Na filmwebie od:
14 sierpnia 2010
1773
417
42430
40

katedra

nie podano imienia i nazwiska

Rankingi

dodający:
8 pkt. #318 listopad [-1]
1162 pkt. #1656 wszech czasów [-1]

Podobieństwo

? %
Poziom Waszego podobieństwa nie jest znany. Zaloguj się.

blog (Odrobinę bliżej nieba)

RSS
  • Obejrzane sierpień/wrzesień 2017




    Ostatnia rodzina
    (2016)

    Są filmy doskonale imitujące rzeczywistość, takie, po których obejrzeniu chce się krzyknąć: "Nosz, kuhwa, jakbym widział siebie/sąsiada/brata i jakbym tam był! Też tak mam!". Są jednak takie filmy, które również doskonale imitują rzeczywistość, jednak po ich obejrzeniu po głowie panoszą się pytania pokroju: "No jest tak, siedzimy, oglądamy TV i czasem ktoś pójdzie do klopa. Ale po co to od razu pokazywać?!". Różnica między nimi jest zasadnicza - te pierwsze oparte są na emocjach, nawet jeśli skrajnych to nadal na emocjach. A nie ma nic bardziej angażującego niż emocjonalny związek widza ze światem na ekranie lub/i z jego bohaterami. "Dzień świra" to dzień każdego z nas. Dlaczego? Bo każdy z nas przynajmniej raz w życiu miał ochotę przeklinać na czym stoi, narzekać na polską/socjalistyczną/bidną/cebulacką rzeczywistość i ludzi - gatunek stworzony tylko po to, aby tworzył wszędzie kolejki i tłok. Każdy z nas był na weselu wyprawionego przez Smarzowskiego. Były zabawy i pijatyka jak w filmie? Jasne! Ale przede wszystkim prowincjonalne stereotypy, pazerna kapela i ojciec pani młodej, lokalne zabijaki i przekręty, o których codziennie ktoś gada w wiadomościach.
    Niestety, "Ostatnia rodzina" to film z drugiej kategorii. Opowiada o prozaicznym życiu wielkich ludzi, obdzierając ich wizerunek z medialnego mitu. Kłócą się, robią pranie, pracują, umierają. Tak rzeczywiście się zdarza, powiem więcej - tak zdarza się bardzo często i tak nawet jest, lecz ciężko obcuje się, czy nawet podgląda te indywidua, niby sklecone na miarę normalnych ludzi, jednak strasznie przerysowane. Matuszyński nie potrafi się zdecydować, czy chce pokazać rodzinę Addamsów, czy Beksińskich/Kowalskich z klatki obok. Rozchwiane emocjonalnie i psychicznie postaci balansują na granicy jawy i snu, życia i filmu. Z jednej strony widz ogląda zwyczajne popołudnia starszego małżeństwa, aby w następnej scenie zobaczyć jak szalony Tomek wpada do mieszkania, robi rozpierdziel i znika równie szybko jak się pojawił. Wydarzenia rezonują jeszcze bardziej, gdy poogląda się i nieco poczyta o samych Beksińskich, którzy byli poczciwą rodziną. Ok, każda rodzina ma swoje problemy, każda czasem się kłóci, czasem się nienawidzi, ale wydaje się, że reżyser w przypadku Beksińskich nieco przesadził. Karykaturalnie wypadają tu zwłaszcza sceny, w których stary Beksa łazi wszędzie z kamerą i słucha muzyki poważnej przy malowaniu obrazów niczym czarny charakter jakiegoś filmu. Albo sceny uzewnętrzniania się Tomka, który stwierdza, że jest artystą, cierpiącym i delikatnym, który nie godzi się na to, co dzieje się na świecie i co robią ludzie. W obu przypadkach użyto scenariuszowej cegły, pancerfausta, zamiast iskry. Ten rozdźwięk nie pozwala ani w pełni wybrzmieć rzekomej neurozie Tomka, ani rzekomej mrocznej połowie ukrywanej przez starego Beksińskiego, ani prozie życia. Wolałbym, aby od początku reżyser leciał jednym torem i pokazał te gotyckie i ponure wnętrza, z których ironizował Dmochowski.
    No i z mojej perspektywy równie ważnym grzechem reżysera jest całkowite porzucenie spuścizny bohaterów i ich talentów. Obejrzałem film o Beksińskich, a czułem się po seansie, że wiem jeszcze mniej o nich niż przed. Dużo więcej dały mi materiały archiwalne i wgląd w prawdziwe życie rodziny. Matuszyński pokazał mi życie Iksińskich i to w taki sposób, że nie mogłem usiąść obok bohaterów, wypić z nimi herbatkę i popatrzeć, co będą robić wieczorną porą. Nawet, gdy w finale na scenę wpadła makabreska, zimna i bezwzględna, rodem z "dobrego i wielkiego" kina europejskiego, nie poczułem nic. Po prostu, zginął kolejny Kowalski, który rysował sobie czasem obrazy.

    PS: I nie, ustawienie kamery na statywie i europejskie, dłuuugie ujęcia nie oznaczają dobrej reżyserii. To nadal zero jedynkowy warsztat, który pogłębia ból jaki niesie ze sobą seans. Nawet w kwestii technicznej i inscenizacyjnej nikt nie poszalał. Myślę, że Beksińscy zasługiwali na więcej.

    4/10




    Śniadanie u Tiffany'ego
    (1961)

    Jestem prawie pewny, że do dzisiaj niejedna kobieta chciałaby być jak Holy Golightly. Równocześnie krucha i twarda, szukająca pomocy i doskonale radząca sobie w świecie samców, dama z klasą, a przy tym krejzolka z sąsiedztwa. Audrey w swojej niezwykle złożonej roli protoplastki Pretty Woman zaraziła pozytywną energią ekipę filmową do tego stopnia, że cały film emanuje niezwykłym ciepłem i żywotnością. Co już jest niewyobrażalnym plusem, bo mamy rok 61 - erę przypałowych filmów, w których słychać ciosy, kobiety mdleją na widok pająka, łapiąc się za głowę, a po oberwaniu kulką postać zwija się na ziemi przez 15 minut, snując monolog o życiu i śmierci. Tak frywolny i uroczy film niesamowicie odstaje od reszty stawki z tamtego okresu w kinie (Psychoza przy Śniadanku to aktorski żart na potęgę). Do teraz mam w pamięci sceny kradzieży masek czy też szalonej domówki u Holly - sekwencji wyrwanych z innej epoki, które do dzisiaj w różnych odsłonach i trawestacjach pojawiają się we wszelkiego typu filmach, a przede wszystkim w komediach romantycznych. Co najważniejsze jednak, dzieło Edwardsa przesycone jest autentycznym dramatem jednostki. Holly nie jest po prostu głupkowatą gąską z mieszkania obok, której największym problemem jest znalezienie chłopaka i kariera w korporacji. Scena, w której Paul w furii rzuca Holly czek na 50$ ze słowami :"Masz swoje pieniądze na toaletę!" ma tyle ładunku emocjonalnego, że gdybym zobaczył to w tamtych czasach w kinie, wybuchnąłbym płaczem i leciał wystrugać im Oskara z drewna. Nie wspomnę już o drugim bohaterze melodramatu - żigolaku i niespełnionym pisarzu, z którego oczu bije taki smutek i tęsknota, że aż sam się zdziwiłem ze swojej reakcji - zachwytu nad filmem sprzed tylu dekad. A reżyseria? Te sceny, w których na pierwszym planie mokną śmieci w zaułku, a na drugim całują się bohaterowie? Nawet gdybym coś takiego zobaczył w tym roku w produkcji polskiej, zapiałbym z zachwytu, a to się działo w Fabryce Snów w 61 roku!
    Aż chce się po seansie biec za Holly, pomóc jej wyjść z tego bagna nazywanego już dziś byciem galerianką, chce się być przez nią zahipnotyzowany, odrzucony i przygarnięty ponownie.
    Uff, fala zachwytów popłynęła i wszystko po przemyśleniach po seansie. Ktoś postronny mógłby powiedzieć, że to dla mnie taki Obywatel Kane. Miałby rację!

