Titine

nie podano imienia i nazwiska

Wpis został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz ten wpis

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować wpis

Blog został dodany do obserwowanych

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Obserwujesz tego bloga

Zarządzać obserwowanymi blogami i wpisami możesz na stronie Obserwuję > blogi

Przestałeś obserwować bloga

Mój styczeń kinowy.
| 0 komentarzy |
Od czasu AFF to jedyny miesiąc, w którym kino odwiedziłam 4 razy, tym razem mniej więcej po jednym na tydzień. Do tej pory to chyba mój rekord. Nie żebym nie chciała częściej, ale cóż... ceny. Muszę jednak przyznać, że styczeń (i to nie tylko w kinie) to był najbardziej udany maraton filmowy w moim życiu :)



Pierwszy film "Tamara i mężczyźni" wybrany na inaugurację nowego sezonu. Brytyjska komedia reżysera, który podobno trochę zna się na tym, co robi. No i cóż, Stephen Frears zna się. Jego film jest lekki, niekoniecznie głęboki i zdecydowanie nie nieprzewidywalny. Że jest rasową komedią to bym nie powiedziała. Raczej dramatem, a może obyczajem z elementami komediowymi (często nawet nie do końca udanymi, choć wśród nich znalazły się prawdziwe perełki). Być może większość charakteru komediowego odebrało "Tamarze" zaskakujące i dramatyczne zakończenie. Choć trzeba mu też przyznać, że było niezwykle oczyszczające. Co do gry aktorskiej, to nie wydaje mi się, żeby wyrastała ponad przeciętną, natomiast Luke Evans okazał się niesamowicie przystojny, Gemma Arterton dostatecznie urocza, a postacie nastolatek najbardziej dowcipne, ironiczne i pełnokrwiste. Przy temacie aktorstwa warto wspomnieć też o krowach, które dyskretnie przewijały się przez cały film, aby na końcu stać się główną siłą sprawczą. Swoją drogą to były naprawdę ładne krowy. One z kolei prowadzą nas do zdjęć i ogólnej atmosfery. Te pierwsze istotnie niezłe, za to atmosfera angielskiej wsi w najnudniejszym na świecie hrabstwie Dorset została oddana fantastycznie. Połączenie idyllicznych obrazów z tą emanującą zewsząd nudą i nazbyt idealnym spokojem to ogromny plus. 7/10

 





Kolejnym filmem styczniowym jest "Turysta" i tutaj niestety obserwujemy dość znaczny spadek w jakości. Pierwszą ogromną wadą tego filmu jest Angelina Jolie, która nie wykazała się absolutnie niczym. Skopiowała niemal całkowicie rolę z "Salt" i na "Turyście" miała znaczenie równe kiepskiemu elementowi scenografii. Film był raczej mdły, a niektóre sceny idiotyczne, ale na tym nieciekawym tle niesamowicie wyróżnił się Johnny Depp. Uważam, że to najlepsza z jego ról w filmach, które widziałam ( pomimo całego mojego szacunku do "Co gryzie Gilberta Grape'a", "Dziewiątych wrót" i "Edwarda Nożycorękiego"). Depp stworzył postać barwną, sympatyczną i on jeden potrafił w "Turyście" zadziwić. Pamiętam, że dość dobre wrażenie zrobiła na mnie muzyka, wenecka sceneria oraz kostiumy. Z niecierpliwością czekam na "Anthony Zimmer" (Sophie Marceau na pewno jest o niebo lepsza od Angeliny!). 4/10

 






Trzecia wizyta w kinie przypadła "Czarnemu Łabędziowi" Darrena Aronofskiego. Był to film, po którym spodziewałam się nie wiadomo jakich rewelacji. No i przy takim podejściu oczywiście trochę mnie rozczarował. Szczególnie, że czekając na jego premierę postanowiłam wyprzeć z pamięci fakt, że jego reżyserem jest twórca "Requiem dla snu". Niby środki, których Aronofsky używa, aby oddać stan psychiczny swoich bohaterów są doskonale dopasowane, a mimo to wcale mnie nie przekonują. Tak przynajmniej było na początku "Czarnego łabędzia". Miałam wrażenie, że reżyser nakręcił ten film tylko dla efektownego szaleństwa i zakończenia, bo całe wprowadzenie zostało poprowadzone dość pobieżnie i chaotycznie. W dodatku na początku kamera tak się trzęsła, jakby operator miał atak epilepsji. Później jednak wszystkie te niedociągnięcia zostały zrekompensowane wspaniałym (jeśli wierzyć tym, którzy mówili, że "Wstręt" Polańskiego był pod tym względem doskonały, a "CzŁ" był do niego niesamowicie podobny) obrazem postępującego szaleństwa. Sekwencje od rozpoczęcia spektaklu były świetne. Idealnie przeplatały się sceny występu bohaterki z jej poczynaniami w garderobie. Wyjątkowo spektakularnie wyszedł moment przemiany Niny w czarnego łabędzie oraz ukazywanie wszelkich fizycznych aspektów jej cierpienia (tak wyimaginowanych jak i rzeczywistych). Do tego mroczna atmosfera baletu i Czajkowski (choć dużo większe znaczenie miał w "Kobiecie pod presją") dają 8/10.








