Szaleństwo i przesada. O kinie Darrena Aronofsky?ego

Filmweb   |   autor: Jakub Socha   |    |   Artykuł
Darrena Aronofsky’ego cechuje fiksacja na punkcie powtórzenia, chęć zawładnięcia percepcją widza, skasowania jej, przestawienia na inne tory.

photo.title W artykule "Szaleństwo, nieobecność działa" Michel Foucault zastanawia się nad społeczeństwem przyszłości, które pokonało szaleństwo. Sytuacja nie jest wcale tak nieprawdopodobna. Mogą przecież pojawić się środki farmakologiczne, które skutecznie będą przywracały do normalności, albo badania, dzięki którym naukowcy będą mogli zdiagnozować jednostki potencjalnie na nie narażone i neutralizować je u samego zarania. Nie można także wykluczyć szczepionek, ani tego, że wszyscy dokoła oszaleją, odmieniając niejako normę.

Na razie jednak nic nie zapowiada takich zmian. Współczesne społeczeństwo nie poradziło sobie jeszcze z tym tematem, co więcej, gdzieniegdzie istnieją ciągle ośrodki głoszące apoteozę szaleńca, mówiące, że właśnie ktoś taki stanowi "nagą prawdę o człowieku", że jego bycie w świecie jest formą prawdziwie transgresyjną i patetyczną. Pamiętajmy o słowach Nietzschego, który popadając w obłęd, ogłosił niejako równocześnie, że jest Prawdą.

Popkultura widzi w szaleństwie zazwyczaj cudaczność, ornament – na plan pierwszy wybijają się ekscentryczne stroje, ekscentryczne gesty, jakieś tiki nerwowe, natręctwa. Ktoś chodzi tak, żeby nie dotykać krawędzi płyt chodnikowych; ktoś mieszka w chatce na drzewie; ktoś włóczy się nocą po mieście w łachmanach. Jeden przepowiada koniec świata, drugi rychłe zbawienie. Naprawdę nie ma się czego bać. A przecież szaleństwo jako takie, mimo że fascynuje, budzi nade wszystko lęk – jest stanem wyłącznie do komplikacji u innego, nigdy pożądanym dla siebie.




Darren Aronofsky, ten wychowany w tradycyjnej rodzinie żydowskiej mieszkaniec Nowego Jorku, absolwent Harvardu, "Tony Scott amerykańskiego kina artystycznego", zdobywca Złotego Lwa w Wenecji, nigdy nie bał się tego tematu, wydaje się wręcz, że stał się jego obsesją. Dziwnie to współgra ze słowami reżysera, który powtarza w wywiadach, że obsesja zawsze jest podłożem szaleństwa albo geniuszu. Ale zostawmy ten trop. Nie będziemy przecież zastanawiać się, w którą stronę się to wszystko u autora "Czarnego łabędzia" potoczy. Zacznijmy lepiej od ciała, od tego, w jaki sposób posługuje się nim człowiek. Podstawową kategorią jest gest. Jak przekonuje Marcel Mauss, uczymy się ich, naśladując tych, którzy są dla nas autorytetem, chcemy zdobyć taki sam prestiż, jaki jest ich udziałem.


U Aronofsky’ego rządzi repetycja, gest przyjmuje monstrualne formy, powtarzany raz za razem staje się bezmyślnym odruchem automatona, niezależnie od tego, czy wykonuje go tancerka baletowa, genialny matematyk czy stara kobieta zafiksowana na punkcie wagi i telewizji. Tabletka za tabletką, te same układy baletowe, kolejne kartki dziennika, kolejne pasemka na głowie przekwitłego zapaśnika. Te same ciosy, te same ruchy w obrębie telewizyjnego pilota, te same zabiegi, by przygotować kolejną porcję cracku. Walenie w te same klawisze na klawiaturze, nakręcanie tej samej pozytywki, ten sam teleturniej każdego dnia. Opętańczy rytm, który współgra z opętańczym rytmem współczesnego miasta, podbijany dodatkowo przez filmową narrację - ale o niej za chwilę. A wszystko po to, by być lepszym, by się było lepiej widzianym, bardziej docenianym, poinformowanym, zwycięskim.