    7/10




    Złodziej (1981)

    Dość typowy przedstawiciel gatunku heist movie, w którym doświadczony złodziej robi ostatni skok po to, aby żyć już spokojnie i mieć wszystko w dupsku. Oczywiście, jak to w filmowym świecie bywa, nic nie idzie po jego myśli i ostatni skok okazuje się katastrofę, ciągnącą za sobą pasmo nieszczęść. W finale twardziel musi zmierzyć się z utratą rodziny, którą prawie udało mu się zbudować i wymierza sprawiedliwość w imię zasady "jestem większym kozakiem w tym mieście niż największy kozak kiedykolwiek był".
    Mann - facet od rozedrganej kamery z ręki i plucia ołowiem debiutuje tu w dość nietypowy sposób, który wręcz nijak ma się do jego późniejszej maniery. Długie, niekończące się sceny "dobierania się" do sejfów, leniwe refleksy świetlne, przemykające po postaciach i powierzchniach, stonowane wybuchy przemocy i akcji, mit twardziela, który dba o honor, kobiety i dzieci oraz załatwianie spraw do końca. Wszystko stylowe, profesjonalnie udźwiękowione i odwołujące się do klasyki gatunku kryminału. A najlepszy w tym wszystkim jest Caan - protoplasta tytułowego Kierowcy Refna (Wbrew pozorom Refn w dużej mierze wzorował się na twardzielu z przeszłością, który potrafi rozstawiać ludzi po kątach, ma klasę, łajdacki urok i jest profesjonalistą, a nie na neonach, które urosły w jego filmie do roli wręcz równorzędnej z narracją czy aktorstwem. U Manna jest ich niewiele i stanowią raczej jeden ze środków w bogatym asortymencie narzędzia zwanego  operowaniem światłem. Mann nie każe stać postaciom na tle złowrogo czerwonych neonów, on ślizga się kamerą po oświetlonych gałkach drzwi sejfu i poleruje odbicie zapalonych żarówek w komisie samochodowym tytułowego złodzieja.), który ma w sobie tyle szorstkiej charyzmy i tyle pokładów testosteronu, że czekałem aż zacznie prać po mordzie jakieś złe kobiety. Miałby w sobie wtedy tyle samo klasy, co w scenie wyznania przy kubku kawy kim są ludzie tacy jak on i gdzie zmierzają.
    I właśnie przez te niuanse i można by rzec pierdoły, to jednak nie jest kolejny heist movie z lat 80.

    PS: Scena tortur Franka i topienia truchła Barry'ego - to jest moje męskie kino!

    7/10





    To (1990)

    To (2017)

    Już za dzieciaka mniej więcej kojarzyłem obrazek klauna wyzierającego ze studzienki kanalizacyjnej. "Fajne" - pomyślałem pierwszy raz, bo takie niestandardowe, straszne i w ogóle! Po latach dowiedziałem się, że to obrazek wyjęty z opasłego tomiszcza mistrza grozy Stephena Kinga, które podobno jest jedną z najlepszych i najbardziej rozpoznawalnych książek w dorobku autora. Co więcej, nawet bidnie i nędznie wyglądający serial z 1990 zrobił swego czasu furorę i klinem wszedł w psychikę młodzieży.
    Sięgnąłem po oldskulowy serial tylko dlatego, że chciałem zrozumieć materiał źródłowy i mieć jakiś punkt odniesienia dla filmu z 2017 roku. Zwiastun katowałem przez kilka dni, zachwycając się może i niezbyt świeżą wariacją na temat dzieciaków wyjętych z Kina Nowej Przygody, walczących ze swoimi słabościami, a przy okazji z pradawnym złem, lecz na pewno smakowicie zrobioną.
    Po obejrzeniu obu produkcji ocena jest tylko jedna - nowe To zjada na śniadanie nieporadną ramotkę z lat 90, nie tylko pod względem inscenizacyjnym i aktorskim, ale przede wszystkim przez fakt, iż w trakcie seansu miałem wrażenie, że Andreas Muschietti traktuje literacki pierwowzór i jego bohaterów z o wiele większym namaszczeniem i szacunkiem. Już w Mamie udowodnił, że potrafi przelewać do kina grozy wrażliwość na ludzkie dramaty, jest niezłym estetą i celuje w oryginalną grozę.
    W wersji z roku 1990 poza kilkoma fajnie zainscenizowanymi "psotami" Pennywise'a (balon z krwią wylatujący z umywalki, sam fakt dostrzegania jedynie przez dzieci czyhającego w mroku zła, kopanie grobów dla kolejnych członków Klubu Frajerów) oraz rozciągnięciem metrażowym, co pozwoliło na ujęcie w filmie losy dzieciaków, jak i ich dorosłe wcielenia, film nie miał za wiele do zaoferowania. Bujał się pomiędzy kiczowatym festiwalem żenady z wielkim pająkiem w finale na czele, a standardowym kinem szkolno-młodzieżowym po amerykańsku. W tym drugim nie wypadał tak źle, zwłaszcza przez efekt przesunięcia fabuły w czasie, dzięki któremu naprawdę dało się przez te trzy godziny zżyć z bohaterami.
    Jednak najważniejszy bohater filmu, tytułowe TO - inkarnacja zła, które przybiera postać tego, czego akurat dany dzieciak boi się najbardziej (dlaczego do cholery klown dla wszystkich?) ma zbyt okrojoną mitologię i raczej rzadko bywa na ekranie. Najlepsze wrażenie pozostawia jego siedliszcze z ohydnych kanałów (swoją drogą, widok stacji z pompowniczej jest o wiele bardziej przerażający niż wizyta w złowieszczym domu w wersji 20170 z remaku 2017). Sam zaś film nie ogląda się przesadnie źle, jest po prostu kolejną ramotką z lat 90, w których na ekranie przenoszono może i naprawdę nieźle napisaną prozę grozy, lecz całkowicie tandetną w kontekście dotychczasowej kinematografii grozy. Najbardziej jednak boli niezbyt udane wykorzystanie Pennywise'a jako straszaka dzieciaków i finał, który robi z niego totalnego pajaca i zupełnie niegroźnego wymoczka z plasteliny.
    Natomiast wersja z 2017 roku to inscenizacyjny festiwal świetnych pomysłów. Groza przybiera postać lęków dzieciaków, dlatego Pennywise nie jest jedynie szalonym klownem-mordercą, ale także złowieszczą damą z obrazu czy też traumą z przeszłości w formie płonących ciał rodziny. Dzięki temu nareszcie wiadomo, co King rozumiał przez umieszczenie tej postaci w miasteczku Derry. Co więcej, losy bohaterów nie odwołują się do nostalgii widzów, którzy jedynie w taki sposób przeżywali swoje młodzieńcze lata (co było grzechem w innej ekranizacji książki Kinga - Stand by me, w której za cholerę nie mogłem zżyć się z bohaterami przez to, że robili abstrakcyjne rzeczy w porównaniu z moimi przygodami za młodu), lecz do dzieciństwa w sposób uniwersalny. Opuszczone domostwa, walka ze wspólnym wrogiem, snucie się po mieście, wzajemne docinki i kręcenie beki - to o wiele mniejsze, normalniejsze i przyziemniejsze rzeczy, w których widz może odnaleźć również siebie. Sentyment i nostalgia nie jest tutaj celem i meritum filmu, lecz jedynie przekaźnikiem, który pozwala wejść w małoletnie awatary i stoczyć walkę ze złem z ponurego cyrku. No i te dzieciaki, które nie wyglądają jakby po prostu spotkały się na planie filmowym przez przypadek, lecz autentycznie rozmawiają ze sobą, przerzucają się bzdurnymi i wulgarnymi odzywkami czy w końcu tworzą razem klub wyrzutków. Jasne, dużo w tym wszystkim umownych skrótów myślowych i przeskoków narracyjnych, ale to nadal jeden z najbardziej wiarygodnych obrazów amerykańskich młodziaków z lat 80/90.
    Jedyną wadą filmu Andreasa jest zbyt duże nakręcenie spirali okrucieństwa i fantastyki. W pewnym momencie fabuła polegała jedynie na ustawicznym pokazywaniu kolejnych wejść klowna, który straszył po kolei wszystkie dzieciaki. Jest to mega efektowne i naprawdę pomysłowo zrobione (czuć w tym nie tylko szkołę standardowej grozy z wyskakującym horrorem i krwią na czele, ale również zabawy gatunkiem pokroju Koszmaru z ulicy Wiązów - nomen omen Pennywise mocno przypominał mi Krugera), ale w takim stężeniu po jakimś czasie uodparnia na lęk i zwyczajnie nuży. Do teraz jednak mam w głowie scenę morderstwa ojca - policjanta przez Bowersa, zachęcanego przez program telewizyjny w wykonaniu złowieszczego pajaca - cudo!
    Nie ma jednak wątpliwości, że To to wielki sukces wśród mainstreamowych horrorów. Odkopanie tego szlagieru Kinga może stać się kultowe, a nowy Pennywise może zacząć straszyć niczym Kruger lata temu. Młodzież ma Freddy'ego, dzieciaki Pennywise'a. Czekam na kolejne losy Klubu Frajerów i powtórne spotkanie z uśpionym złem. Jest na co czekać i potencjał drzemie niesamowity, tylko nieco mniej efekciarskich przejawów bytowania klownów wśród nas, a wtedy okrzyknę ten horror jednym z najlepszych w ogóle. Jak na tę chwilę horror ten jest "zaledwie" hitem dekady na miarę Obecności. Czekam i być może sięgnę po książkę, bo tajemnica Derry wydaje się nadzwyczaj ciekawa.

