jenkins, to wydał mi się on przeraźliwie mroczny, brudny i przykry. Potem przeczytałem wersję autentyczną i dopiero wtedy uzmysłowiłem sobie jak bardzo zostały wycieniowane postaci Aileen i Tyrii (pierwowzór filmowej Selby). Ta pierwsza stała się potworem z ludzką twarzą (chociaż patrząc na charakteryzację Theron to określenie może wydawać się niesmacznym żartem). Właściwie to przez dłuższą część filmu, nawet to określenie wydaje się na wyrost. Lee jawi nam się jako kobieta okrutnie skrzywdzona przez los, ale potrzebująca miłości i jak najbardziej zdolna do pozytywnych uczuć względem drugiej osoby. Taki obraz wysuwa się na plan pierwszy. Dopiero dwie ostatnie zbrodnie przesuwają szalę ciężkości i odzierają ze złudzeń zarówno widza, jak i bohaterkę filmu, która ma świadomość podążania w stronę przepaści. Wiemy już, kim się stała Aileen. Rzeczywistość była jednak bardziej jednoznaczna i gdyby przenieść ją bez modyfikacji na ekran, to zobaczylibyśmy faktycznie potowra.

Wizerunek Tyrii został złagodzony przez Christinę Ricci, która wcieliła się w postać Selby. Nie mogło być inaczej. Drobna, zagubiona dziewczyna o dużych oczach i ujmującym uśmiechu może budzić tylko pozytywne skojarzenia. Z rzeczywistych relacji i opisów wynika, że Tyria Moore - mówiąc kolokwialnie była obuchem ciosana i bynajmniej nie realizowała wzorca zbuntowanej, acz zagubionej młodej dziewczyny. Może i ustępowała wulgarnością Aileen (nie wspominając już o zbrodniach), ale do aniołów nie należała. A i urodą nie grzeszyła, w przeciwieństwie do Ricci.

Wydaje mi się, że to co stanowi o sile tego filmu i co sprawia, że trudno jest o nim zapomnieć, to uczucie między dwójką kobiet. Ciągle mam w pamięci ten jakże optymistyczny początek, który dla obu był jak ożywczy promień, coś niezwykle silnego. I nawet kiedy pętla wokół szyi Aileen zaciskała się coraz bardziej, to uczucie wciąż było obecne. Ukłony w stronę Jenkins za umiejętność zestawienia obok siebie dwóch tak odmiennych światów; tego mrocznego, pełnego zbrodni i tego z drobną dziewczyną, która wymaga opieki i którą się kocha. I za dramat, który był naturalną konsekwencją konfrontacji tych dwóch światów.

Charlize Theron słusznie otrzymała za swoją rolę oscara, nawet jeśli odejmiemy część jej zasług na rzeczy charakteryzatorów. Stworzyła postać zniszczoną, antypatyczną, wulgarną, a jednak wielokrotnie wzbudzającą współczucie. No i jest jeszcze ta druga Aileen; ta, która kochała Selby. Pozostawała wulgarność, brzydota, wątpliwe pozucie moralności, a jednak miłość pokazaywała ją z jeszcze jednej strony. Tej człowieczej. Świetna rola Ricci, której uroda zrobiła swoje, ale przecież nie tylko nią grała aktorka. W moim odczuciu udało jej się tak zbalansować postać Selby, żeby pokazać jej niejednoznaczność. Pytanie o to, czy bardziej była zagubioną dziewczyną, czy też trującym bluszczem pozostaje otwarte, chociaż w moim odczuciu zdecydowanie bliższa prawdy jest ta pierwsza opcja.

Film, która pozostaje w pamięci. Co tu dużo mówić, w przeciągu dwóch tygodni obejrzałem go już dwa razy i wiem, że w swoim czasie znowu po niego sięgnę. 9/10.
"Tato"
| 0 komentarzy
Zacznę znowu od narzekania na stan filmu, tym razem polskiego. Coś musi być na rzeczy, skoro większość osób zauważa rosnącą tendencję do produkowania komediowych szmir z serialowymi gwiazdkami w obsadzie. I później ogląda się takiego "Tatę" i prawie doznaje się iluminacji, tak jakby obejrzało się nie wiadomo jakie dzieło. To też pokazuje, że nie jest dobrze. Bo "Tato" jest przyzwoitym filmem, ale nie wyrastającym ponad przeciętność.

