Michał Oleszczyk
(ur. 1982) - krytyk filmowy i tłumacz; wykładowca na wydziale "Artes Liberales" Uniwersytety Warszawskiego, dyrektor artystyczny Festiwalu Filmowego w Gdyni.

Obcas czyni faceta

  • Filmweb
  • Felieton
"Toostie" to tyle, co "towar", "lalunia" lub "cizia". Film Sydneya Pollacka pod tym właśnie tytułem, mimo że nakręcony w 1982 roku, pozostaje jedną z najpopularniejszych komedii wszech czasów (a do premiery "Pogromców duchów" w roku 1984 pozostawał także komedią najbardziej kasową). Opowieść o bezrobotnym aktorze nazwiskiem Michael Dorsey (Dustin Hoffman), który z desperacji udaje kobietę, by dostać rolę w popularnej operze mydlanej, jest zarazem nowoczesna i klasyczna: z jednej strony posługuje się starym jak antyczny teatr motywem przebieranki, a z drugiej mówi coś ważnego o przemianach męskości i kobiecości u schyłku XX wieku, czyli zajmuje się niczym innym jak osławionym dżenderem.

du.jpg


Michael zmienia się w Dorothy Michaels, lekko myszowatą aktorkę z Południa Stanów, mówiącą z miękkim akcentem i przypominającą nasiąkniętą naftaliną ciotkę, którą każdy z nas chciałby mieć (i odwiedzać nie częściej niż co kwartał). Dorothy z kolei wciela się w Emily Kimberly, zarządzającą serialowym szpitalem i przemycającą do scenariusza feministyczne treści – wynikające nie z politycznych inklinacji Michaela (który ukazany jest jako facet dość szowinistyczny), ale z nagłego impulsu obronnego, odczutego przezeń w momencie zderzenia z dyskryminacją, którą do tej pory sam przecież uprawiał. Pod koniec sam bohater przyznaje, że "bycie kobietą uczyniło (zeń) lepszego mężczyznę", a całość filmu jest rodzajem feministycznej przypowiastki filozoficznej o tym, że radykalna empatia bywa najlepszym narzędziem politycznej zmiany.

"Tootsie" jest filmem tak płynnym, spójnym i udanym, że wprost trudno uwierzyć, jak bardzo powikłane były jego losy. Scenariusz przeszedł tyle metamorfoz i przeróbek, że kiedy przyszło co do czego i trzeba było umieścić konkretne nazwiska w czołówce, konieczny był oficjalny arbitraż Amerykańskiej Gildii Scenarzystów, na adres której wysłano trzy wielkie kartony wypełnione ponad dwudziestoma wersjami tekstu. Ostatecznie w napisach figuruje Murray Schisgal (przyjaciel Hoffmana, z którym aktor rozwijał pierwotny pomysł Dona McGuire'a) i Larry Gelbart (twórca telewizyjnego "MASH-a"), ale na różnych etapach do pisania dialogów i wymyślania postaci zaangażowanych było kilkanaście osób – na czele z niewymienioną w czołówce Elaine May, której wpływ był (wedle słów samego Pollacka) kluczowy.

elaine-may-californiasuite-127.jpg

Elaine May
May jest postacią zupełnie nieznaną w Polsce, ale uchodzącą w Stanach za niekoronowaną królową komedii – jej legendarne stand-upy z mężem Mikiem Nicholsem do dziś uważane są za niedościgniony wzór estradowego kunsztu, a cztery filmy, jakie wyreżyserowała, są studiowane i traktowane niemal bez wyjątku jako wyprzedzające czas arcydzieła (dotyczy to zwłaszcza "The Heartbreak Kid" z 1972 roku, ale ostatnio rehabilitacji doczekała się nawet katastrofalna pod względem finansowym "Ishtar" z roku 1987). Polskim widzom May może kojarzyć się przede wszystkim jako zwariowana kuzynka z "Drobnych cwaniaczków" (2000) Woody’ego Allena – warto jednak wiedzieć, że to jej scenariopisarskiemu polotowi zawdzięczamy blask, jakim po dziś dzień świeci "Tootsie".