    PS: No właśnie, tajemnica Derry i jego społeczności. W obu produkcjach zabrakło nieco szerszego rysu społecznego i głębszego wejścia w środowisko, które coś wyraźnie ukrywa. Za mało spisku, może jakaś wariacja na temat - dorośli trzymają ze strasznym klownem?

    1990 - 5/10

    2017 - 7/10
     



    Mary i Max (2009)

    Ręcznie zdobiona laurka (ależ przepięknie zadbano w tej animacji o detale!) dla wszystkich outsiderów, żyjących absurdalnym, groteskowym i szalonym życiem. Warto żyć, gdy ma się przyjaciela, nawet takiego korespondencyjnego. Wystarczy przecież jeden.
    Reżyser w animacji z lekkością o rozbrajającym urokiem łączy absurdalny humor z cierpką życiową puentą, a przy tym nie popada w banał i nie podporządkowuje się zasadom robienia animacji. Dla niego nie ma rzeczy, o których nie można wspomnieć w animacji (seks) ani groteski, której nie można pokazać (pochówek ojca Mary, śmierć matki Mary, finał małżeństwa Mary). Mimo to, animacja nie jest ani wulgarna, ani przesycona grubiańskim humorem. To nadal słodko-gorzka opowieść, po prostu o życiu, podszyta delikatnym humorem. Tym bardziej godne podziwu jest to, że narracja sprowadza się głównie do głosu z offu, z opisem poczynań bohaterów oraz czytania ich listów. A jak doskonale to działa, jak to buduje napięcie i jak wspaniale podkreśla charakter dziwacznej i wręcz nierealistycznej przyjaźni, dzięki której bohaterowie zaakceptowali siebie i mieli po co żyć.
    Końcówka szczerze wyciska łzy i jest jednym z najlepszych animowanych epitafium bohatera pt. "On naprawdę był moim przyjacielem".

    PS: Praca w fabryce polegająca na przypinaniu do torebek od herbaty sznurków, wypychanie martwych ptaków znalezionych przy autostradzie, szaleństwo robienia absurdalnych potraw z czekolady (hot dogi), zbieranie petów - przez takie pomysły wraca mi wiara w ludzkość. Kreatywność level master.

    8/10




    Captain Fantastic (2016)

    Cywilizacja i życie zawsze upomną się o swoje, a zwłaszcza, jeżeli razem z rodzinką prowadzisz życie hipisa, gdzieś w lesie na północy USA, każesz czytać dzieciom Marksa i teorię strun, a w wolnym czasie katujesz morderczym treningiem survivalu. Czy jednak opłaca się porzucić pędzący na złamaniu karku świat konsumpcjonizmu i pozornego bogactwa? Nie wiadomo. Na to zasadnicze pytanie nie odpowiada film Matta Rossa. Nawet jeśli widz odpowie sobie na nie w duchu, nie uzyska nic, zwłaszcza biorąc pod uwagę zakończenie filmu, które udowadnia, że złem są przede wszystkim radykalne postawy i da się zjeść ciastko i mieć ciastko. W pamięci pozostanie natomiast szereg scen, w których dzieciaki z buszu ustawiają po kątach przygłupów zapatrzonych w konsole, aby po chwili zupełnie nie móc się odnaleźć w zwyczajnych rozmowach międzyludzkich.
    Na podstawie owych scen oparty jest również komizm w filmie, jednak schemat niedostosowanej rodzinki szybko się wypala, a gdy ustępuje miejsca dramatom, ciężko jest go ostatecznie porzucić.
    Finalnie film jest po prostu ciekawy. Koncept życia w odosobnieniu wydaje się interesujący, jednak nie przewodzi odpowiednio emocji i nie buduje czegoś więcej oprócz uczucia, że" muszę to obejrzeć, to taki zwariowane!". Szkoda, bo znalazłoby się tu miejsce na tragedię w czasie rzeczywistym, a nie jedynie przepracowywanie traumy po śmierci matki, której obecności w filmie nie wyczujemy nawet we wspomnieniach rodziny.
    Dobry, bo oparty na ciekawym koncepcie nieskrępowania i jakieś takiej mistycznej siły, która powoduje, że chce się pić wodę ze strumienia i czytać wielkie dzieła literackie przy blasku gwiazd. Wolność. O, to właśnie to słowo. Film o prawdziwej wolności i harmonii z naturą, a przede wszystkim samym sobą. I takie filmy potrzebują odpowiedniej warstwy emocjonalnej, odpowiedniego mięcha aktorskiego i łącznika pomiędzy ww.

    PS: George MacKay - odtwórca roli nowego Kruka znaleziony!

    6/10




    Sierociniec (2007)

    Dość klasyczny hiszpański straszak, korzystający z metod podnoszenia tętna, które nawarstwiły się przez dekady w kinie grozy (skrzypiące huśtawki i podłogi, dziwne postaci na drugim planie, złowieszcze chichoty dzieci, medium i sceny łączenia się z duchami i tragedią pewnego miejsca). Jednak jak to w przypadku ambitnych Hiszpanów bywa, duchy prawie nigdy nie przybywają, aby ucztować na duszach śmiertelników. Pojawiają się raczej żądne zemsty i należytej czci, a w tym przypadku - potrzebują po prostu nieco uwagi, ponieważ to duchy dzieci.
    W przeciwieństwie jednak do standardowych opowieści grozy zza wielkiej wody, w Sierocińcu wszystko jest zrobione z taką dbałością o szczegóły i z taką klasą, że reżyserowi nie potrzeba stosu dialogów z ekspozycją. Dziecko zaginęło - pokażmy więc sceny poszukiwań policji. W filmie mają pojawić się duchy, dlaczego więc nie zatrudnić do grania prawdziwe dzieci, bez wrednej charakteryzacji i pomocy komputera, którym do jeżenia włosów na głowie widza wystarczą zwykłe rekwizyty - maski, lalki, muszelki?
    Ponadto, film w przeciwieństwie do Babadooków i innych psycho horrorów, o wiele lepiej radzi sobie z budowaniem atmosfery potencjalnego szaleństwa. Zamiast pokrętnych idei psychologicznych jest tutaj zwyczajna trauma, duchy dzieci chcą, aby je ktoś kochał, nie domagają się, aby ich id zostało uwolnione, a co za tym idzie zamieniło się w kognitopoltergeista, który asocjuje się z umysłami ofiar.
    Szkoda tylko, że finał, który mógł być zawieszeniem pomiędzy dwoma porządkami - życiem a śmiercią, nie był twistem, lecz po prostu wrednym sprowadzeniem na ziemię - Laura oraz dzieci nie żyją. Nic straconego jednak, bo oto mąż odnajduje ślad ich bytowania, a więc - zapraszają go one do ich królestwa, czyli - potencjalnie chcą go ubić. W ten sposób natura duchów zostaje nieco obnażona i okazuje się, że jednak chciały zabijać, nieświadomie, może i dla zabawy, ale chciały. Niefajnie psuje to odbiór całości, można było po prostu zakończyć film na opowieści Laury dla dziatwy.