Cenię w nim - zresztą, jak wiele osób - że podjął temat trudny i marginalizowany. I to w czasach, kiedy feminizm w Polsce nie pokazywał jeszcze tak bardzo swojej brzydkiej twarzy. Mam jednak wrażenie, że możliwości tego tematu nie zostały należycie wykorzystane, a jego społeczna strona z racji pewnych przejaskrawień nie mogła odpowiednio wpłynąć na opinię publiczną. Chodzi tu oczywiście o bardzo negatywne przedstawienie postaci Ewy i jej matki. Zastanawiam się, czy tylko posługując się tak odpychającymi, a nawet mrocznymi (Ewa) wizerunkami, można było uzasadnić prawo ojca do opieki na dzieckiem. Bo jeśli tak, to ten film niczego nie wyjaśnia, niczego nie rozwiązuje i niczego nie wnosi. Nie oszukujmy się. Mamy tu do czynienia z osobą, która została pokazana nam jako psychopatka i ze starą, odpychającą jędzą. Przy takich osobach Michał może mieć nawet to i tamto na sumieniu, a i tak będzie postacią etycznie dowartościowaną w filmie.

Można sobie wyobrazić, co by było, gdyby wizerunki obu pań były chociaż trochę łagodniejsze. Trzeba było wyciągnąć naprawdę ciężkie działa, aby skierować sympatię widza w kierunku Michała. Ile takich drastycznych przypadków mogło być w rzeczywistości? Myślę, że niewiele. Film zwraca uwagę na pewien problem, ale mam wrażenie, że sam stawia nad nim jednocześnie krzyżyk. Trochę żałuję, że twórcy zabrakło odwagi, aby zmierzyć się z bardziej realnym obrazem tego typu sytuacji.

Abstrahując od społecznej wymowy tego filmu, podoba mi się wątek rodzących się relacji między ojcem a córką. W filmie znajduje się kilka scen, które niebezpiecznie ocierają się o ckliwość, ale ogólnie rzecz biorąc, zostało to bardzo sprawnie wycieniowane. Cieszę się, że i w tej ostatniej (a właściwie przedostatniej) scenie słów jest niewiele, a komentarzem jest po prostu obraz. Owszem, scena jest wzruszająca, ale dzięki temu, że nie jest przegadana i nie nasycona rzewnymi monologami - nie odpycha. Jest mocna. A do tego świetna muzyka Przemysława Gintrowskiego.

Wśród aktorów nie dostrzegłem fajerwerków, chociaż bardzo podobała mi się Ola Maliszewska w roli Kasi. Uniosła ciężar jednej z czołowych ról, a to przecież w przypadku dziecka nie jest takie oczywiste. Ukłony też w stronę Teresy Lipowskiej i Doroty Segdy, bo postaci odpychających, czy mrocznych, czy tragicznych nie tworzy się ot tak sobie. Trochę gorzej odebrałem role męskie. Muszę powiedzieć przekornie, że Bogusław Linda zszedł już w tym filmie trochę na psy. Już mu się ta maniera Franza Mauera trochę zaplątała w grze i pomimo prób odejścia od tej postaci, Linda mówi trochę Mauerem. Ale trzyma mimo wszystko poziom. Natomiast fanem Pazury nigdy nie byłem i ten film tylko utwierdził mnie w moich antypatiach. Przeciąganie wyrazów, pojękiwanie to za mało, żeby nadać postaci indywidualny rys. Gdy jest Pazura w filmie, to jest Pazura. I nikt inny. Żadna postać. Po prostu Cezary Pazura. Może mieć dobrze rozpisaną postać, a i tak nie da jej odrębnego życia.

Kończąc, muszę jednak powiedzieć - pomimo tych kilku uwag - że cieszy mnie ponowne obejrzenie tego filmu. Za temat, za wątek ojcowski, za role niektórych aktorów daję 7/10.
Urok cywilizacyjnego jarmarku...
| 0 komentarzy
"Ach, gdzież się podziały niegdysiejsze śniegi?" - chciałoby się zacząć po obejrzeniu takiego dzieła. Jak to możliwe, że jeszcze dwie dekady temu (a nawet dekadę temu) możliwe było tworzenie kina mainstreamowego, które byłoby tak zróżnicowane i wartościowe. Film nie musiał być prospołecznym smętkiem albo postmodernistycznym bukietem pytań bez odpowiedzi.

"Łowca androidów" urzekł mnie od pierwszych scen. A właściwie od wprowadzenia z niepokojącą ścieżką dźwiękową Vangelisa. A potem ten niesamowity postapokaliptyczny świat. Dzisiaj tak mocno rozwinęła się technika, a mam wrażenie, że nikomu nie udało się stworzyć czegoś równie wielkiego (mówię naturalnie o kinie współczesnym). To tylko pokazuje, że efekty specjalne nie decydują o wszystkim. Z jednej strony nowoczesny świat udoskonalony technicznie, neony, latające pojazdy, ogromne budowlane struktury, a z drugiej tętniące życiem małe uliczki, zaułki, dzielnice. Przypominało mi to swoisty karnawał, tygiel narodowości, zwyczajów, kultur. Coś niesamowitego. A wszystko to z posępną, mroczną scenerią w tle. Stąd to wrażenie cywilizacji na skraju końca. Totalne apogeum i dekadencka bańka, która pękła. Inna Ziemia jest już przeszłością. "Łowca androidów" pozostaje oczywiście filmową kwintesencją cyberpunku.

