Filmweb sp. z o.o.
http://www.filmweb.pl/article/Bo+z+%22Dziewczynami%22...-94626
Jakub Popielecki
Rocznik '85, absolwent filmoznawstwa UAM. Dziennikarz portalu Filmweb. Publikował m.in. w portalach Dwutygodnik.com, E-Splot.pl i Esensja.pl oraz w "Take Me", "Images" i "Pro Arte". Współorganizował trzy edycje Festiwalu Polskich Filmów Krótkometrażowych Short Waves. Pisuje nie tylko o filmie, ale również o komiksie.

Bo z "Dziewczynami"...

  • Filmweb
  • Artykuł
"Dziewczyny" obnażają grozę ukrytą za hipsterską pozą obecnego zblazowanego pokolenia. W dobie Internetu wreszcie można powiedzieć, że wszystko już było. Nawet więcej – nie tylko było, ale wciąż jest. Istnieje w ciągłym teraz, na wyciągnięcie ręki, oddzielone zaledwie jednym kliknięciem. I ta świadomość jest onieśmielająca. Każdy jest gwiazdą własnego bloga czy facebookowego profilu, każdy może się wypowiedzieć, co boleśnie uświadamia wszystkim aspirującym do wielkości delikwentom ich pospolitość.



"Dziewczyny"
regularnie pokazują, że dostanie tego, o czym się marzy, nie zawsze jest najlepszą opcją. Sukces Leny Dunham – scenarzystki, reżyserki i gwiazdy serialu – wybuchł jej w twarz, tak jak sukcesy wykreowanych przez nią bohaterek. Metacritic wskazuje, że dwa dotychczasowe sezony serialu zebrały ponad 80% pozytywnych recenzji, co kwalifikuje się jako "powszechne uznanie". Jednocześnie ruszyła w Internecie fala krytyki, spora część której ogniskuje się wokół osoby Dunham, między innymi jej fizyczności (w Internecie nie ma zmiłuj). Czy "Dziewczyny" padły ofiarą nadgorliwej promocji, rzucającej na dzień dobry hasła o "nowym "Seksie w wielkim mieście" oraz "głosie pokolenia", które podkręciły oczekiwania do poziomu "nierealne"? Co czyni z "Dziewczyn" jeden z najbardziej docenionych (przez niektórych) i zarazem najbardziej wkurzających (dla niektórych) seriali ostatniego czasu?

Za słodko, za gorzko

Todd VanDerWerff z portalu A.V. Club zauważył, że "Dziewczyny" nie mieszczą się w obowiązującej obecnie definicji "dobrego serialu". Dziennikarz zasugerował, że efekt pracy Leny Dunham wpada dokładnie w szczelinę między dwoma aktualnymi modelami optymalnej telewizyjnej rozrywki. Stąd też bierze się jego zdaniem poczucie dezorientacji wśród widzów. Co to za modele? Z jednej strony żonglujący popkulturowymi cytatami sitcom (patrz: "Bogaci bankruci"), z drugiej – serial dramatyczny zgłębiający mroczne zakamarki ludzkiego doświadczenia z obowiązkowym złym chłopcem w roli głównego bohatera (czytaj: "Rodzina Soprano"). Rzeczywiście, im dalej zabrnąć w kolejne sezony "Dziewczyn", tym lepiej widać, że przypięta serii łatka komedii jest nie do końca adekwatna. Format półgodzinnych odcinków mylnie sugeruje jednoznacznie humorystyczny program. Ale to też nie pełnokrwisty dramat.

Clipboard01.jpg


Żeby nie było – okazji do śmiechu jest w "Dziewczynach" mnóstwo. Nieprzypadkowo jednym z producentów wykonawczych serialu jest Judd Apatow. Wrażliwość Dunham leży niedaleko apatowowskiej komedii niezręcznych pomyłek, chociaż jej wizja jest bardziej posępna. Tę chmurność widać też w zestawieniu z utrzymanym w podobnym do "Dziewczyn" duchu filmem Noaha Baumbacha "Frances Ha". Oglądamy w nim bardzo podobnych bohaterów na bardzo podobnych życiowych zakrętach. Akcja też rozgrywa się w Nowym Jorku; występuje tam nawet Adam Driver. Dzieło Baumbacha pozostawia jednak ciepłe, sympatyczne wrażenie. Tymczasem "Dziewczynom" zdarzyło się zaserwować jedne z najnieprzyjemniejszych 30 minut w historii telewizji. Zobaczcie przedostatni odcinek drugiego sezonu: od prawie-gwałtu przez kompromitujące publiczne wykonanie piosenki po wbijanie sobie patyczków kosmetycznych w małżowinę uszną – takie atrakcje serwują nam twórcy. To dlatego serial może skutecznie odstraszać tych, których zwabiła nadzieja dobrej zabawy.