    PS: Mega klimatyczna plaża z jaskinią-skrytką!

    6/10




    Strażnicy Galaktyki vol. 2 (2017)

    Pierwsza część była całkiem fajną rozrywką, dopóki Disney nie upomniał się o swoje i nie stępił pazurów Gunna typowo hollywoodzkim skryptem, w którym przyrost bzdur był wprost proporcjonalny do spadku radochy z seansu.
    Na szczęście, po sukcesie "jedynki", tęgie głowy w zarządzie dały wolną rękę Gunnowi. James nareszcie stworzył film autorski i tak bardzo wyróżniający się na tle innych, przezroczystych w MCU. Tylko on mógł zrobić opening, podczas którego toczy się walką z ogromnym mackowatym potworem rzygającym tęczą, a w tle mały Groot wywija do piosenek z odtwarzacza Quilla. To właśnie esencja tego filmu - odlotowa zabawa bez trzymanki, w której kreatywność idzie pod rękę z ogromnym serduchem do retro i komiksów. O ile w pierwszej części pachniało to pozerstwem, głównie przez to, co ostatecznie stało się w finale (taniec, łapanie za ręce i inne turbo bzdury), o tyle tutaj nie ma czasu na tanie i łatwe zagrania. Strażnicy 2 przypominają mi inny film Gunna - Super, gdzie reżyser idealnie i przede wszystkim świadomie oddał kiczowate meandry głupoty komiksów, nie zapominając przy okazji o odpowiedzialności jaką niesie ze sobą bycie tytułowym super. W kontynuacji Strażników też tak jest. Nie ma durnego chwytania się za ręce, nie ma mówienia o rodzince psychopatów, która dopiero co się ukształtowała i nie ma durnych poświęceń, w których happy end pojawia się na zawołanie. W Volume 2, gdy ktoś umiera, to bezpowrotnie i dopiero jego pogrzeb to festiwal taniochy i kiczu. Gdy ktoś mówi o rodzinie, to ma kutemu powody, bo to już druga cześć i widać, że ci bohaterowie dojrzali do tego, aby wreszcie chwycić się za ręce i stawić czoła ojcu-planecie-psychopacie.
    Kupiłem 2 z całym dobrodziejstwem inwentarza, chociaż mam w głowie obraz tego filmu, który mógłby być jeszcze lepszy, gdyby nie durna polityka Disneya względem komiksów.
    Po pierwsze - humor, który z łatwością obraca w perzynę każdą dramatyczniejszą scenę i MUSI ją rozładować. To już chyba 15 film, a ja nadal nie mogę pozbyć się uczucia, że doskonale wiem, że uśmiercą jakiegoś pionka z drugiego planu i wykorzystają go do wprowadzenia 10 innych postaci w kolejnych fazach, a cała reszta przeżyje, bo aktorzy mają podpisany kontrakt na 30 filmów do przodu, rozciągniętych w czasie na 10 dekad. To takie frustrujące, że nawet, gdy ktoś umiera, to może, nie daj boziu, powrócić, a co najgorsze - nie rusza cię to, bo te postacie nie istnieją, lecz latają sobie w wyimaginowanym świecie pełnym psów, kaczorów i starszych panów.
    Po drugie i najważniejsze. Strażnicy 2 to film bardzo mocno oderwany od uniwersum. Nic nie znaczący epizod w kontekście Avengersów i tego, co dzieje się na Ziemi. Przez to ten film jest taki fajny, to autorska wizja bohaterów, która nie dźwiga na barkach świata z 1000000 innych postaci. No, ale chcąc nie chcąc Gunn musiał umieścić jakieś nawiązania do MCU i to one gryzą się z resztą filmu. Skutkują przede wszystkim niekontrolowanym wyciekiem ekspozycji i scen, w których postaci nie pokazują, a ględzą o tym czy o tamtym. Chociaż to i tak to lepsze rozwijanie uniwersum, bo jest i to całkiem z kosmosu jak np. pojawienie się z dupy jakichś Suwerenów, którzy chcą stworzyć Adama - nieznaną istotę, która ma zniszczyć Strażników raz na zawsze. Komiksowe nerdy wieszczą pojawienie się jednego z najpotężniejszych bohaterów Marvela, który ostatecznie przejdzie na stronę dobra, ale... no właśnie. Wprowadzenie jego postaci to całkiem jasna sprawa dla fanów, tak samo jak te durne wciskanie gdzie się ta elementów retro jak np. figurek trolli czy znanych aktorów, lecz dla całej reszty - totalnie nie wiadomo o co chodzi. Ta sama sytuacja występuje z wprowadzeniem rasy nadistot - Celestiali. Serio potrzeba było wprowadzać postać Ego, ale i cały wątek z nim związany, tylko po to, aby Peter wyrzekł się mocy i ostatecznie stał się śmiertelnikiem? I co z tego ma widz? Nic. Kolejnego nudnego villaina, który chce zniszczyć WSZYSTKO, bo TAK TRZEBA i TAKA JEST KOLEI RZECZY WE WSZECHŚWIECIE, wprowadzenie rasy Celestiali i ... kolejne zespolenie drużyny.
    Bardzo podoba mi się fakt, że jakiś film w MCU można nazwać całkowicie autorskim i to nawet pod względem fabularnym. Oczywiście korzeni nie da się odciąć całkowicie, tak samo jak wyplenić drażniącego humoru, ale jeśli ma być jeszcze więcej scen pokroju - cudeńka ze strzałą Yondu albo szalony opening, w którym wcale nie trzeba pokazywać głównej walki - czekam na kolejnych Strażników i na Gunna, który powinien przejąć stery nad Marvelem!

    PS: Draxx wyrósł na pełnoprawną gwiazdę Strażników, natomiast Rocket jest do wywalenia - jego suche żarty i wieczny ból odbytu o każdą pierdołę irytuje do tego stopnia, że nawet płacz Pratta za Yondu wydaje się czymś przyjemnym.

    7/10





    Król Artur: Legenda miecza
    (2017)

    Pierwsza wpadka Guya od lat. O ile w jego poprzednich filmach maniera niepokornego Brytola mi nie przeszkadzała, o tyle w Królu Arturze pogłębia uczucie chaosu i gra na niekorzyść filmu jako całości, w którym elementów abstrakcyjnych jest po prostu za dużo. Nie przeszkadza mi teledyskowa ekspozycja, bo fajnie skróca ona czas ekranowy i zbędne dialogi, lecz w tym przypadku to głównie przez nią film przeskakuje wiele epizodów tylko po to, aby skupić się na tych najbardziej dynamicznych i napakowanych efektami oraz tandetnym fantasy. Wszystko to kumuluje się w totalnie chaotycznej historii, w której mity arturiańskie zderzają się z mechaniką gier wideo, a Król Artur równie dobrze mógłby być Robin Hoodem. A do tego cała masa chwytów prosto z kina z ostatniej dekady: efekciarskie wejścia, efekciarskie walki, efekciarskie slow motion, czerpanie pełnymi garściami z gier, komiksowy villain, gwiazdorska obsada, która nie ma nic do roboty, pseudo historyczna kraina, w której toczy się akcja itd.
    Jednak po kimś, kto w tak karkołomny sposób zinterpretował Sherlocka i zrobił jeden z lepszych szpiegowskich pastiszów ostatnich lat, wymagam nieco więcej niż zrobienie nieco prostackiego i łatwego blockbustera. Dostrzegam w filmie autorskie elementy, ale to kawał naprawdę złego mainstreamu, w którym musi dziać się tyle, że film jest nie do odróżnienia od długometrażowego zwiastuna.

