Jestem...
Choć nie było mnie całkiem długo. Przez ten czas Polacy zdążyli okraść Dave'a Lombardo, ktoś przesunął pomnik Czterech Śpiących, a Peter Jackon i Christopher Nolan zaprezentowali światu, zwiastuny swoich najnowszch filmów. Trzeba przyznać, że "Hobbit" pierwszego z Panów zapowiada się iście... rewelacyjnie ;) Powrót do zielonych krajobrazów z książek Tolkiena okraszony śpiewem krasnoludów wypadł niezwykle przyjemnie na zwiastunie. Obiecuję z ręką na moim, książkowym egzemplarzu "Hobbita", że pójdę. Za to"Mroczny Rycerz Powstaje" (filmy Nolana doczekują się dobrych polskich tytułów mimo wszystko)[serio!] zbrzydł mi przez tą cholerną zajawkę. Co prawda rozpierducha na stadionie wypadła efektowniej niż to sobie wyobrażałem, ale... ten amerykański hymn wszystko, cholera, zepsuł -.- To pasuje do "Urodzonego 4 lipca", albo "J.F.K.", albo do "Bitwy o Los Angeles", ale nie do Batmana. W dodatku nie mogę zaakceptować Anne Hathaway jako Catwoman. Na Batpodzie prezentuje się jak najbardziej fajnie, ale na zwiastunie wypadła... No nie wiem. Czegoś jej brakuje. Pazura?
A teraz niech ktoś poleje, bo mam nietypowe pytanie: Jak ogląda wam się filmy... pod wpływem? Jestem świeżo po wyjeździe szkolnym, gdzie zarówno durnych filmów jak i alkoholu nie brakowało. Mój pokój wyjątkowo lubił łączyć jedno z drugim po północy, więc, gdy zrobiło sie ciemno, postawiliśmy Jacka Danielsa na stół, zaprosiliśmy dwie koleżanki i zapuściliśmy najbardziej lajtowy z filmów jaki mieliśmy, czyli "Paranormal Activity III"... które okazało sie być "Paranormal Entity"... Ale chrzanić to! Całą noc mieszałem Jacka z jakąś wódką a "Paranormal Entity" po prostu wgniotło mnie w fotel. Na ekranie niby nic strasznego się nie działo, ale byłem na tyle wkręcony, że gdy moja koleżanka nagle wrzasnęła, ja też zacząłem się drzeć! Z kolei mój wrzask wywołał taką samą reakcję u kumpla obok, i cały nasz pokój krzyczał przez dobre 10 sekund i nie mógł się uspokoić. Brrrr... Nawet myśl o tym, że mogę za to wylecieć ze szkoły nie łagodziła sprawy xD Po tej akcji, doszliśmy do wniosku, ze nie żadna "krwiożercza wagina" ani "martwica mózgu", lecz jakiegoś "paranormala" trzeba od kogoś wytrzasnąć. Jack nam sie powoli kończył, więc dziewczyny podarowały nam tylko netbooka z Internetem na noc, a same poszły szukać alkoholu gdzie indziej. Nie pamiętam czy mieszałem tej nocy piwo z czymś jeszcze, ale film mnie tylko wynudził, a ja robiłem sie coraz bardziej chorobliwie senny (mowa tu o pierwszej części "Paranormal Activity"). Poza tym... Cholera! To nie była już amatorka jak w stylu "Paranormal Entity". Tu czuć było Hollywoodem na kilometr, a te motywy typu paląca się plansza z pentagramem wydawały mi sie oklepane. Film mnie ostro wynudził i gadałem co chwila komenatrze godne moich kumpli z poprzedniej nocy typu "w ogóle nie moge sie wciągnąć", "ale to jest głupie" itp. Nie potrafię ocenić obu tych filmów, bo po prostu nie wiem czy to moje szczere odczucia. W mojej osobistej opinii, picie alkoholu przy filmie powinno ograniczyc się do jednego piwa! O!
... ale kolejnej części "High School Musical" w życiu na trzeźwo nie obejrzę
2012 Człowiek, który śpi (6) <- Trochę głupio mi się do tego przyznać, ale film o wiele bardziej by mi się podobał, gdyby był pozbawiony kobiecego głosu narratorki. Dla mnie obraz Queysanne'a to przede wszystkim... Obraz! Nie słowa. Kamera rewelacyjnie obcuje z francuskimi uliczkami, naturą pogrążoną w nicości i szarzyźnie... Obraz składa się na emocjonalną pustkę jaką przeżywa miotający się po ekranie bohater. Słowa tu są zbędne niczym cukier w herbacie, którą sobie teraz popijam. Bez cukru, o klasę lepiej! Ale co ja tu wygaduję. Nie nachwaliłem przecież jeszcze tych cudownych zdjęć! Filozoficzne ględzenie narratorki potrafi znużyć, ale ujęcia w filmie są wręcz wyborne. Niektóre, w gruncie rzeczy normalne sceny, posiadają w sobie jakies niedomówienie. Pozostawiają furtkę dla widza, który albo pomyśli, albo pójdzie dalej. Mnie reżyser skłonił kilka razy podczas seansu do przemyśleń i refleksji. Nie były to dyrastyczne pytania. Nie pytał o to, czy mam depresję czy też nie. Pytał mnie o życie. Film ni rewolucyjny, ni wyjątkowo słaby, ale taki soft. Taki do obejrzenia. Amen
Czas wojny (7) <- Jesteśmy już po magicznym ogłoszeniu nominacji i wiemy, iż owy film ma szansę na aż 6 złotych statuetek. Znikome zatem były obawy Stevena Spielberga, że prawdziwe konie "zagrają" gorzej od przebierańców z desek West End Theatre. Konie w filmie są jak ludzie! Na ich twarzach wymalowane są cierpienie, wytrwałość, zaangażowanie, radość, miłość... Paleta barw, a może raczej, emocji! Drugim, ciekawym malarzem obok pana reżysera jest oczywiście Janusz Kamiński, którego zarówno zielone pagórki jak i zabłocone pole bitwy zauroczyły w niesamowitym stopniu. Owoc jego pracy po prostu zwala z nóg! A film? Muszę przyznać, że naprawdę potrafi wycisnąć łzy z oczu ;) Miłość jak to miłość - jest piękna, cudowna i świeci jak Słońce o najwspanialszym poranku, lecz okrutne życie kładzie nam kłody pod nogi. Miłość musi przetrwać wiele. Różne próby i pułapki czasu. Musi przetrwać czas wojny, burzy. Ale każda próba powoduje, że ta miłość jest silniejsza. W tym filmie wybuchów jest niemało, a wojna została pokazana bez upiększeń, jednak naprawdę warto przejść się do kina. Piękny film. Życzę niejednego Oscara z całego serca.