Jednakże to, za czym gonią kolejne postaci w filmach Amerykanina, okazuje się nieosiągalne, jest za daleko, by ciało wytrzymało drogę ku niemu. Jest niebezpieczne – perfekcja jest niebezpieczna. Po przejściu przez punkt graniczny już nie ma powrotu – Maximillian Cohen z "Pi", choć przez lata podążał za swoim mistrzem, kontynuował jego badania, ścigał jego prestiż, w kluczowej dla filmu scenie wyrzuca mu, że nie miał odwagi, by pójść dalej i wreszcie odsłonić wzór, odkryć ukrytą w liczbach perfekcję. Cohen przekracza ten próg, ale zamiast ze złotym runem w dłoniach, pewnego dnia budzi się z włączoną wiertarką przystawioną do swojej głowy. Nina Mayers z "Czarnego łabędzia" też chce być lepsza od innych, i to widocznie ją gubi, bo co innego? Przecież wiele osób występuje w balecie, nie wszyscy jednak skazani są na szaleństwo; niejeden/niejedna ma toksyczną matkę, ale to jeszcze nie świadczy o tym, że ich los jest z zdeterminowany.

Co jeszcze może być przyczyną klęski? Zaryzykować można stwierdzenie, że miłość do siebie, czyli narcyzm, albo solipsyzm, czyli przekonanie, że poza mną nic, ani nikt nie istnieje. Na filmy Aronofsky’ego można w zasadzie patrzeć jak na monodramy. Bohaterowie mają niby jakieś kontakty z ludźmi, z kimś się spotykają, z kimś przesiadują, ale nie chłoną tego, co poza nimi, inni są dla nich tylko zwierciadłem, liczą się tylko oni. Co więcej, niekiedy wydaje się, że kolejne osoby są tylko hologramami wypluwanymi przez ich umysły. Tak jest chociażby w "Pi". Maxa atakują chasydzi, wredne staruszki, słudzy korporacji – tandetny sen wyrosły z lęków człowieka, który nie opuszcza swojego zawalonego sprzętem elektronicznym mieszkania. A Nina? Wulgarny reżyser, toksyczna matka, wyzwolona przyjaciółka – to też bardziej typy niż konkretne, żywe postaci. Gdy przyjrzymy się rzeczywistości, w jakiej wszyscy oni funkcjonują, wrażenie będzie podobne – oto klasycznie urządzone przestrzenie, znów typowe, zrośnięte ze stereotypem. Stara kobieta w otoczeniu starej lodówki, starego telewizora, starych mebli, otoczona przez tandetę. Balerina żyjąca w różu, wśród stada pluszowych miśków, zasypiająca przy nakręconej pozytywce – królewna na ziarnku grochu. Matematyk wykonujący swoje obliczenia w ciemnym pokoju, w świetle jarzeniówki, w otoczeniu elektronicznego sprzętu, pod okiem wiszącego pod sufitem bożka – mikroprocesora. Przegrany zapaśnik mający za dom obleśną turystyczną przyczepę, otoczony sprzętami niepotrzebnymi i z wyprzedaży. Każda z tych przestrzeni wygląda tak, jakby urządził ją mało ambitny scenograf.


Samo zapadanie się w siebie też wydaje się znajome, obrazy szaleństwa u Aronofsky’ego to katalog obrazów efektownych i filmowych. Mózg na peronie. Wspomniana wiertarka przy głowie. Zbliżenie na rozszerzające się źrenice. Tłok strzykawki w nienaturalnym powiększeniu. Poruszająca się lodówka. Dające po oczach światła, zsuwające się do środka ściany, drewniane nadmorskie molo w pokoju w Nowym Jorku, wreszcie skrzydła wyrastające z pleców. Nadreprezentacja i nadekspresja środków, efekty, których autor "Pi" używa jednak z rozmysłem, świadomie, przekonany, że w dzisiejszym hałaśliwym świecie trzeba krzyczeć, by być usłyszanym. W jednym z wywiadów tak mówił o swojej strategii artystycznej: "Próbuję atakować widownię w każdy możliwy sposób: obrazem, dźwiękiem, muzyką, wszystkim. Wywodzę się ze szkoły ekspresjonistów i chodzi mi o to, by uchwycić życie wewnętrzne bohaterów. Chcę robić filmy punkowe. Takie, które wprowadzą widzów w dziki trans, podobny do tego, jaki wytwarza się na punkowych koncertach, kiedy ludzie skaczą ze sceny w szalejący tłum. Staramy się ich poruszyć, stymulować dźwiękami, obrazami, emocjami, sprawić, żeby przeżyli coś niezapomnianego".