    5/10





    Lekarstwo na życie
    (2016)

    Klimatyczny gotyk, który zapowiadał się na horror sezonu niestety okazał się runąć pod naporem własnej ambicji.
    Nie powiem, strona wizualna to najlepsze co spotkało horrory od wielu lat, lecz rozciągnięcie w czasie wszystkich wątków, sprawiło że film domykał je po kilka razy, za każdym razem starając się przybrać odpowiednią maskę. W końcu skończyło się na czymś pomiędzy Upiorem z opery a Dorianem Gray'em. Nie dość, że całkowicie zniszczono tym zadatki na twist, to jeszcze pogrzebano taką fajną trawestację straszaków sprzed lat.
    Idealnym remedium wydaje się tutaj zawieszenie akcji albo wspomniana wcześniej przewrotka i konieczne skrócenie seansu o co najmniej pół godziny. Oglądało się to świetnie, ale po takim czasie niewielu reżyserów jest w stanie utrzymać uwagę widza w bądź co bądź kameralnym horrorze. Może rozciągnąć to wszystko do serialu? Nie, Martin w Wyspie tajemnic udowodnił, że nie trzeba. Gore się poduczy, znajdzie sobie porządnego scenarzystę i może po raz kolejny uderzać w horrory!

    6/10




    Alicja po drugiej stronie lustra
    (2016)

    Ta historia powinna zacząć się jak trailer: Alicja po wizycie w Krainie Czarów trafia do wariatkowa, skąd dzięki pomocy przyjaciół ucieka. Oczywiście nadal byłby to standardowy blockbuster, bo o rewolucyjnym psycho horrorze ze scenami lobotomii nawet nie pomyślałem.
    Szkoda jednak, że Alicja trafia to szpitala dopiero w połowie filmu i to w tak idiotycznych okolicznościach, tylko po to, aby podkręcić ledwie trzymającą się śrubę napięcia. W ogóle pomysł na kontynuację to festiwal odcinanych kuponów i idiotycznego rozwijania wątków, o które nikt nawet nie pytał. Alicja jako kapitan statu, kompletnie niepotrzebne sceny ucieczki przed piratami, kosmiczny wątek poszukiwań rodziny Kapelusznika, konkretnie z dupy origin Czerwonej Królowej, która jest w tym filmie chyba tylko dlatego, że Carter miała podpisaną umowę na 30 filmów z rzędu o Alicji (chociaż to tyczy się w sumie całej obsady) i naprawdę skopana postać Czasu, który w jakimś stopniu, z perspektywy konceptualnej, był ciekawy.
    Najgorsze jednak, że twórcy nie próbują nawet zamaskować tej durnej fabuły szybkim tempem akcji albo pomysłami wystrzeliwanymi spod kopuły. W kontynuacji Alicji jest zbyt wiele przestojów, scen, w których akcja hamuje ze względu na durną ekspozycję. Wtedy właśnie, podczas pauz, postacie plot ze sobą piąte przez dziesiąte, z czego da się wywnioskować m.in. pseudo intryga, w której ktoś próbował nawet mylić tropy - w Alicji, kurcze flaczek! Po co? Na co? Ten film tego nie potrzebował, tak jak świat nie potrzebował kontynuacji przygód dziewczyny, która lubiła sobie przypalić.

    PS: Podoba mi się ogólny pomysł na usystematyzowanie świata Alicji, który był dla mnie zbyt wielką abstrakcją, w której rzeczy działy się, bo się działy. Jeszcze bardziej po tym filmie doceniam dobrą robotę Burtona.

    4/10




    Smak curry
    (2013)

    Indyjski romans, w którym nie ma happy endu, a relację międzyludzkie są po prostu prawdziwe. Tak smakuje życie: oparte na prostych, powtarzalnych rzeczach i szczypcie nadziei na lepsze jutro, które wcale nie musi nadejść. Chylę czoła za tę powściągliwość i klasę.

    6/10





    Kucharz, złodziej, jego żona i jej kochanek
    (1989)

    Scena otwierająca - psy rozrywające kawałki mięsa, pomiędzy metalowymi belkami konstrukcji rusztowania. Wtem, dwóch mężczyzn rozpościera kurtynę, a oczom widza ukazuje się strefa dostaw restauracji Le Hollandais - siedziby bezwzględnego tyrana, gangstera Alberta Spica. Greenaway przez tę i kolejne sceny udowadnia, że na brawurowym połączeniu kina i teatru się nie skończy - to będzie sroga krytyka burżuazji, tej udawanej, buraczanej, na pokaz.
    A uzyskuje to dzięki sztuce, którą przenosi razem z deskami teatru na ekran, wprost przed widza. Już sama jazda kamery ustawia punkt widzenia na widowni w teatrze, zaś scenografia - kulisy wymieszane z wnętrzami studia, gdzie przenika się teatralna kuchnia (dosłownie) z prawdziwą scenografią. Natomiast takie smaczki jak np. partia chóralna wykonywana w tle, w jednej scenie przechodzi na pierwszy plan, przez ukazanie śpiewającego ją młodego chłopaka - pomocnika kuchennego dodają jedynie pikanterii temu wielkiemu przedstawieniu, do którego trwa próba generalna i któremu przypatruje się widz.
    A ileż w tym smaku, wyczucia barw i muzyki, nasycenia symboliką (jedzenie i akt spożywania jako: symbol upokorzenia, rozkładu burżuazji, a tym samym nieme, piękne tło dla wydarzeń ekranowych - aktów seksualnych, kłótni, napadów furii, w końcu finalne pożarcie upieczonego kochanka - powrót karmy, upokarzający finał tyrana, który myślał, że znając i jedząc wykwintne i ekskluzywne jedzenie sam stanie się elitarny). Jak przepięknie te barokowe wnętrza i suto zastawione stoły korespondują z podchodami, seksualnymi odlotami i napadami szału tytułowego Złodzieja. (Szczególnie zapamiętam scenę ucieczki do księgarni - azylu Michaela, który zabiera kochankę w miejsce, gdzie pseudo burżuj nie będzie miał wstępu ze względu na potęgę prawdziwej sztuki, prawdziwego piękna i elitaryzmu. Oczywiście Michael mylił się i zginął jedząc ukochane książki. Sam się zresztą prosił, zostając kochankiem szaleńca, który ma restaurację tylko po to, aby robić w niej codziennie burdel).
    Doceniam przede wszystkim za to, że Greenaway miał na tyle jaj, aby przenieść teatr do kina z całym bogactwem inwentarza, nie bał się przepychu, nie bał się splendoru i formalnej gry z widzem. Tym przedsięwzięciem pokazał środkowy palec wszystkim, którzy twierdzili, że to niemożliwe. Tak, między innymi tobie, Bergman i twoim aktorom siedzącym w jednym pokoju i bawiącym się w psychoanalizę. Zaś w gatunku food film Kucharz... robi o wiele lepszą robotę niż Wielkie żarcie, bo Peter nie bał się zaszaleć i w pełni wykorzystać możliwości samego jedzenia. W porównaniu z nim Ferreri zrobił zaledwie niedzielny obiad, podczas którego 4 facetów się obżarło i czasem bobekiwało. Greenaway wtarł w człowieka odchody, naszczał na niego, a potem kazał połykać stronice największych francuskich dzieł! A przy tym ani razu nie poprzestał na jednowymiarowym symbolizmie.
    Biorę się za kolejne filmy Petera, bo wyczuwam, że to mój gość, mój głos w kinie autorskim, który nareszcie nie jest niemy, skostniały i pozbawiony wdzięku.