I na zakończenie: "Jak zostać królem". Z wszystkich powyższych mój ulubiony. Niby reklamowany u nas jako komedia, a jest to kompletna bzdura ( o czym wiedziałam na długo zanim poszłam do kina). Mimo tego zawiera mnóstwo komediowych akcentów, co dodaje mu płynności i lekkości. Nie wiem, czy zniosłabym dwugodzinne roztrząsanie wady wymowy angielskiego króla, gdyby nie przezabawne sytuacje wynikające z bezpośredniości jego logopedy Lionela (bo to on był głównym źródłem komizmu). Oprócz tego był to dla mnie film pełen emocji i wcale nie nużący, co dało mi wrażenie zupełnego stopienia się z wydarzeniami dziejącymi się na ekranie. Jednak największą zaletą było aktorstwo. Nad Colinem Firthem nie będę się rozpływać zbyt długo, bo chyba wszystko już zostało powiedziane. Nadmienię tylko, że myśląc o nim teraz, nie mogę wyjść z podziwu jak Vermeer z "Dziewczyny z perłą" przeszedł taką metamorfozę i stał się Jerzym VI (bo np. taka Scarlett Johansson wszędzie jest tylko Scarlett Johansson). Prawdziwymi mistrzami tego filmu są aktorzy drugoplanowi Geoffrey Rush (Lionel) i Helena Bonham-Carter (królowa - żona Jerzego VI). Z tego, co wiem oboje są dość powszechnie doceniani, ale w "Jak zostać królem" zrobili na mnie wyjątkowo piorunujące wrażenie. W niczym nie ustępowali Firthowi i wybijali się moim zdaniem nawet ponad Natalie Portman czy Jessego Eisenberga, którzy zagrali w głośnych filmach role pierwszoplanowe. Poza tym Rush i Carter stworzyli postacie błyskotliwe, pełne ciepła i świeżości, co bardzo przypadło mi do gustu. Drugim ogromnym plusem jest muzyka i tutaj oczekuję Oscara dla Alexandra Desplata, bo to nie pierwszy raz, kiedy jego kompozycje z takim powodzeniem wpadają mi w ucho. Tym razem jest to soundtrack bardzo delikatny, silnie trącający o muzykę klasyczną (co nie jest zbyt odkrywcze przy świadomości, że użył kilku wstawek z Beethovena, które ja w kinie z moim bezbłędnym słuchem określiłam: "Super, brzmi jak Chopin!" ;P). No i jest jakiś taki typowo filmowy. Mega genialny jest plumkający i melancholijny główny temat z filmu. 8+/10



Mimo moich zachwytów nad "Jak zostać królem" wcale nie zależy mi, aby zdobył te wszystkie 12 Oscarów, choć uważam, że na większość zasłużył (Ale niektórzy zasłużyli bardziej. Np. reżyseria: tutaj rzeczywiście Fincher i Aronofsky wykazali się większą inwencją, podczas gdy Hooper po prostu nakręcił świetny film, ale bez szaleńczej kreatywności, natomiast w scenariuszu oryginalnym skłaniam się ku "Incepcji"). Jedyne, czego naprawdę mu życzę to statuetka za muzykę.



W ogóle to ja nie mogę przeboleć braku wśród nominowanych do Oscara "Autora Widmo" i "Essential killing". Najgorszy ze wszystkiego jest brak jakiegokolwiek polskiego akcentu. W zeszłym roku mieliśmy chociaż "Królika po berlińsku". No, ale cóż. Nie pierwszy i nie ostatni raz. Tymczasem wśród filmowych staroci odkryłam Michelangelo Antonioniego. Ten człowiek pretenduje na miano mojego kolejnego mistrza tuż przy Polańskim i Hitchcocku. Trzeba mu jednak przyznać, że jego filmy są chyba równie metaforyczne jak obrazy Bergmana, ale chyba jednak bardziej przystępne. Do tej pory widziałam "Powiększenie" i "Zawód: reporter".