Widzom liczącym na realistyczny portret dzisiejszych dwudziestoparolatków będzie pewnie z kolei przeszkadzać komiczne przerysowanie postaci. Ponurej tragifarsie "Dziewczyn" bliżej jest bowiem do "Kobiety na skraju dojrzałości" Jasona Reitmana niż do filmów Apatowa czy Baumbacha. Kwieciste, "młodzieżowe" dialogi Dunham pobrzmiewają przecież echem "Juno-mowy" – znaku rozpoznawczego scenariuszów Diablo Cody. Hannah, podobnie jak tytułowa "kobieta", Mavis Gary (Charlize Theron), zajmuje się pisaniem i cierpi na zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne. A odcinki, w których Hannah i Jessa odwiedzają "stare śmiecie", rymują się ładnie z podjętą przez Davis beznadziejną próbą powrotu do przeszłości. Dunham, podobnie jak Cody, potrafi wykreować na papierze pełnokrwiste postacie, oscylujące między psychologicznym prawdopodobieństwem a komiczną przesadą.  

Bo to złe dziewczyny były

"Dziewczyny" to bowiem przede wszystkim wyborne studium charakterów. Scenariopisarski talent Dunham idealnie sprawdza się w planowaniu długoterminowej trajektorii losów jej postaci. Cztery główne bohaterki wydają się nam tak autentyczne, bo mamy czas oswoić się z ich osobowościami. Co więcej, Dunham przeprowadza charakterologiczne wolty nie poprzez cudowne przemiany i deus ex machina, a za pomocą delikatnej kalibracji perspektywy. Brawura tego zabiegu polega na tym, że przeprowadzany jest on na przekór widzowi. Ujawnia bowiem, jak bardzo przywiązujemy się do punktów widzenia konkretnych postaci. Dunham raz po raz wybija swoich odbiorców z tej wygodnej nieświadomości. Wystarczy spojrzeć, jak z czasem zmienia się nasze postrzeganie postaci Adama. W ciągu pierwszego sezonu z odpychającego aroganta przeistacza się on we wrażliwego, zranionego chłopaka. To jednak nie tyle "zmiana", co spojrzenie nowym okiem, spoza perspektywy Hanny. Na tym jednak nie koniec: w następnym sezonie Adam trafia do nowego towarzystwa i zaczyna ujawniać dalsze odcienie osobowości. Z ofiary nagle sam staje się agresorem. 



Dunham nie szczędzi swoim bohaterom przywar. Nieraz pokazuje ich w najgorszym świetle: widzimy Adama poniżającego Natalię, Hannę kradnącą pieniądze rodziców, Marnie zrywającą z Charliem w trakcie uprawiania seksu. Każdy w którymś momencie się kompromituje, każdy popełnia błędy. Na dodatek wszyscy epatują brakiem ambicji, dyscypliny i zaradności. To kolejny aspekt serii, który spotyka się z dezaprobatą części widzów: brak tu postaci "do polubienia". Ale choć bohaterowie są budowani wokół wyolbrzymionych wad (sztywność Marnie, egoizm Hanny, lekkomyślność Jessy, naiwność Shoshanny), nie zostają sprowadzeni do jednowymiarowych karykatur. Dlatego Adam może być zarówno dziwakiem z wytrenowaną na pornografii wyobraźnią seksualną, jak i przybywającym z "odsieczą w ostatniej chwili" romantycznym herosem. Autorka uwielbia taką ambiwalencję; nie ocenia bohaterów, zostawiając to widzom. Wystarczy spojrzeć na finałowe odcinki obu sezonów – każde szczęśliwe rozstrzygnięcie kryje w sobie potencjał katastrofy. Pozornie spełnione romantyczne konwencje wywracają się do góry nogami. Uświadamiamy sobie bowiem, że upragnione związki niekoniecznie muszą być dobre dla postaci. Miłość między dwojgiem ludzi polega tu nieraz na zakochiwaniu się nawzajem w swoich własnych dysfunkcjach. I wzmacnianiu tych wad, ku obopólnemu nieszczęściu partnerów.