Ridley Scott trafnie zdiagnozował to, co może stać się udziałem ludzkiego życia w przyszłości. W mieście - molochu nie ma miejsca na głębsze relacje między ludźmi. Samotność wlecze się niemal za każdym. Najważniejszym wątkiem jest jednak problem ingerowania w ludzkie geny i zabawa w Boga, jakże bliska współczesnemu światu. "Łowca androidów" nie jest jaskrawym protestem przeciw takim praktykom; nie posiłkuje się jaskrawymi, łatwymi skrótami, ale dzięki wielowątkowej fabule daje odpowiedź. Człowiek nie dorasta do Boga i nie może dorosnąć. Ale na tym nie kończy się film, inaczej byłby tylko bajką moralizatorską. "Łowca androidów" jest też przejmującym dramatem. Bo pozostaje pytanie jak mają żyć ci, którzy powstali z woli człowieka i jak należy ich traktować. Jak mają unieść fundamenty swojego jestestwa? Jednym z genialniejszych motywów filmu jest paralela jaką Scott poprowadził między Sebastianem a androidami. Ten pierwszy ma syndrom Matuzalema, przez co starzeje się w przyśpieszonym tempie. W chwili, gdy go poznajemy ma 25 lat, a wygląda jakby był po 50. Obraz samotnego człowieka, któremu zabrana została w sumie młodość i dla którego jedynymi przyjaciółmi są skonstruowane zabawki, bardzo przemawia do widza. A jednak...androidy żyją cztery lata. Żyją cztery lata, chociaż przeżywają i mają te same pragnienia co ludzie. Gdy dostrzegamy ten kontrast, uświadamiamy sobie, jak tragiczny jest ich los.

I pozostaje powiedzieć kilka słów o niesamowitym monologu Roy'a (w tej roli Rutger Hauer) w zakończeniu filmu. Jest to tylko kilka zdań, ale siła ich wyrazu nie ma sobie równych. Tkwi w nich ogromny sprzeciw wobec wyroku, z jakim przyszło żyć androidom, ale także - a może nawet przede wszystkim - potężna pasja poszukiwania wartości w tym, krótkim i jakże bolesnym życiu; tak potężna, że pozostaje tylko schylić głowę. I jakkolwiek paradoksalnie by to brzmiało, chce się rzec, że w tych czterech latach zamknięte zostało piękno i esencja życia.


"Dolarowa trylogia"
| 0 komentarzy
Do westernów podchodzę z ostrożnością. Zawsze kojarzyły mi się z tendencyjnym scenariuszem, toporną dwuwymiarowością, spłaszczeniem sylwetek postaci i ograniczoną ilością rekwizytów. Tak, wiem, mógłbym w ten sposób skrytykować niejeden gatunek, który oprócz gniotów wydał na świat wiele ważnych dzieł. Szczęśliwie, odkryłem słynną "Dolarową trylogię" Sergio Leone i przekonałem się, że w obraz Dzikiego Zachodu można wnieść coś zupełnie świeżego. I wcale nie musi to wynikać z faktu, że jego spaghetti westerny kręcone były we Włoszech i Hiszpanii.

"Za garść dolarów", "Za kilka dolarów więcej" oraz "Dobry, zły i brzydki" różnią się od siebie. W moim osobistym rankingu ten drugi jest na pierwszym miejscu, zaraz za nim pierwsza część, aczkolwiek za zamieszanie z prawami autorskimi zrównałem notę tego dzieła z ostatnim obrazem. Mam świadomość, że taka klasyfikacja może dziwić, ponieważ to "Dobry, zły i brzydki" zbiera najwięcej pochlebnych opinii. Przynajmniej tak wynika z moich obserwacji.

A jednak brakuje mi w nim pewnych elementów, które decydowały o wyjątkowości dwóch wcześniejszych części. Obfitość innych jest natomiast męcząca. Przede wszystkim "Za garść dolarów" oraz "Za kilka dolarów więcej" charakteryzowały się większym minimalizmem wspieranym przez genialną muzykę Ennio Morricone. Nie była ona tylko tłem, ale ironicznym komentarzem do wielu scen. Myślę, że pierwsza część przoduje w sprawnym wykorzystywaniu tego konceptu. W "Za garść dolarów" zmarginalizowany został także podział na dobro i zło. Motorem napędowym działań Bezimiennego wydają się być pieniądze, a wątki, w których pokazuje on swoją pozytywną stronę (pomoc prześladowanej rodzinie, a także Silvanito'wi) są na drugim planie. I nie cieszy mnie to z powodu jakiegoś przywiązania do relatywizmu, ale dlatego, że wprowadza nową jakość. Odbiorca wie, że Bezimienny nie jest zły, ale jednocześnie nie epatuje nieznośnie swoją dobrocią.

