Filmweb sp. z o.o.
http://www.filmweb.pl/article/Dziadek+Samo+Z%C5%82o-103858
Michał Oleszczyk
(ur. 1982) - krytyk filmowy i tłumacz; wykładowca na wydziale "Artes Liberales" Uniwersytety Warszawskiego, dyrektor artystyczny Festiwalu Filmowego w Gdyni.

Dziadek Samo Zło

  • Filmweb
  • Felieton
Oczywiście, że Jared Leto był cudowny jako przegięty transwestyta Rayon w "Witaj w klubie", ale konkurencję miał o tyle ułatwioną, że najlepszy aktor drugoplanowy minionego sezonu nie pojawił się na liście nominowanych. Jackson Nicoll – dziesięcioletni wyga z pokaźną filmografią – dał wspaniały popis aktorskiego luzu i refleksu w filmie, którego nieobecność na polskich ekranach jest naszą wspólną krzywdą, a mianowicie w "Bezwstydnym dziadku" Jeffa Tremaine'a.

Pod koniec tego filmu Nicoll dostaje scenę w kobiecym dragu, jakiej nie powstydziłaby się sama Divine, a tym bardziej Leto: chłopiec zostaje namówiony do udziału w konkursie piękności jako wypacykowana blond laleczka, a układ choreograficzny wymyślony dlań przez tytułowego dziadka jest jeszcze bardziej wyzywający niż ten odtańczony niegdyś przez Abigail Breslin w "Małej Miss". Moment, w którym Nicoll jednym gestem zrywa marynarskie wdzianko i zaczyna dziki taniec go-go wokół słupa (w rytm napalonego "Cherry Pie" grupy Warrant) jest komediowym arcydziełem – najzabawniejszą sceną, jaką dane mi było oglądać w roku 2014, a zarazem popisem pracy kamery i montażu: ta perełka powstała bez dubli.

photo.title

Powtórek być nie mogło, bo i profesjonalnych aktorów w zbiorowej przecież scenie było zaledwie kilku. Cała reszta – tłum matek, tatusiów, menedżerów i ich wypindrzonych podopiecznych – nie miała pojęcia, że występuje w filmie. Jeśli dodamy, że w roli zbereźnego dziadka imieniem Irving Zisman wystąpił nie kto inny jak Johnny Knoxville (zmieniony nie do poznania dzięki nominowanej do Oscara charakteryzacji), wszystko staje się jasne: gwiazdor "Jackassa" jest obecnie królem tzw. prank humor, czyli humoru opartego na płataniu figli nieświadomym obecności kamery pechowcom.

Ten typ komedii jest obecny w amerykańskiej kulturze od bardzo dawna, a do kina przeniósł go Allen Funt: pionier gatunku, płatający żarty jeszcze w złotych czasach radia "ukrytym mikrofonem", a od 1948 roku zabawiający publiczność telewizyjną formułą "ukrytej kamery". Film kinowy zrealizowany przez Funta w 1970 roku – wymownie zatytułowany "What Do You Say to a Naked Lady?" – dozwolony był od lat osiemnastu, a żarty w nim zawarte naruszały rozmaite społeczne tabu. Po tym, jak Lars von Trier zrealizował arthousową wariację na temat prank filmu w postaci "Idiotów", a brytyjskie "Biuro" rozkręciło na dobre trend komedii mockumentalnej, z fikcyjnymi postaciami świadomymi obecności ekipy realizacyjnej, przyszła pora na nowy etap, który można określić jako prank-vérité. Oto wymyślone postaci wchodzą w realny świat i żyją własnym życiem. Sacha Baron Cohen wyszlifował tę strategię w "Boracie" i "Brünonie", ale to Knoxville i Tremaine stworzyli za jej pomocą arcydzieło, czyli właśnie "Dziadka…".

photo.title

Fabuła, wokół której budowane są kolejne pranks, opiera się na schemacie kina drogi: oto świeżo owdowiały stary zbereźnik Zisman musi odstawić swego wnuka z Ohio do Północnej Karoliny, gdzie czeka nań nieodpowiedzialny ojciec chłopca. Porzucony przez matkę malec i Zisman – pierwszy w sportowej bluzie, drugi dumnie obnoszący sweterek w serek i spodnie zapinane równie wysoko, co te noszone przez Joaquina Phoenixa w "Niej", także wyprodukowanej przez Spike'a Jonze'a – przemierzają kolejne mile samochodem, a starzec co rusz urywa się, by zasmakować przyjemności życia. Polowanie na dziewczyny się nie udaje, ale i tak Zisman zalicza salon bingo i klub ze striptizem, a w końcu próbuje nawet  wysłać chłopca paczką do Raleigh (na co właścicielki firmy kurierskiej nieomal się zgadzają). Źródłem humoru jest w tym filmie przede wszystkim starcza chuć, barokowo niewyparzona gęba świntuszącego Craiga ("Kapusty już nie posiekam, ale surówkę ci zamieszam, że hej"), a także jego totalny brak społecznych hamulców. Scena, w której Zisman dołącza się do męskich striptizerów i zaczyna wywijać na parkiecie dyndającym do kostek workiem mosznowym, jest genialnym naruszeniem standardów męskiego piękna, do którego seniorzy nie mają oficjalnie wstępu. Takich momentów jest tu więcej, a oglądany przy pełnej widowni film wywołuje spazmatyczny śmiech (w pojedynkę ogląda się go nieco inaczej, zwracając przede wszystkim uwagę na społeczne tło akcji).