    7/10




    Uczta Babette
    (1987)

    Przez żołądek do wrót serca, które powinno się otwierać pomimo bezsensu zakazów konserwatywnych.
    Już dawno  nie wiedziałem, co napisać o filmie po jego obejrzeniu. Prawdopodobnie zaważył o tym fakt, iż w gruncie rzeczy to bardzo prosta historyjka z morałem, która dla niepoznaki opakowana jest w wątki poboczne (losy sióstr). Całość wydaje się nieco zbyt rozbita na długi metraż, ponieważ efekt finalny i tak sprowadza się do ukazania świata przed i po wieczerzy, która rozwiązuje języki i sprawia, że dusza jest lekka.
    Jako że nie lubię bicia piany i lania wody powiem po prostu: wyśmienite zdjęcia pozwoliły mi uwierzyć, że duńskie wybrzeże to naprawdę wspaniałe miejsce do odnalezienia odpowiedzi na dręczące pytania i odpoczynku od wielkiego świata w swojskiej, prostej społeczności, która zamiast autobusu do Paryża ma łódkę.
    Niemniej film rzuca tak suchymi uniwersalizmami i to w takiej formie, że pozostaje przytaknąć i robić dalej swoje. Mądry, może i nawet odkrywczy, ale po seansie miałem nieodparte wrażenie, że nie wiem do końca po co ta uczta się odbyła.

    4/10




    Wojna o planetę małp
    (2017)

    Przede wszystkim jednak wewnętrzna wojna Cesara, który zapłacił najwyższą cenę za wzniecenie rebelii przeciwko światu - śmierć syna i żony. Matt Reeves kontynuuje serię bez zadęcia i wznoszenia się na wyżyny epickości. Wojna pozostaje w skromnym, wręcz kameralnym kluczu poprzedniczek. Zamiast doniosłych starć o przyszłość świata jest podróż do jądra ciemności, skutego lodem, na spotkanie z szalonym Pułkownikiem. Po drodze film wpada w koleiny anty westernu, kina drogi, które nie patyczkuje się ze swoimi bohaterami, a kończy w więzienno-militarnym środowisku, które straszliwie przypomina obozy koncentracyjne z historii minionej.
    W zamknięciu trylogii jak w prawdziwym życiu - wszystkim rządzi przypadek, zabłąkana kula, niezauważony patrol, fart. Pomimo tych przeciwności i charczącego oddechu martwego Koby koło ucha, Cesar przyjmuje na klatę rolę mesjasza (biczowanie, ukrzyżowanie - w tym filmie symbolika poszła mocno do przodu) i z dumą, ale też niesamowitą empatią brnie do przodu, aby zaprowadzić swój lud w miejsce zwane rajem.
    Odniesienia do klasyki filmowej, mesjanistyczny nastrój, miodne kino wojenne, podczas którego strzały padają rzadko, ale jak już się zacznie.... Emocje, które może i pompowane za pomocą tanich chwytów, działają i podkreślają, że w tym konflikcie nie ma zwycięzców i przegranych, mimo iż widz wyraźnie kibicuje innemu gatunkowi.
    Wielka trylogia, która odświeżyła archaiczną ramotkę sprzed pół wieku dobiegła końca. Krzywdy nikomu nie zrobiła i pozamiatała konkurencje jeśli chodzi o ambicje, efekty specjalne i serducho włożone w pracę.

    PS: Jeśli Reeves weźmie się w końcu za Batmana i Warner nie będzie mu patrzył na ręce - to może być wydarzenie na miarę Mrocznego Rycerza.

    8/10




    Julie i Julia
    (2009)

    Gotowanie jako nić łącząca bohaterki z innych epok oraz sposób na życie w ciężkich i dołujących czasach. Nienachalne użycie tragedii z 11 września 2001 roku, delikatny humor i scenariusz nienaganny technicznie (bardzo dużo można dowiedzieć się można z samych zachowań i poszczególnych scen niż z dialogów i ekspozycyjnego bicia piany). Motyw gotowania to raczej odhaczanie kolejnych przepisów aniżeli awangardowe zajęcie dla początkujących kucharek. Równie dobrze mogłyby szydełkować albo hodować koty - puenta pozostałaby taka sama. Za mało miłości do jedzenia, za mało większej roli żarcia w tym wszystkim, i przede wszystkim - za mało sensu. Po co w sumie było to gastronomiczne wyzwanie? Po to, aby wypróbować wszystkie przepisy i potwierdzić wielkość Child, budując asekurancko pomnik na jej własnym odlewie?

    5/10




    Powtórki



    Harry Angel  (1987)

    Jeśli istnieje kryminał, który mógłby wytrzymać porównanie z Seven to jest to właśnie Harry Angel. Film Alana Parkera to cuchnący, okultystyczny noir, w którym zmysłowe femme fatale pałają się czarną magią, a sam Szatan knuje i plącze całą intrygę.
    Po latach we znaki daje się podporządkowanie każdego filmowego elementu pod przewrotkę w finale. Sprawia to nieco, że wszystkie przypadkowe i niezwykle klimatyczne sceny są kolejnym trybikiem w diabelskiej machinie. Na przykład portret prowincjonalnej Luizjany, która wierzy w voodoo i kąpiele w krwi kurczaków jest jedynie pretekstem do umiejscowienia bohaterek na mapie obłędu. Brzmi to trochę jak psioczenie, ale miałem nieodparte wrażenie, że cały film dążył wręcz do finałowego zwrotu akcji i na nim skupił całą swoją uwagę, tak jakby cała historia została napisana od końca. Tyn bardziej wydają się niepotrzebne w tym filmie sceny takie jak spotkanie z dziwnym małżeństwem na plaży czy bójka krzesłami w kościele i ucieczka, a trupy jakby mnożyły się w zbyt dużej ilości i bez sensu. A boli to tym bardziej, że twist aż tak nie działa po raz drugi, intryga nie jest wystarczająco zespolona, zawiła i immersyjna, aby po raz drugi dać z taką samą siłą po mordzie.
    W każdym razie to nadal kawał przepięknie alegorycznego kina noir, w którym odkrywanie swojego prawdziwego ja, mimo iż wychodzi spontanicznie i nic o tym nie wskazuje, to kolejne kroczki w dół po siarkowych schodach. Szczególnie podobały mi się tu wszystkie sceny z lekko poruszającymi się wiatrakami, złowieszczy De Niro, który ZAWSZE czekał na Harry'ego Angela i scena kazirodczego seksu, w której krew kurczaków wraca. Do tego zmiętolony i pyskaty Rourke, cudowna gra detalem (Harry ma broń, ale jej nie używa brzydzi się jej, ale daje to też do myślenia, że potrafi z niej strzelać - kolejny element układanki z amnezją, to samo z zacieraniem śladów w domu denata - w którym filmie tak robią?) i jedna z najbardziej klimatycznych rzeczy jakie można zobaczyć w kinie - równoczesne wykorzystanie ulewnego deszczu i półmetrowych kałuż, pyłu drogowe i upalnego słońca w samo południe oraz delikatnie tańczących płatków śniegu i truchła w zasypanej śniegiem alejce. W powietrzu po kolejnych seansach wyczuwam wyższą ocenę. Prawdopodobnie do 9 nie wrócę, bo to była wina pierwszego seansu, ale takich kryminałów, z tak poprowadzonym wątkiem satanistycznym po prostu się już nie robi.