Kolejna część jest jeszcze w dużej mierze przedłużeniem estetyki zapoczątkowanej w "Za garść dolarów", ale daje się w niej zauważyć już pewne zmiany. W pierwszej części podział na dobro i zło był niedopowiedziany, tutaj za sprawą pułkownika Mortimera jest bardziej widoczny, ale daleki od nachalnych wyjaskrawień. Wprowadzenie drugiej pozytywnej postaci pozwoliło zbudować fabułę przy zachowaniu tajemniczej aury wokół postaci kreowanej przez Eastwooda. Zresztą, nie bez przyczyny, niektórzy twierdzą, że Lee Van Cleef grający pułkownika Mortimera ukradł ten film Clintowi. Może to za sprawą genialnej sceny pojedynku między nimi? Dialogi między tą dwójką są niewątpliwie perełką tego obrazu, ale ja chciałbym zwrócić uwagę także na  świetną rolę Volontè. Owszem, odbiorca z uwagą śledzi przede wszystkim ten, niejako, korespondencyjny pojedynek między Bezimiennym a Mortimorem, ale bez El Indio ten film dużo by stracił. Jest w tej postaci obłęd, ale jest też nostalgia i melancholia, czemu w dużej mierze przysłużyły się retrospektywne wstawki. W ogóle fabularna osnowa "Za kilka dolarów więcej" zasługuje na uznanie.

Ostatnia część "Dolarowej trylogii" zmęczyła mnie przede wszystkim swoją długością. Jest to film niepotrzebnie rozwleczony. Możliwe, że zaważyła na tym ilość bohaterów, a tych, jak sam tytuł wskazuje, miało być trzech. Nieustannie miałem odczucie, że wątek relacji między Tuco a Bezimiennym jest przesadnie eksponowany ze szkodą dla filmu. Nie ma tu już tego minimalizmu, co we wcześniejszych częściach. Rubaszna postać Brzydkiego znacznie poszerzyła dialogi i otworzyła pole dla humoru bardziej tradycyjnego. O ile w pierwszej częście Clint gra pierwsze skrzypce, w drugiej musi dzielić się z van Cleef'em (i Volonte?), tak tutaj jest go już zdecydowanie mniej. Mniej w tym filmie dystansu obecnego w poprzednich częściach, mniej niedomówień. Zdaję sobie sprawę, że Eli Wallach dobrze zagrał Brzydkiego, nadał mu swoistego kolorytu, ale postać ta rozbija atmosferę charaktertyczną dla poprzednich części. Obejrzałem dwukrotnie "Za garść dolarów" i "Za kilka dolarów więcej", ostatniej części nie dałem już rady, co nie oznacza bym miał o niej jakieś zdecydowanie negatywne zdanie. Nadal jest to bardzo dobry film w wykonaniu Leone.

8/10, 9/10, 8/10
Inny, ale jednak Obcy
| 0 komentarzy
Spór o to, która część słynnej kwadrologii jest najlepsza, a która najgorsza nie umilknie jeszcze długo. Ostatnią wyłącza się z tej rywalizacji na przedbiegach, trójka znajduje swoich zwolenników wśród wielbicieli Fincher'a, jednak największa walka toczy się między pierwszą odsłoną i drugą. Chciałoby się rzec: przecież to filmy zrealizowane w dwóch zupełnie odmiennych konwencjach! Jasne, trzeba mieć to na uwadze przy takich komparatystycznych zabawach, ale do licha ciężkiego, czemuż by ich nie porównywać? Owszem, rzadko można spotkać się z ciekawą polemiką, ale przecież i takie się zdarzają, czego dowodem jest ten portal.

Sam zaliczam się do osób, które bardziej cenią sobie część pierwszą. Nie należę jednak do tej grupy osób, która wynosząc na piedestał jeden film, równa z ziemią drugi. "Obcy - decydujące starcie" jest obrazem dobrym, a nawet rzekłbym bardzo dobrym w swoim gatunku.