Przez całą podróż mały Billy zastanawia się, dlaczego nie jest chciany przez swych rodziców. Jakby w odpowiedzi na tę potrzebę akceptacji wybryki dziadka cementują relację małego ze starcem (w której to Billy wykazuje o wiele mniejszą skłonność do wybryków niż dziadek). Pod koniec filmu, kiedy Craig przekazuje Billy'ego jego ojcu (genialny w roli obleśnego rednecka Greg Harris), następuje emocjonalna kulminacja całości: obecni w scenie (nieświadomi obecności kamer) członkowie motocyklowego klubu "Strażnicy dzieci" biorą wyrodnego ojca za fraki i prawie spuszczają mu lanie – siłą uświadamiają mu, że "ten chłopak to więcej niż kasa", którą Chuck miał nadzieję wyłudzić od opieki społecznej. Cała scena, naładowana autentycznym suspensem i zarazem głęboko poruszająca, ma siłę finału "Brzdąca" Chaplina i stanowi tematyczne ukoronowanie filmu: oto dane jest nam obserwować dojrzałe społeczeństwo obywatelskie w działaniu.

photo.title   photo.title   photo.title

Nowatorstwo "Dziadka…" wobec filmów takich jak "Borat" polega bowiem nie tylko na tym, że każdy kolejny żart służy pogłębieniu psychologicznej relacji między bohaterami (co owocuje prawdziwą fuzją dokumentu i fikcji), ale przede wszystkim na konstruktywności zawartej w filmie satyry, która bynajmniej nie ustawia widza w pozycji wyższości wobec mieszkańców amerykańskiej prowincji (co czyniła ostatnio zbliżona tematycznie "Nebraska"). Nawet jeśli Tremaine wskazuje na purytańskie śmiesznostki tzw. Midwestu, to trudno nie zauważyć, że w trakcie całej swej podróży Craig i Billy spotykają się przede wszystkim z życzliwością, dobrym humorem i gotowością do niesienia pomocy – w materiałach dodatkowych na płycie Blu-ray znaleźć można nawet bezcenny fragment, w którym zdziwiony Knoxville mówi sam do siebie po zakończonych zdjęciach: "Ci ludzie są naprawdę mili!". To zaskoczenie jest główną wartością filmu, plasującego go w tradycji Franka Capry, który z górą 70 lat temu upatrywał wartości Ameryki w lokalnych więzach i małych społecznościach. Nie dziwi fakt, że twórcy powołują się na "Papierowy księżyc" Petera Bogdanovicha jako na bezpośredni wzór fabularny, z jakiego korzystali – tamten film był w końcu retro hołdem właśnie dla kina epoki wielkiego kryzysu tworzonego między innymi przez Caprę.

Oryginalność tego filmu dobrze widać właśnie, jeśli porównać film Tremaine'a do dorobku Sachy Barona Cohena. Podczas gdy Borat odgrywał rolę de facto destrukcyjną – miał ujawniać hipokryzję konserwatywnej Ameryki poprzez wymuszenie konfrontacji protestanckiego superego z żydowsko-orientalnym id – prowokacje Knoxville'a ujawniają żelazny moralny kręgosłup amerykańskiego społeczeństwa, tak że koniec końców stają formą komplementu. Jasne, są tu żarty kloaczne, ale nawet one nie mają na celu niczyjego upokorzenia. Marcel Łoziński obraziłby się zapewne za to porównanie, ale "Bezwstydny dziadek" nie jest aż tak odległy od jego dokumentalnego arcydzieła, czyli "Wszystko może się przytrafić", w którym nieświadomi obecności kamery starsi ludzie z wielką cierpliwością rozmawiali z sześcioletnim Tomkiem, ujawniając ludzkie ciepło mimo ostrzału pytań o sprawy tyleż osobiste, co ostateczne.

photo.title

Koniec końców, film jest rodzajem małego cudu: serią podpuch i ściem, które w sumie dają nie zgrywę, ale pewną prawdę o Ameryce i ludziach w niej żyjących. O ile nie przepadam za "Jackassem", w którym główną atrakcją jest fizyczny ból, jaki zadaje sobie Knoxville i jego ekipa, o tyle "Bezwstydnego dziadka" uważam za jeden z lepszych filmów ostatnich lat. Poza wszystkim innym jest to także tryumf realizacyjnej i logistycznej perfekcji – oglądając Blu-rayowe dodatki, byłem pod wrażeniem stopnia szczegółowości, z jaką Knoxville przygotowuje kolejne żarty. Każdy rekwizyt, gest i reakcja wymierzone są co do milimetra, a przecież Knoxville musi zachować dodatkowo margines elastyczności, pozwalający mu na rzeczywistą interakcję z ofiarami dowcipów – bez wychodzenia z roli!

A mały Jackson Nicoll…? Można mieć tylko nadzieję, że amerykańskie kino będzie wiedziało, co z nim zrobić. Od czasu małej Jodie Foster i pierwszych ról malutkiej jeszcze Diane Lane trudno by wskazać na nieletniego aktora o tak profesjonalnej kontroli środków i zarazem tak nieomylnym instynkcie. Jakby tego było mało, udało się Jacksonowi przypadkowe podsumowanie "Bezwstydnego dziadka" – obecne w jednej z usuniętych scen, a stanowiące definicję demokracji w pigułce. Kiedy Zisman zgina się w pas, traktując kolejną kandydatkę do jego sypialni jak księżniczkę, chłopak wypala nagle: "Dziadku, ona jest Amerykanką, nie musisz się jej kłaniać!". Ten paradoksalny, unurzany w świńskich żartach hołd dla społeczeństwa obywatelskiego – w którym nawet stary grzyb znajdzie swoje miejsce, a właścicielka sex-shopu natychmiast interesuje się bezpieczeństwem porzuconego chłopca – jest jedną z oryginalniejszych komedii ostatnich lat.

zobacz też:

o