    7/10





    Avengers
    (2012)

    Po latach nie robi już takiego wrażenia (efekty się poważnie zestarzały) i jeszcze bardziej uwidaczniają się przyzwyczajenia Whedona do przelewania na skrypt, a potem na ekran komiksowych bzdur, które uwielbia. Większość dialogów i sekwencji to, owszem, mokry sen nerdów i fanów komiksów, ale jak to sterylnie brzmi (bez emocjonalnie recytowane riposty, nie dialogi), ile w tym ekspozycji (każdy każdemu, i przy okazji widzowi, tłumaczy jak ważnym kamyczkiem jest w tym uniwersum) i jak ten cały film jest banalny i powierzchowny. Pięć lat po premierze można śmiało stwierdzić - naparzają się i tylko fakt, że można zobaczyć tyle ikon świata komiksów na raz trzyma to do kupy.
    Dziury i bzdury nadal wypływają na pierwszy plan (berło Lokiego leżące przez pół filmu w zasięgu KAŻDEGO, Thanos kreowany na "tańczącego ze śmiercią", ostatecznie będzie wielkim szefem, który uznaje Ziemię za wyzwanie, a nie możliwość zaoferowania się Śmierci, Banner - raz denerwuje się z byle powodu, raz panuje nad Hulkiem dzięki medytacji) i nawet wartka akcja i wielka bitwa w NY nie potrafią tego ukryć czy odwrócić od faktu uwagi.
    I jakieś takie to trochę bezjajeczne, te naparzanie się Kapitana Napleta oraz Wdowy i Hawkeya na Ziemi, ta nagła i heroiczna przemiana Starka czy "genialny" plan Lokiego. W porównaniu do kolejnych faz, Avengersi spadają o wiele oczek w dół w rankingu filmów z MCU i po prostu się starzeją. A takie sceny jak kłótnia i pojedynek w lesie czy rozmowa z "gabinetem cieni" to kilka dekad pisania scenariuszy w plecy, ba, to nawet wygląd obleśnie komputerowo!
    Ale, ale! Nadal fajnie się naparzają i nareszcie bohaterowie TAKIEGO kalibru mogli się spotkać!

    8/10




    Iron Man 3
    (2013)

    Skandal! Po kolejnej powtórce ocena spada o kolejne oczko! To nadal bardzo świadoma szpila wbita za pomocą groteskowego terrorysty wbita Zachodowi oraz zabawa perłą Marvela w ramach kumpelskiej komedii i schematu "odebrali mi zabawki, ale nie genialny umysł i umiejętności!", w której nawet ikoniczny Mandaryn potraktowany został jak żart. Masa humoru w punkt, który po wielu seansach okazuje się bardzo agresywny i wszędobylski, od groma fajnie zainscenizowanych akcji - filmiki Mandaryna, a na drugim biegunie absurdalny finał w porcie.
    Film pełen sprzeczności, w którym jest dużo fajnej zabawy, jednak dopiero teraz dostrzegam, że jednak Black został dociśnięty butem w kwestiach scenariuszowych, zwłaszcza w finale, w którym zły Hollywood pożera cały seans. Przez to nie mógł za bardzo zaszaleć, ale z jego filmografii pamiętam, że poza pewien poziom ekstrawaganckich rozwiązań nie wychodzi. No i jakoś specjalnie nie traktuje się poważnie tej odsłony serii, Mandaryna zrehabilitowano dla fanów krótkometrażówką, a w Avengers 2 Tony powrócił jako Iron bez zająknięcia. Taki niezobowiązujący jednostrzałowiec, aby druga faza jakoś tam dobrnęła do ponownego spotkania Avengersów. Po latach wydaje się nie tylko zbędny, ale przede wszystkim mało satysfakcjonujący jako czysta rozrywka. Jezu, do teraz śni mi się Killian i jego wdeptane w ziemię ego, po tym jak Stark kazał mu czekać na dachu. Chyba usadowię go obok Ronana i Malekitha w rankingu złych MCU.

    6/10
     



  • Zobacz całego bloga

recenzje (40)

Ranking recenzentów:
miejsce 23 opublikował(a) 2 recenzji
w ostatnich 90 dniach (39%)

Zapijaczony i styrany życiem Max doszedł do wniosku, że normalne życie to nie jego życie. Z chęcią dokonałby żywota w jednym z obskurnych barów w Nowy ... więcej

wszystkie recenzje

najwyżej oceniane

  • { t:1493510319 ,eId:631979 ,uId:1456248 ,r:10 ,f: 1 ,c:'Hollywoodzkie standardy,autorski sznyt,polskie realia,śmietanka aktorska. Działa jak na premierze-depresja gwarantowana. Wstrząsnął mną, bo widziałem ten świat.' ,d:{ y:2017 ,m:4 ,d:30 } ,lc:14 ,cc:3 , lu: [ 1061474 , 1304729 , 1924710 , 2432730 , 3489565 , 3022963 , 2968575 , 2768028 , 503964 , 2697771 , 3248992 , 1196339 , 2640182 , 3736977 ] , a: 0 }
  • { t:1487286194 ,eId:500891 ,uId:1456248 ,r:10 ,c:'"Powróćmy, aby znów być młodzi!". Surrealizm został uporządkowany. Spektakularnie, z masą emocji, z klasą. Nolan wie jak robić blockbustery.' ,d:{ y:2016 ,m:9 ,d:2 } ,lc:25 ,cc:36 , lu: [ 2728817 , 3305620 , 3248992 , 2968575 , 2758380 , 1282056 , 2366419 , 658170 , 3489565 , 3022963 , 1400524 , 2215891 , 2795741 , 1358046 , 2741608 , 1770179 , 2092566 , 3718399 , 3793880 , 3600093 , 1231194 , 975365 , 3736977 , 1057002 , 1385591 ] , a: 0 }
  • { t:1468068712 ,eId:156466 ,uId:1456248 ,r:10 ,f: 1 ,c:'Ma jeden minus:ciężko skupić się równocześnie na niesamowicie plastycznej animacji i genialnie napisanej historii. Chciałbym nakręcić kiedyś właśnie taki film' ,d:{ y:2016 ,m:7 ,d:9 } ,lc:16 ,cc:7 , lu: [ 2570957 , 2538292 , 3010870 , 1440863 , 2758380 , 1240833 , 2366419 , 3305620 , 3248992 , 3279737 , 3718399 , 2032117 , 3736977 , 2968575 , 3293949 , 3805013 ] , a: 0 }
  • { t:1487286321 ,eId:236351 ,uId:1456248 ,r:10 ,f: 1 ,c:'Babole scenariusza zmyślnie zamaskowane. To nie jest superbohater, to milczący strażnik, Mroczny Rycerz. Marvel nigdy taki nie będzie.' ,d:{ y:2016 ,m:2 ,d:29 } ,lc:39 ,cc:5 , lu: [ 2545749 , 1770179 , 2519557 , 2538292 , 2276088 , 2877311 , 2758380 , 3489565 , 1240833 , 942511 , 2968575 , 1654583 , 2583391 , 3305620 , 503964 , 2615696 , 2495447 , 1282056 , 2675745 , 3022963 , 2371236 , 2179080 , 2615140 , 2195456 , 2146162 , 1954489 , 1044636 , 1924710 , 2553650 , 2795741 , 2728817 , 2073211 , 1400524 , 977823 , 3736977 , 2074228 , 2640182 , 1710024 , 1385591 ] , a: 0 }
  • { t:1454456325 ,eId:11841 ,uId:1456248 ,r:10 ,f: 1 ,c:'Epickie zakończenie jednej z najlepszych trylogii w historii kina. Kino rozrywkowe na nieosiągalnym dla wielu poziomie i fantasy ostateczne' ,d:{ y:2016 ,m:2 ,d:3 } ,lc:24 , lu: [ 2758380 , 1924710 , 2519557 , 1240833 , 2187398 , 1136669 , 309357 , 2073211 , 658170 , 942511 , 2583391 , 3305620 , 2741608 , 2795741 , 1954489 , 1770179 , 1944572 , 2092566 , 3736977 , 2032117 , 3508367 , 2903212 , 3805013 , 2003341 ] , a: 0 }
  • { t:1454363776 ,eId:31451 ,uId:1456248 ,r:10 ,f: 1 ,c:'Przygoda ustępuje nieco miejsca polityce i epickim bitwom, jednak film nadal potrafi sobie poradzić z podniosłością, dojrzałością i mnogą ilością wątków' ,d:{ y:2016 ,m:2 ,d:1 } ,lc:20 , lu: [ 2758380 , 1924710 , 2519557 , 2615696 , 1240833 , 2187398 , 658170 , 309357 , 2583391 , 1770179 , 1283476 , 2741608 , 2795741 , 1954489 , 2092566 , 3736977 , 2032117 , 3508367 , 2903212 , 3805013 ] , a: 0 }
  • { t:1454489969 ,eId:1065 ,uId:1456248 ,r:10 ,f: 1 ,c:'Postarzał się, ale to nadal najlepsze fantasy i kino drogi jakie kiedykolwiek powstało.Ta część najbardziej podkreśla przygodowy charakter serii.' ,d:{ y:2016 ,m:2 ,d:1 } ,lc:26 ,cc:4 , lu: [ 1358046 , 1116336 , 2758380 , 3022963 , 1240833 , 2741608 , 1402159 , 2918061 , 2371236 , 2187398 , 309357 , 658170 , 2519557 , 2583391 , 3305620 , 2795741 , 1954489 , 3489565 , 2032117 , 2092566 , 2903212 , 3600093 , 3736977 , 3508367 , 1686213 , 3805013 ] , a: 0 }
  • { t:1436567560 ,eId:682170 ,uId:1456248 ,r:10 ,f: 1 ,c:'Niesamowicie kreatywny i mądry. Posiada wszystko, czego oczekuję w animacjach. Czekam na sequel, najlepiej w 3 godzinnej wersji' ,d:{ y:2015 ,m:7 ,d:11 } ,lc:35 ,cc:22 , lu: [ 112591 , 2918061 , 1674467 , 2056883 , 2371236 , 429916 , 1259328 , 1984189 , 2354106 , 1143979 , 2690959 , 1440863 , 2760820 , 2900622 , 1355113 , 2758380 , 2697742 , 2741608 , 1240833 , 2495447 , 2538292 , 2187398 , 2968575 , 3010870 , 2021259 , 2545749 , 2274609 , 3248992 , 1044636 , 2490936 , 1400524 , 2185960 , 3718399 , 2146162 , 3736977 ] , a: 0 }