Wydaje się jednak, że jest coś nie tak w sformułowaniu "kino punkowe", szczególnie, gdy opowiada się za nim reżyser obracający wieloma milionami dolarów i flirtujący otwarcie z wielkimi wytwórniami i głównym nurtem. Punk był zawsze działalnością antysystemową, anarchistyczną; mówić, że jego głównym założeniem jest doprowadzać ludzi do ekstazy, to zwyczajnie spłycać temat i unieważniać cała ideologię stojącą za ruchem. Aronofsky mimo wszystko z punkiem niewiele ma wspólnego, kluczowe natomiast rzeczywiście wydaje się słowo trans: fiksacja na punkcie powtórzenia, chęć zawładnięcia percepcją widza, skasowania jej, przestawienia na inne tory.


Z tymi torami nierzadko jednak jest kłopot. Jeśli odstawimy na bok przekonanie, że jego filmy są tylko dość przystępnym i dość konwencjonalnym obrazowaniem szaleństwa, obrazowaniem zakotwiczonym w filmowych sztuczkach, trudno nam będzie powiedzieć, by gdziekolwiek one prowadziły – to raczej niestety bocznica. Weźmy takie "Requiem dla snu". Czym jest ten film? Czymś więcej niż zbiorem pocztówek znad krawędzi? A może jednak efektowną, ale po dziecięciu minutach nużąca wizualizacją różnych form uzależnienia. A kosmogonia w "Źródle"? Czy wykorzystani w nim Budda, Majowie i eksperymenty na małpie w ogóle się w coś składają? A jeśli tylko w myśl, że miłość jest najważniejsza, a koniec niepojęty, to czy czasami Aronofsky nie robi za dużo hałasu, by się tym odkryciem z nami podzielić? Albo weźmy prawdopodobnie najlepsze w tym zestawie "Pi" – to ciekawy pomysł, by rozpatrzyć liczbę, jako ontologiczną podstawę rzeczywistości, jednakże reżyser podaje ją w konwencji przystającej bardziej do parapsychologii, na pewno nie licującej z przebogatą kulturą Chasydów. Ten sam problem mam z "Czarnym łabędziem". Znów idzie szarża (choć trzeba przyznać, że bardzo efektowna), znów ma się wrażenie, że reżyser w pewnym momencie przelicytował.


Od tych wszystkich filmów, rozbuchanych, oszałamiających wizualnie, przeładowanych mocnymi środkami wyrazu (środkami, które po prostu utrudniają zaangażowanie) odróżnia się jednak zdecydowanie "Zapaśnik" – świadectwo niezwykłych możliwości twórczych Aronofsky’ego, prawdziwie przekonująca opowieść o tym, do czego człowiek jest zdolny, by uciec od rzeczywistości. W tej skupionej opowieści o upadłym sportowcu, który dobrowolnie stał się przedmiotem spektaklu, kimś, kto istnieje po to, by wystawiać się w widowisku i godzi się na poniżanie swojego ciała dla tłumów, nie ma przesady. Historia Randy’ego to historia stawania się na nowo podmiotem, kimś, kto wyrywa się z kuglarskich rąk reżysera i z żelaznego uścisku losu. Kimś tragicznym, ale prawdziwym. Kimś, kogo szaleństwo jest właśnie rodzajem transgresji. Kimś, kto pokazuje, jakie naprawdę są granice społeczne, poza które człowiek nie może się wydostać. Kimś, kogo naprawdę można nazwać bohaterem. "Zapaśnik" to jedyny moment w karierze Aronofsky’ego, kiedy "zbliżając się do szaleństwa, tak naprawdę się od niego nie oddalał".


zobacz też:

komentarze

Dodaj komentarz

Trzeba być totalnym ignorantem, żeby napisać taki artykuł o Aronofsky'm. Szczyt ignorancji przejawia się w zdaniu o filmie 'Źródło' - "Czy wykorzystani w nim Budda, Majowie i eksperymenty na małpie w ogóle się w coś składają?" Oglądał autor tekstu ten film (i wszystkie pozostałe), czy tylko na niego patrzył?