Dwójka nie jest już thrillerem/horrorem sf. Jest przede wszystkim kinem akcji. Znajdujemy pewne elementy budowania napięcia przez pierwsze kilkadziesiąt minut, tak jak miało to miejsce w przypadku poprzedniczki. Nie jest to już jednak ten sam stopień finezji i konsekwencji. Pierwsze sceny sytuują ten obraz na zupełnie innej płaszczyźnie; w jedynce od pierwszych scen atmosfera gęstniała. W dwójce narastanie napięcia będzie jeszcze wielokrotnie rozbijane przez dialogi żołnierzy Marines. Niemniej, muszę powiedzieć, że początek trzyma poziom dobrego thrillera sf.

Z chwilą, kiedy pojawiają się obcy, sytuacja zmienia się diametralnie. Akcja staje się coraz szybsza i to właśnie ten element filmu zyskuje przewagę nad innymi. W dziele Cameron'a taka scena, jak ta z Brett'em z jedynki nie mogła już się pojawić. Naturalnie, pojawiają się momenty zawieszenia i oczekiwania, na to co się wydarzy, ale nie wykraczają one poza schemat właściwy filmom akcji. To strzelaniny, masowa śmierć obcych, efekty i dynamika są najważniejsze. Napięcie jest w tle. To wszystko jest sprawnie zrealizowane i nie pozwala nudzić się widzowi.

Dopiero przydługa końcówka powoduje, że film traci na wartości. Pozornie opanowana sytuacja okazuje się być iluzją, a bohaterom dalej grozi niebezpieczeństwo. Koncept ten w pierwszej części nie budził zastrzeżeń, w drugiej jest już przewidywalnym zabiegiem potęgującym przerost formy nad treścią. Zresztą, pomysł ten będzie eksploatowany i w późniejszych częściach w myśl zasady: "Choćbyśmy nie wiem, co zrobili Obcego zabierzemy ze sobą!".

I to nawet nie Marines przyczyniają się do często formułowanej opinii, iż obcy w filmie pokazani są jako mięso armatnie. Jestem w stanie zrozumieć, że elitarny oddział uzbrojony w najnowszą broń, mógł sobie w miarę radzić (chociaż przecież i on już w pierwszym starciu został przetrzebiony), ale Ellen Ripley wyciągająca dziewczynkę z jaskni lwa? No, to już jest heroic sf i nie ma nic wspólnego z postacią Obcego, jaką nam zaprezentował Scott w odsłonie pierwszej. Już nawet nie chodzi o akcję, bo to przecież film akcji, ale o to, że końcówka zrealizowana została pod fabułę z ominięciem logiki i prawdopodobieństwa. Cameron zniekształcił postać stworzoną przez Scott'a - Fincher miał prawo przekształcić zamysły fabularne Cameron'a. Proste.

Gdzieś pomiędzy to wszystko wepchnięto jeszcze próby zbudowania psychologicznych portretów - mam tu na myśli głównie postać Ripley i Newt. Z jednej strony, nie wypadło to najgorzej, a z drugiej w tym rozwijaniu postaci Ellen tkwi jakaś karkołomność i pójście na skróty. Zresztą, wiadomo, że psychologia była tu tylko tłem. Postać małej dziewczynki miała przede wszystkim bardziej zaangażować odbiorcę, wciągnąć go emocjonalnie w film, a także doprowadzić do nierzeczywistego finału. Polubiłem Newt, ale naprawdę nie dziwię się, że Fincher uśmiercił i Hicksa, i dziewczynkę. Bo albo mógł powstać nowy, autorski projekt albo odgrzewane kotlety, odcinanie kuponów od sukcesu Cameron'a i tworzenie sagi rodzinnej. Albo zaprzestanie kręcenia dalszych części - to nie byłaby najgorsza możliwość.

Jedynkę się smakuje, dwójkę ogląda z zainteresowaniem. Nawet teraz, gdy myślę o obu filmach, to do jedynki mógłbym wrócić chociażby i dzisiaj, od dwójki muszę jednak odpocząć. Za bardzo dobre kino akcji, które nie usuwa przy tym całkowicie napięcia i klimatu charaktersytycznego kwadrologii, daję 8/10.


Pewnego razu w kosmosie...
| 0 komentarzy
Powtórkę z "Obcego" czas zacząć! Upłynęło już trochę lat od mojego ostatniego seansu z filmem R.Scotta. Pierwszą część właśnie sobie przypomniałem. Zgaszone światło, burza za oknem... Okoliczności przyrody sprzyjają oglądaniu. No dobrze, może nie do końca. Bo i skąd ta burza w kosmosie?

Kosmos to cisza, a właściwie szum majestatycznie sunącego w przestworzach frachtowca "Nostromo". Czy można było lepiej rozpocząć ten film? Nie wydaje mi się. To jest kunszt i klasa sama w sobie. Wstęp oddaje atmosferę nieprzeniknionej przestrzeni kosmicznej doskonale. Niepokój, groźba czyhającego gdzieś w ciemnościach niebezpieczeństwa, samotność człowieka. Załoga statku kosmicznego liczy bowiem ośmiu członków i świadomość, że są oni kroplą człowieczeństwa w nieprzyjaznej galaktyce, dociera do widza z niewymowną siłą. Z jednej strony potężny frachtowiec o wdzięcznej nazwie Nostromo (ukłony w stronę Josepha Conrada), a z drugiej ocean wszechświata.