Drugim kluczowym elementem sukcesu jest reżyseria Sydneya Pollacka, co może być zaskakujące o tyle, że ten solidny (ale nie pretendujący do miana geniusza) twórca nigdy wcześniej nie reżyserował komedii, a pierwszym nazwiskiem przypisanym do projektu był o wiele bardziej utalentowany i skłonny do wywrotowego humoru Hal Ashby (którego "Właściciel", "Harold i Maude" i "Szampon") to klasyki kontrkulturowej komedii amerykańskiej). W porównaniu z Ashbym Pollack okazał się znacznie bardziej konserwatywny (usunął np. scenę, w której Julie wprowadza Dorothy w konfuzję, skarżąc się na przedłużającą się menstruację). Mimo to temperament Pollacka okazał się zbawienny. Reżyser uznał mianowicie (w akcie trzeźwej skromności), że skoro nie ma żadnego doświadczenia z ekranową farsą, nie wyreżyseruje "Tootsie" w tonacji przebierankowej bufonady, ale nada jej ton realistycznej w gruncie rzeczy opowieści, z minimalnym tylko podkreśleniem komediowej ekspresji aktorów – bez żadnej stylizacji, cudzysłowu i zgrywy.

toot.jpg

Dustin Hoffman
Decyzja ta okazała się problematyczna w trakcie zdjęć, które nie dość, że przeciągnęły się do rekordowych stu dni, to jeszcze przeniknięte były taką powagą i skupieniem, że Dabney Coleman (wcielający się w rolę zadufanego reżysera soap opery, stanowiącą wariację na temat jego najsłynniejszego występu w "Od dziewiątej do piątej") był zaniepokojony całkowitym brakiem śmiechu na planie. Wybór był jednak trafny: komediowa subtelność "Tootsie" polega właśnie na pełnym gracji slalomie między wymęczonymi konwencjami sypialnianej farsy z metą w postaci absolutnej psychologicznej wiarygodności.

Mimo że brzmi to jak klisza powtarzana przez leniwych krytyków, fakt jest faktem: nie byłoby tego filmu bez Dustina Hoffmana. Nie idzie tylko o to, że w momencie realizacji był jednym z najbardziej cenionych aktorów amerykańskich, świeżo po Oscarze za "Sprawę Kramerów" (1979) i z takimi tytułami jak "Absolwent" (1967), "Nocny kowboj" (1969) i "Lenny" (1974) już za pazuchą. Rola Michaela Dorseya umożliwiła Hoffmanowi spożytkowanie tej samej cechy, która wielu widzów irytowała, przeszkadzając w poddaniu się jego rzemiosłu, a mianowicie – obsesyjnej kontroli nad  szczegółem. Późniejsza (znów oscarowa) rola autystycznego brata w "Rain Manie" (1988) doprowadzi tę tendencję do granic karykatury, ale w "Tootsie" zostaje ona zamieniona w dramatyczne i komediowe paliwo. Otwierająca film sekwencja, wspaniale zmontowana przez duet Frederica i Williama Steinkampów, ukazuje Michaela jako zadufanego w sobie perfekcjonistę, bezlitosnego dla współpracowników – ale także dla siebie. "Tootsie" to rzadki przykład filmu, w którym identyfikacyjnym haczykiem na publiczność nie jest osobowość bohatera, ale podziw dla jego drobiazgowości i profesjonalizmu. Niekoniecznie chcielibyśmy się wybrać na kolację z Michaelem, ale oderwać od niego wzroku nie sposób – jego każda myśl i każdy mięsień są podporządkowane marzeniu o byciu aktorem idealnym.

ff.jpg


Centralny dowcip filmu – wyróżniający go na tle innych historyjek o heteroseksualnych facetach zmuszonych do wdziania sukienek – jest natomiast taki, że Michael tak bardzo kocha swą rolę jako Dorothy, że ona sama przeskakuje na nowy, niespodziewany poziom wiarygodności. Oglądając "Pół żartem, pół serio" (1959), ani przez moment nie zapominamy, że Tony Curtis i Jack Lemmon to mężczyźni. W "Tootsie" są natomiast całe sceny, w których naprawdę można zapomnieć, że Dorothy w istocie posiada chromosom Y. Zarówno ona, jak i grana przez nią z kolei Emily, są tak doskonale wycieniowane, że emanują własnym ciepłem i życiem, których w "nagim" Michaelu Dorseyu znaleźć nie sposób. Zazwyczaj wskazuje się na "Kochanicę Francuza" (1981) Karela Reisza jako na najlepszy filmowy traktat o cienkiej linii, po jakiej stąpają aktorzy budujący pełnokrwistą postać, ale kto wie, czy to nie właśnie "Tootsie" nie jest prawdziwym arcydziełem na ten temat. Kiedy oglądamy Emily w głupiutkim "Southwest General", wierzymy w nią jako postać, ale zarazem wierzymy w grającą ją Dorothy – i w grającego je obydwie Michaela (że o sprawującego kontrolą nad tym małym tłumkiem osobowości Hoffmanie nie wspomnę).