Niech będzie, że nadekspresja...
Kocham ten rodzaj nadekspresji i przerostu formy nad treścią.

To widz jest fundamentem kina.
Do widzenia.

@mieciu_polej To, że Requiem dla snu puszczają w szkołach dla młodzieży jako film edukacyjny mogłoby równie dobrze świadczyć o tym, że jest on miałki, poprawny politycznie i ma oczywiste przesłanie.
A to, w jaki sposób próbujesz obrażać autora artykułu świadczy tylko o Twojej autorytarnej osobowości.

Jakub Socha - straszne bzdurny artykuł. Wypowiadanie się negatywnie o twórczosći Darrena Aronofskyego jest jak wsadzenie sobie samemu kija w dupę. Popełniłeś samogwałt tak jak wielu innych krytyków. Requim dla snu puszczaja w szkołach młodzieży jako film edukacyjny, zresztą kazdy film Aronofskiego można puszczać jako film edukacyjny gdyż ukazuje ciemne strony życia których należy sie wystrzegać. Dodatkowo potrafi to przenieść na ekran w fenomenalny spsób. O tobie Panie Socha można tez nakręcić film, przesłanie było by takie że ludzie którzy nic w życiu nie osiągneli z zazdrości i zawiści potrafią publicznie obsmarować czyjąś twórczość bo kim Pan jest ? Czytając ten artykuł pierwszy raz się spotkałem z Pana imieniem i nazwiskiem, kończąc posta juz zapominam że Pan istnieje !

A co do Niny... Jak dla mnie jest istotą realną... Ktokolwiek brał kiedyś udział w np. przygotowaniach do sztuki teatralnej, wie, jak wielkie to poświęcenie, spędzanie średnio 12 lub 13 godzin na dobę w teatrze, po to, by zagrać daną sztukę czasami tylko kilka razy... Na przykładzie Niny Aronofsky według mnie ukazuje, że istotna jest sama idea samodoskonalenia, dążenia do perfekcji, poświęcenia dla niej wszystkiego, włączając w to zdrowie zarówno psychiczne, jak i fizyczne, posuwając się nawet do aktu samozagłady dla jednonocnego triumfu, symfonii absolutnej doskonałości... Być może jestem szalona, ale rozumiem Ninę... Ona wcale nie chce być lepsza od innych, tylko chce osiągnąć maksimum własnej doskonałości, własnego potencjału - dla eksploracji tego potencjału, którego istnienie w sobie cały czas przeczuwa, popada w pewne szaleństwo... Finał historii Niny jest stosunkowo podobny do finału "Zapaśnika", więc nie jestem pewna, dlaczego nie jest postrzegany z równym uwielbieniem, zachwytem... Mnie osobiście żaden film nie zachwycił do tego stopnia już od roku, a oglądam naprawdę sporo filmów :-)

Moim zdaniem "Czarny Łabędź" jest filmem lepszym od "Zapaśnika"

sammerro ja też obejżałem niedawno "Czarnego Łabędzia" i muszę powiedzieć że "Zapaśnik" podobał mi się o wiele wiele bardziej.

Właśnie obejrzałem "Black Swan". Był niezły, nie uważam, że przekombinowany.

Zupełnie się zgadzam z autorem. "Źródło", "Requiem dla snu" to filmy, w których coś jest nie tak, mimo że są "piękne" wizualnie.
"Pi" było trochę bardziej spójne, szczególnie czerń i biel plus muzyka w stylu "Boards of canada" pasowały do sytuacji emocjonalnej bohatera, ale też czasami "coś nie grało", właściwie trudno powiedzieć o co chodzi. Tak jakby twórca nie do końca wierzył w rzeczy, które chce przekazać widzom przy pomocy tych filmów.