Czy śmieszą toporne kombinezony członków nieszczęsnej załogi, te poskręcane rury, olbrzymie komputery z kolorowymi, świecącymi przyciskami, itp.? Nie. Śmieszy mnie przesyt efektów specjalnych w dzisiejszych filmach. Powiem nawet więcej. Więcej w tym filmie futuryzmu z dzisiejszej perspektywy niż w obecnie tworzonych filmach. Paradoks? Nie wydaje mi się. Przede wszystkim jest to minimalizm genialnie potęgujący wrażenie kosmicznej klaustrofobii. I nie wydaje mi się, aby w 1979 r. był odbierany inaczej. Doskonała scenografia wraz z muzyką J. Goldsmitha budują klimat tego filmu.

Ale nie tylko one odpowiadają za atmosferę grozy (w końcu to klasyka horroru sf, a nie samego sf, czy thrillera). Chodzi także o rozwlekły wstęp. W końcu obcy pojawia się na dobrą sprawę około pięćdziesiątej minuty filmu! Ja jednak w ogóle nie męczę się do tego czasu i w żadnym momencie nie czuję się znużony. Napięcie, które jest budowane od pierwszych minut narasta z każdą kolejną sceną i nie sposób go nie smakować. Żadnej rozwlekłości. Żadnych dłużyzn. Muszę nawet zdradzić, że cenię sobie te pierwsze kilkadziesiąt minut na równi z częścią filmu, w której obcy przystępuje do działania. Bez tego wprowadzenia film straciłby całą swoją niepowtarzalną aurę.

W rankingu najlepszych scen, szczytowe miejsce zajmuje jednak ta pokazująca poszukiwania kota przez Brett'a i jego śmierć. Kilkakrotnie pada zbliżenie na jego twarz i za każdym razem zastanawiam się, czy obcy już tam gdzieś przy nim jest; czy w tle można zobaczyć jego zarysy. Te pytania i niepokój pojawiają się, pomimo tego, że wiem przecież, kiedy dokładnie nastąpi atak. Majstersztyk.No i oczywiście śmierć Kane'a...

Ale ten kot to łyżka dziegciu w beczce miodu. Jak Boga kocham, nie wiem, co oni wszyscy z tym kotem mieli. Załoga była bardzo nieodpowiedzialna i udowadniała to od samego początku, ale odłączenie Brett'a od grupy, aby ten poszedł szukać małego zwierzaka to już szczyt nieodpowiedzialności, a właściwie głupoty. Ekolodzy pewnie by się ucieszyli, ale przecież nikt w takiej sytuacji nie zawracałby sobie głowy kotem! Potem to samo będzie wyczyniać Ripley. Sytuacja krytyczna, a ona spędzi dobrych kilka minut na poszukiwaniu kota nie dbając o nic innego. Jest to dla mnie karkołomna konstrukcja fabularna, która zarówno w przypadku mechanika, jak i pani oficer, służy wyłącznie zbudowaniu napięcia - to się udaje rzecz jasna, ale przeczy trochę zdrowemu rozsądkowi i logice. Takich lekkich wygibasów fabularnych znalazłoby się pewnie jeszcze kilka, np. nieporadność dwójki: Paker i Lambert w starciu z obcym, ale ciężko oceniać horror sf na podstawie tych drobnych potknięć.

Film w zasadzie i pod względem fabularnym jest dziełem intrygującym. Bo banałów w dialogu rodem z "Piątku trzynastego", itd. nie uświadczy w nim widz, a minimalizm dobrze służy także i treści. Nie jestem zwolennikiem robienia z tego filmu wielkiego protestu przeciw niezdrowemu zainteresowaniu niebezpieczną stroną nauki, która jest w stanie poświęcić życie ludzkie. Ale i tak można czytać ten film. W sumie patrząc ten wątek w kontekście późniejszych części, ten wątek jest istotnie ważny.

Dla mnie "Obcy" pozostanie jednak przede wszystkim mistrzowsko zrealizowanym horrorem sf. I nie mam złudzeń...dużo wody w Wiśle upłynie (a pewnie nie tylko w Wiśle), zanim przemysł filmowy po zachłyśnięciu się efektami specjalnymi, powróci do takich produkcji.