Lena i Hanna w jednym domu stały

Najbardziej bezlitosna jest jednak Dunham wobec siebie samej. To stąd między innymi biorą się porównania do Woody'ego Allena – on przecież również ogrywa na ekranie prywatne traumy i neurozy. Ale Dunham jest dużo bardziej okrutna. Allen zawsze dba o to, by wypaść na inteligentnego – na przykład wkłada sobie w usta najlepsze kwestie. U Dunham natomiast nie ma takiej asekuracji. Autorka obnaża przede wszystkim wszelkie niedoskonałości swojego ciała: raz za razem oglądamy w "Dziewczynach" nagą Hannę Horvath w jakiejś niekorzystnej pozie. Jest w tym charakterystyczna mieszanina samobiczowania i chęci bycia oglądanym, narcystycznego ekshibicjonizmu. Nie czując się pewnie w swojej skórze, Dunham jest zarazem pewna jej ekranowej siły komicznej. Ale w większości scen, w których aktorka jest rozebrana, jej kształty są jedynie środkiem do celu, a nie puentą. Zazwyczaj to nie ona zostaje wyśmiana (a na przykład Adam, gdy spontanicznie… oddaje na nią mocz). Co więcej, choć autorka krytykuje ustami Hanny własne ciało ("fat-lady angel"), Hanna wciąż słyszy pod swoim adresem komplementy. Złośliwi mogliby zwrócić uwagę, że Dunham pisze scenariusze tak, by wciąż ktoś mówił jej, jaka jest piękna. Zdecydowanie zbyt często ci złośliwi ulegają jednak pokusie stawiania znaku równości między Leną a Hanną.



Cóż, przy grze w autobiografizm zawsze pojawia się ryzyko zatarcia granicy między twórcą a jego kreacją. To prawda, że Dunham eksploruje swoje osobiste słabości: niedoskonałość ciała, psychiczne zaburzenia, skłonność do chowania się za potokiem słów, egoizm, nieporadność życiową. Trzeba jednak zaznaczyć, że sama osiągnęła dużo więcej niż jej serialowe alter ego. Hanna dopiero stawia pierwsze profesjonalne kroki pisarskie, Lena natomiast – w wieku 26 lat – ma na koncie kilka filmów, scenariuszy, ról. No i jest autorką oraz gwiazdą cenionego serialu stacji HBO, który został przedłużony już na trzeci sezon.

Ale i to bywa obracane przeciwko niej. Wielokrotnie wytykano już "Dziewczynom", że sprawiają wrażenie fantazji o "prawdziwym życiu" uprawianej przez cztery białe, uprzywilejowane dziewczyny, córeczki znanych rodziców. Matką Dunham jest artystka i fotografka Laurie Simmons. Allison Williams (serialowa Marnie) to dziecko dziennikarza NBC Briana Williamsa. Ojcem Jemimy Kirke (Jessa) jest Simon Kirke, były perkusista zespołów Bad Company i Free. Zosia Mamet (Shoshanna) to z kolei córka reżysera i dramatopisarza Davida Mameta oraz aktorki Lindsay Crouse. Cóż, jeśli faktycznie mają być one głosem pokolenia, takie koligacje z pewnością im nie zaszkodzą. Świadomość konieczności sprostania wyśrubowanym oczekiwaniom otoczenia przy jednoczesnym braku pomysłów, jak to zrobić, wydaje się jednym z wiodących problemów współczesnych młodych. A z takimi rodzicami presja może być tylko większa.

Pokolenie Hanny Horvath


"Dziewczyny" obnażają bowiem grozę ukrytą za hipsterską pozą obecnego zblazowanego pokolenia. W dobie Internetu wreszcie można powiedzieć, że wszystko już było. Nawet więcej – nie tylko było, ale wciąż jest. Istnieje w ciągłym teraz, na wyciągnięcie ręki, oddzielone zaledwie jednym kliknięciem. I ta świadomość jest onieśmielająca. Każdy jest gwiazdą własnego bloga czy facebookowego profilu, każdy może się wypowiedzieć, co boleśnie uświadamia wszystkim aspirującym do wielkości delikwentom ich pospolitość. Nie sposób już czuć się wyjątkowym – choćby we własnych oczach – bo masa podobnych do ciebie osób przestała być anonimowa. I tak wegetują sobie zastępy uwięzionych w relatywizmach dwudziestolatków, zakochanych w sobie i zarazem cierpiących na zaniżoną samoocenę. Wypisz, wymaluj jak Hannah Horvath.



W tym sensie Dunham faktycznie jest głosem pokolenia. Pokolenia, którego wyróżnikiem jest krępująca samoświadomość. Hanna, gdy tylko wyczuje cień odrzucenia, natychmiast przełącza się w tryb ataku. Podobnie Dunham – rusza do boju, niszcząc po drodze wszystko, nawet siebie samą. Problem leży w jej pokoleniowych rówieśnikach, którzy zasiedli przed telewizorami, by zobaczyć się na ekranie. Zazwyczaj pielęgnują oni w sobie – niczym Hanna – nierealistyczne oczekiwania wobec rzeczywistości. A także do serialu "Dziewczyny". Że będzie niesamowicie zabawny. Że będzie niesamowicie prawdziwy. Że będzie głosem pokolenia. Że będzie nowym "Seksem w wielkim mieście". I czym tam jeszcze. Może nie jest tym wszystkim na raz. Ale i tak jest świetny.
 

zobacz też:

o