"zapaśnika" niestety nie widziałem widziałem, ale tekst zmotywował mnie do nadrobienia zaległości.

Moim zdaniem "Zapaśnik" to najlepszy film Aronofskiego.

Przede wszystkim, tekst Jakuba Sochy nie jest przeznaczony dla was, zjadacze popcornu i zwyczajnie nie dorośliście do tego aby go pojąć. Dla was swietne kino to wizualne fajerwerki im wiecej , tym lepiej.

Swienty tekst, problem z kinem Aronowskiego to zdecydowanie przerost formy nad trescia i rzeczywiscie, nie ma on nic wspolnego z punkiem.

Requiem to zajebisty film.:) Pozostałe tego reżydera obejrzę w najbliższym czasie, aby wyrobić własną opinię... :)

@finding. muszę przyznać że twoja argumentacja ("Źródło" jest filmem wręcz niesamowitym, a "Pi" to obraz, którego się nie zapomina.") jest dużo pełniejsza i ciekawsza niż autora artykułu.

Czekam na całe obszerne teksty o tym że "Pi" to film świetny bo jest dobry i niezapomniany i genialny! ;)
Co do "Czarnego Łabędzia"... Ludzie? Czy wy oglądaliście cokolwiek przed 2000 rokiem? Realizacja rzeczywiście rewelacyjna ale pomysł absolutnie bez kszty oryginalności. Być może owacja na stojąco była, ale na premierze "Never Let Me Go" też wyli i klaskali ;)

Co do "Żródła" - gorąco polecam przeczytanie go najpierw w formie komiksowej - potem, film nie robi już tak dobrego wrażenia...

W 90% mam przeciwne zdanie Panie Jakubie, 10% to "Zapaśnik" którego również cenię.
Pozdrawiam

Zazdroszczę niektórym jak potrafią się zakręcić na punkcie jakiegoś filmu. Mnie mało co rusza, a przecież młody jestem :(

Jeden powie, że "Zapaśnik" najlepszy, inny, że najgorszy... Myślę, że komentarze do innych filmów są MOCNO przesadzone. "Źródło" jest filmem wręcz niesamowitym, a "Pi" to obraz, którego się nie zapomina. Nieładnie też tak jeździć po "Requiem dla snu", które stało się prawie kultowe, a właściwie już jest dla wielu ludzi, których znam. Dlaczego Nina miałaby być postacią nierealną? Tylko Randy jest prawdziwy? Randy jest postacią z krwi i kości - zupełnie tak jak Nina, Harry, Max i małżeństwo Creo. Każdy z nich jest inny, a bohaterowie odarci z fantazyjnej otoczki filmowej bardzo realni. Panie Socha, ostrożnie z takimi sądami nad sztuką...

Złotowłosa - byłam na Camerimage i owacje były w pełni zasłużone i naprawdę gorące. Aż mnie poderwało do góry na 'standing ovation' ;)

Według mnie artykuł jest beznadziejnie napisany, próbuje wmówić, wtłoczyć człowiekowi jeden konkretny pogląd agrumentami, które brzmią jakby ktoś nie widział filmów o których mówi. Powiedziałabym, że autor próbuje pokazać swą "niesamowitą głębię" bluzgając filmy, które są doceniane przez innych... Poza tym Jakubie musisz naprawdę nie posiadać żadnej wrażliwości estetycznej, muzycznej czy emocjonalnej, jeśli tak oceniasz Źródło.

pewnie tylko nieliczni zgodzą się ze mną, że ten artykuł jest zły, po prostu źle napisany. jak wymuszane, niby głębokie wypracowanie w liceum mające zachwycić nauczycielkę.