9/10 (za tego kota minus - pół żartem, pół serio)
"Łowca jeleni"
| 0 komentarzy
Dawno, dawno temu obejrzałem "Łowcę jeleni". Byłem wtedy jeszcze w pryszczatym wieku. Film oglądałem na śpiąco. Wiele scen umknęło mojej uwadze. W rezultacie, nie orientowałem się nawet dobrze, który to Steven, Mike i Nick. Myliłem imiona. No i był jeszcze ten narwany, mały z pistolecikiem. Zafrasował mnie  bardzo. Przez to nieprzytomne oglądanie zaburzyła mi się nawet chronologia i nie wiedziałem, dlaczego ten z brodą był już w domu, chociaż był niedawno jeszcze w Wietnamie i znowu tam jest. Chaos.

Ale jedna z ostatnich scen utkwiła mi w pamięci. Bardzo. Tak bardzo, że myślałem o niej przez pół nocy. O, wzruszyłem się też. Przecież nie będę udawać, że nie. Bywało - acz, sporadycznie - że sobie gdzieś w internecie przypominałem tę scenę. Zawsze działała tak samo. Jest wybitna. Myślę, że każdy, kto oglądał ten film, wie, o czym mówię.

Kilka dni temu postanowiłem przypomnieć sobie cały film. Już bez pół-spania, w pełnej przytomności.

Nadal najbardziej zachwycają mnie te sceny, w których emocje zintensyfikowane są do granic możliwości. Zdziwiło mnie jednak, że tak bardzo przypadł mi do gustu cały długi fragment poświęcony weselu Steven'a i Angeli. I chyba nie chodzi tutaj tylko o wyrazisty kontrast, na którym opiera się film: wesele - pogrzeb, szczęście - nieszczęście, nadzieje - jej utrata. Ten kontrast bardzo przemawia do widza i stanowi o sile tego filmu, ale przecież już na tym weselu czai się groźba, jaką niesie ze sobą nadchodząca przyszłość. Czai się między słowami, między roztańczonymi parami, w momentach zdenerwowania niektórych osób, w postaci tajemniczego komandosa. Śmiech, zabawa, nadzieje, ale to wszystko jakby z podpisanym już wyrokiem. Niemałą rolę pełni tu symboliczne uronienie kropli wina przez pannę młodą.

I później to genialne przejście do obrazów wojny. Bez stopniowania, powolnego wdrażania, rozwlekania. Od razu ogień, śmierć niewinnych, zniszczenie, obłęd. Niesamowity kontrast. Nie ma w tym wszystkim niczego niepotrzebnego. Wystarczyły te początkowe sceny z wojny, a później fragment z rosyjską ruletką. Wystarczyły, by pokazać piekło wojenne i zapowiedź totalnej dewastacji psychiki.

I tę jedną z ostatnich scen, scenę rosyjskiej ruletki, cenię sobie przede wszystkim za jedno: za jeden z najlepszych filmowych obrazów przyjaźni. Kiedy ją oglądam, z zażenowaniem myślę o tym, jak często mówi się o przyjaciołach i przyjaźniach, które w rzeczywistości niewiele z tym mają wspólnego. W przyjaźni jest i miłość. Jak prosto o samą miłość, a jak trudno o przyjaźń. Wysoko postawił poprzeczkę Michael. Nieustanny podziw towarzyszy mi podczas oglądania tej sceny. Także ze względu na grę aktorską Christophera Walkena. I jak zwykle mistrzostwo osiąga się w dużej mierze bez słów. Wystarczy to spojrzenie, kiedy zaczyna sobie przypominać przeszłość. Arcydzieło.

Ukłony także w stronę innych aktorów. I w stronę Meryl Streep, chociaż to typ urody zupełnie nie w moim guście. I nawet wątek miłości dwóch przyjaciół do tej samej kobiety przełknę, chociaż takie koncepty nie robią na mnie wrażenia i najczęściej nużą. Dobrze to jednak wypadło, bez epatowania banałami.

Świetny film, ale nie do pełnego przeżycia dla mnie. Sporo odmiennej historii, brak osobistych odniesień, a potrzebuję tego, żeby nazwać coś arcydziełem. Takie zboczenie egotyzmu. Bywa. 9/10
Wstęp. I o "Taksówkarzu" na wstępie
| 4 komentarze
Dość długo mnie tu nie było. Pewne przeciwności losu i obowiązki różnego rodzaju odsunęły na dalszy plan filmy, toteż nie było większego sensu zaglądać w to miejsce. Teraz jednak postanowiłem nadrabiać zaległości. Zmieniam też sposób funkcjonowania w serwisie. Pisanie długich tekstów w komentarzach nie jest tym, co mnie satysfakcjonuje. Taka wypowiedź dość szybko ginie pod zalewem innych - najczęściej skończenie idiotycznych - opinii i uwag. Po co się więc tam produkować? To tak jakbym wyrzucał swoje przemyślenia od razu do kosza. Lepiej więc pisać o filmach tutaj (czyli na blogu), a tamto miejsce zostawić na polemikę (ach, to wishful thinking).