"Tootsie" to jednak wcale nie pomnik wielkości jednego aktora. Film Pollacka jest jednym z najcudowniej obsadzonych komediowych układów słonecznych, jakie kiedykolwiek zmontowano w Hollywood. Jessica Lange zgarnęła nawet Oscara za drugoplanową rolę Julie, koleżanki z planu, w której kocha się ukryty pod żabotami Michael. Jest to co prawda rola niemal całkowicie pozbawiona akcentów komediowych, ale ujmująca świeżością na granicy cudu (Pauline Kael napisała w swej entuzjastycznej recenzji filmu, że Lange wygląda na "świeżo wyklutą" i jest to idealne określenie). Sam reżyser wystąpił jako agent Michaela, mimo że rola początkowo była przeznaczona dla Dabneya Colemana – codzienne sprzeczki z Hoffmanem zainspirowały jednak samą gwiazdę filmu, by namówić reżysera do występu przed kamerą. Jako mózgowy współlokator Dorseya, znany na tym etapie głównie z "Saturday Night Live" Bill Murray jest klasą samą dla siebie; Charles Durning jako ojciec Julie genialnie gra cielęce zakochanie w Dorothy, a Lynne Thigpen (właścicielka najbardziej zmysłowych ust wszech czasów, co udowodniła trzy lata wcześniej w "Wojownikach" Waltera Hilla) nasyca nawet mikroskopijną rolę telewizyjnej script-girl wspaniałą intensywnością, jaką na drugim planie potrafią błyszczeć tylko amerykańscy profesjonaliści.

2.jpg
3.jpg
1.jpg

Jessica Lange / Charles Durning / Lynne Thigpen
Kto wie jednak, czy najlepsza z nich wszystkich nie pozostaje Teri Garr: nominowana do Oscara za rolę postrzelonej przyjaciółki i studentki Michaela, Sandy, wymyślonej zresztą w całości przez Elaine May. To właśnie castingowe niepowodzenie Sandy inspiruje Michaela do walki o rolę Dorothy i to ona (przez przypadek) zostaje jego chwilową dziewczyną. Osobiście uważam, że Garr jest najwybitniejszą komiczką w historii amerykańskiego kina (w latach trzydziestych i czterdziestych jej odpowiednikiem była Carole Lombard; dziś najbliżej tego poziomu są Emma Stone i Anna Faris). Seksowna i nieobecna, inteligentna i roztrzepana, obdarzona pamięcią złotej rybki i zażenowana własnymi wpadkami towarzyskimi, ikoniczna postać Garr objawia się w "Tootsie" w sposób mistrzowski (Lisa Kudrow nie musiała wymyślać swej Phoebe w "Przyjaciołach": cała receptura jest wyłożona w roli Garr u Pollacka). Od zaimprowizowanych na planie epizodów ("Od pół godziny wrzeszczę, że jestem uwięziona w łazience. Nikt mnie nie słyszał?") do emocjonalnej sceny zazdrości w której Sandy wylicza Michaelowi swe feministyczne lektury, rola Garr jest czystą perfekcją.

MV5BMTMxNjI4OTYzMF5BMl5BanBnXkFtZTcwMzQwNzEzNA@@._V1_SX640_SY720_.jpg

Teri Garr (w środku)
"Tootsie" zestarzała się tylko troszeczkę (wszędzie tam, gdzie bohaterowie ujawniają lęk przed implikacją homoseksualizmu, dziś byliby pewnie bardziej wyluzowani). Jako opowieść o kobieciarzu uczącym się szacunku dla dotychczasowej "zwierzyny", jest to zapewne najlepszy komediowy moralitet w historii Hollywood (mimo że w tym samym 1982 roku miał dość mocną konkurencję w kolejnym genderowym cacku, czyli w "Victorze/Victorii" Blake'a Edwardsa, który następnie rozciągnął pomysł na "Tootsie" do ekstremum w "Switch: Trudno być kobietą" w 1991 roku). Jak zauważył krytyk Michael Sragow przy okazji niedawnej edycji filmu w ramach prestiżowej Criterion Collection, "Tootsie" jawi się jako owoc magii wielkich studiów filmowych nakręcony w erze, kiedy takie cuda się już nie zdarzały – jest to maszyna idealna, produkt tak dobrze poskładany, że nawet bacząc na wszystkie jego wirujące trybiki nie dbamy o nie, dając się w zamian uwieść czemuś nieuchwytnemu: duszy, którą ten film posiada w stopniu większym niż większość komedii amerykańskich powstałych w dekadzie zdefiniowanej przez wyczyny Spielberga.
o