ostatnio oglądane

  • Stygmaty
    • 1999
    • Stigmata
    { t:1511080633 ,eId:9787 ,uId:1456248 ,r:6 ,c:'Neo i Deckard spotykają się w kościele. Apokryficzna przypowieść o kryzysie wiary i prawdziwej idei Kościoła, która,no, jednak zalatuje tanią sensacją.' ,d:{ y:2017 ,m:11 ,d:19 } ,lc:1 , lu: [ 2073211 ] , a: 0 }
  • Thor: Ragnarok
    • 2017
    • Thor: Ragnarok
    { t:1510855373 ,eId:707970 ,uId:1456248 ,r:7 ,c:'Taika w przeciwieństwie do Whedonów i innych wie o co caman z komiksami. Za łatwo pogrywa sobie ważnymi postaciami i całym uniwersum.' ,d:{ y:2017 ,m:11 ,d:16 } ,lc:3 , lu: [ 2968575 , 3424237 , 3793880 ] , a: 0 }
  • Tajemnica Filomeny
    • 2013
    • Philomena
    { t:1511007868 ,eId:668214 ,uId:1456248 ,r:5 ,c:'Filomena - kobieta z innej epoki,wychowana w duchu konserwatyzmu.Wybacza, bo tak ją nauczono, nie dlatego, że chce. I znowu zabójcza puenta -Kościół jest zły' ,d:{ y:2017 ,m:11 ,d:12 } ,lc:1 ,cc:3 , lu: [ 1655387 ] , a: 0 }
  • { t:1510090444 ,eId:8712 ,uId:1456248 ,r:6 ,c:'Miłość w zawieruszy kolonialnej,tam gdzie stykają się światy,a ludzie wyciągają łapska po Matkę Naturę.Oczywiście odpowiednio przekonwertowane dla najmłodszych.' ,d:{ y:2017 ,m:11 ,d:6 } ,lc:1 , lu: [ 2741608 ] , a: 0 }
  • Avengers: Czas Ultrona
    • 2015
    • Avengers: Age of Ultron
    { t:1509898419 ,eId:637247 ,uId:1456248 ,r:7 ,c:'Whedon nie umie. Festiwal suchych gagów, chaotycznej akcji i durnot komiksowych. Jakiś tam fun z seansu jest, ale to poziom kreskówek sprzed dekady' ,d:{ y:2017 ,m:11 ,d:5 } ,lc:10 ,cc:12 , lu: [ 1400524 , 2758380 , 1044636 , 1604758 , 1770179 , 3736977 , 2536379 , 1710024 , 2567022 , 2741608 ] , a: 0 }
  • Wilk
    • 1994
    • Wolf
    { t:1510441335 ,eId:1023 ,uId:1456248 ,r:5 ,c:'Zbyt szybka przemiana. Nicholson znowu manierycznie znudzony i równocześnie wkurzony. Dość kwadratowy horror, jednak czuć w nim miłość do klasyki gatunku' ,d:{ y:2017 ,m:11 ,d:1 } ,lc:1 ,cc:3 , lu: [ 3736977 ] , a: 0 }
  • Dom w głębi lasu
    • 2012
    • The Cabin in the Woods
    { t:1509523298 ,eId:487684 ,uId:1456248 ,r:6 ,c:'Korpo kulisy straszenia. Błyskotliwy pastisz z idealnie zarysowaną granicą między humorem a strachem. Przedwiecznych mogli sobie darować.' ,d:{ y:2017 ,m:10 ,d:31 } ,lc:7 , lu: [ 1681862 , 1311281 , 2538292 , 1013895 , 2185960 , 1352609 , 1655387 ] , a: 0 }
  • Kong: Wyspa Czaszki
    • 2017
    • Kong: Skull Island
    { t:1509530437 ,eId:719066 ,uId:1456248 ,r:7 ,f: 1 ,c:'Twórcy w przeciwieństwie do Edwardsa wiedzą, że tytuł do czegoś zobowiązuje. Jeden z niewielu blockbusterów ostatniej dekady, który ma swoją tożsamość' ,d:{ y:2017 ,m:10 ,d:29 } ,lc:7 ,cc:1 , lu: [ 468773 , 3305620 , 2741608 , 1655387 , 3736977 , 414741 , 1231194 ] , a: 0 }
zobacz więcej

gry

  • { t:1509892053 ,eId:747715 ,uId:1456248 ,r:0 ,c:'No tak średnio widzi mi się ganianie za częściami do wozu' ,d:{ y:2017 ,m:11 ,d:5 } , a: 0 }
  • Dying Light
    • 2015
    • Dying Light
    { t:1508615763 ,eId:685670 ,uId:1456248 ,r:7 ,f: 1 ,c:'Świetna fizyka, system parkour i Harran-turystyczne miasteczko po sezonie turystycznym, za to w sezonie zombie.No, ale fabułę to już dorobili na końcu. Polska!' ,d:{ y:2017 ,m:8 ,d:25 } ,lc:2 ,cc:6 , lu: [ 414741 , 1062183 ] , a: 0 }
  • Crysis
    • 2007
    { t:1503645168 ,eId:608586 ,uId:1456248 ,r:2 ,c:'Poczułem się jakbym odpalił pierwszego Far Cry. Cóż ze swobody, skoro ten papierowy świat jest tak tragiczny. A te drzewa, ważące tyle co powietrze...' ,d:{ y:2017 ,m:8 ,d:24 } ,cc:6 , a: 0 }
  • { t:1503569799 ,eId:611395 ,uId:1456248 ,r:7 ,c:'Max stał się bohaterem kina akcji pełną gębą. Klimat może nie gorszy, ale na pewno inny. Czuć jednak, że koniunktura nieco zjadła serię.' ,d:{ y:2017 ,m:8 ,d:17 } ,cc:2 , a: 0 }
zobacz więcej
katedra Online
Na filmwebie od:
14 sierpnia 2010
Boże, użycz mi po­gody ducha, abym godził się z tym, cze­go nie mogę zmienić, od­wa­gi, abym zmieniał to, co mogę zmienić, i szczęścia, aby mi się jed­no z dru­gim nie po­piep­rzyło