W minioną środę obejrzałem po raz pierwszy w życiu "Taksówkarza" (1976). Kiedyś trzeba było! Wcześniej zdążyłem się już o nim tyle naczytać. Jak się okazało, to co czytałem do pięt nie dorasta samemu arcydziełu Martina Scorsese'a. Zdaję sobie sprawę, że tym wyznaniem stawiam krzyżyk także nad moim płodem, ale cóż! Trudno!

Spotykałem się wielokrotnie z opiniami, że jest to film o walce z niesprawiedliwością, chęcią wyrugowania zła z ulic Nowego Yorku, subtelną krytyką wojny w Wietnamie (tutaj jej ślady mielibyśmy odnajdywać w zniszczonej psychice Travisa). To wszystko pewnie gdzieś tam egzystuje, ale nie na pierwszym planie, może nawet nie na drugim. Dla mnie "Taksówkarz" jest przede wszystkim przejmującym filmem o samotności człowieka.

Loneliness has followed me my whole life. Everywhere. In bars, in cars, sidewalks, stores, everywhere. There's no escape. I'm God's lonely man.

W powyższych słowach Travis Bickle mówi wprost o swojej samotności. Ale przecież nie jest to wcale najmocniejsza scena tego filmu podejmująca wątek totalnego wyobcowania i pustki. Najsłuszniej byłoby stwierdzić, że obraz Scorsese'a w całości daje się czytać pod tym kątem i każda scena stanowi potwierdzenie głównego wątku "Taksówkarza". Gdyby przyszło mi jednak wymienić tę najbardziej wymowną, to nie wahałbym się długo. Travis z rewolwerem w dłoni przed telewizorem, na ekranie którego widać tańczące pary. W tle Late for the sky. Niecałe półtorej minuty, które poraża. Nie wiem, ile w to emocji włożył de Niro i jak bardzo się zaangażował w tę scenę. Mogę oceniać tylko efekty i to co widzę w odgrywanej przez niego postaci to przepaść, która oddziela go od reszty ludzi. To już jest ten moment, kiedy osoba jest głęboko świadoma i przekonana, że jest poza obrębem społeczeństwa. Na pewno gdzieś tli się jakaś nadzieja i bez wątpienia jest też pragnienie, ale one giną w mroku pochłaniającym człowieczą duszę. Robert de Niro to zagrał. I to jest artystyczne mistrzostwo.

"Taksówkarz" jest filmem, w którym jest tylko jedna główna postać, zresztą już sam tytuł o tym mówi. I dobrze, że został właśnie w ten sposób zrealizowany; że nie rozdrabnia się na wątki poboczne. To film o samotności, frustracji, próbie znalezienia sensu w życiu - Travisa Bickle'a. I na bogów, pisząc o tych rzeczach, nie mam na myśli pretensjonalnego dupka, który wraz ze wzrostem pierwszych pryszczy przeżywa egzystencjalne rozterki, ani też zblazowanego nihilisty, który naczytał się książek, ani pseudointelektualistów, ani... Jego życie nie podąża tym schematem. Jest w nim mnóstwo normalności i dlatego tym bardziej nieprzeciętność w nim tkwiąca przemawia do widza. Bo pomimo negacji powyższych wzorów, nie można też powiedzieć, że Travis jest przeciętniakiem. Nie jest. Ale gdy spotkasz takiego człowieka na swojej drodze, nie zauważysz, że w jego duszy może się rozgrywać dramat, że jest wrażliwy, że też stawia sobie pytania. Nie zauważysz, bo nie afiszuje się z tym.
W "Taksówkarzu" powiedziano 10 razy więcej niż wskazywałaby na to ilość użytych w nim słów.

To tylko film, ale jest mi przykro, bo stanowi rodzaj zamkniętego koła, zaklętego kręgu. Nie wydaje mi się, aby Travis Bickle spełnił się zabijając trzech alfonsów - tak z psychologicznego punktu widzenia, bo w każdym innym aspekcie zakończenie robi niesamowite wrażenie. Nie uważam też, żeby miało stanowić ono o porażce Bickle'a. Należałoby powiedzieć inaczej: to zwycięstwo nie przyniesie odmiany w życiu Travisa. I w tej ostatniej scenie, kiedy odjeżdża zostawiając za sobą Betsy, dalej pozostaje samotny. Tak czuję. Gdy myślę o jego postaci, to widzę nieustannie powracającą scenę z Late for the sky. Zabicie mętów społecznych było tylko epizodem, a tamta scena tym samym dniem bez końca.