Byc może autor powyższego artykułu, po prostu nie "czuje" klimatu filmów Aronofsky'ego, który osiągany jest właśnie dzięki tym mocnym środkom wyrazu. Taka jest specyfika kina autorskiego, że każdy reżyser ma swój klucz do serc widzów. "Czarny łabędź" to majstersztyk, czego dowodem byly gorące owacje po zakończeniu projekcji w Operze Nova na Festiwalu Camerimage (a jak wiadomo, publika nie byle jaka). Darren i tak ma spore grono wiernych widzów, a konferencja prasowa z jego udziałem na wspomnianym festiwalu, dała temu wyraz. Dziękuję, dobranoc.

Ale pojechaliście po cudownym "Żródle" i niesamowitym "PI". Widać, że autor nie potrafi dostrzec wyjątkowości w tych dwóch filmach.

Aronofsky sprawia, że umysły i dusze jego bohaterów stają się na chwilę naszymi własnymi. Czy kino może zrobić więcej, niż oszukać samego widza i stworzyć iluzję, w której widz znajduje się sam w środku obłędu i odczuwa każde drżene serca bohatera?
I pozostawia nas wstrząśniętych, zarażonych tymi strzępami emocji, z wyrytym w naszych jestestwach pytaniem, gdzie my znajdujemy się w tym oszalałym świecie?

Panie Jakubie, zgadzam się co do Aronofskiego w 100%, aczkolwiek dużo bardziej od Pana doceniam "Requiem...", obok "Trainspotting wydawał mi się (co prawda ponad 10 lat temu) próbą przecierania w kinie nowych szlaków.

Ciekawe, że "Zapaśnik" to jednocześnie największy sukces i porażka Aronofskiego... jego najlepszy film jest właściwie pozbawiony większości kojarzonych z autorem, wypracowanych przez lata atrybutów i trików.

Co do bardziej odważnych wycieczek w kino "punkowe" - mam wrażenie że Aronofsky wygłupił się strasznie z tym określeniem - nazwijmy je kinem buntowniczym, łamiącym zasady... - gorąco polecam Gaspara Noe. W przeciwieństwie do Darrena stosuje nieco ciekawsze i bardziej eksperymentalne techniki wprowadzania w trans. "Enter the Void" zrobił na mnie piorunujące wrażenie, nawet jeżeli przy tym zmęczył mnie do nieprzytomności.

Co do "Łabędzia" - jaki jest, każdy widzi... Taki pozbawiony subtelności "Wstręt" (oj, jakie te filmy Polanskiego są dobre, nawet po 50 latach) z dzikim montażem i efektami specjalnymi. Fakt, że to najlepsza rola Portman niestety nie oznacza majstersztyku, bo aktorka, może poza "Closer", które wielbię, nie miała okazji stworzyć porządnej kreacji...
Takie 4- w bardzo kulawym filmowo roku... Statuetek może kilka zebrać, ale niestety, złote chłopaki już od dawna przestały odzwierciedlać rzeczywistą wartość artystyczno-intelektualną filmu.

Pozdrawiam.

Artykuł ciekawy, ale zbyt krytyczny. Niestety nie moge sie do konca mądrze wypowiedzieć bo nie widziałam Zapaśnika, wszystkie inne oprocz tego widzialam i myślę że do czarnego łabędzia nie ma sie co przyczepiać, film jest arcyważny jeśli chodzi o treści ktore przekazuje, doskonale oddaje przemiane psychiczna bohaterki, byc może autor artykułu nie ma dostępu do psychiki kobiecej, ja jako kobieta po prostu czuje ten film i jego wagę. Aronofsky to świetn kino, jak do tej pory źródło uważam za najsłabszy film, requiem fajny ale nie aż tak, pi super, choć to film trudny, i czarny łabędź, jak do tej pory uważam za najbardziej dojrzały i wartościowy obraz.

Pod wieloma względami nie zgadzam się z autorem tego artyułu. Po pierwsze efekty jakie występują w filmach Aronofskiego nie zaliczają się do "efekciarskich" i uważam, że powodują one wzrost zaangażowania widza. Po drugie obrazu : "przegrany zapaśnik mający za dom obleśną turystyczną przyczepę, otoczony sprzętami niepotrzebnymi i z wyprzedaży" nie nazwałabym stereotypowym. Dla mnie właśnie w "zapaśniku" było sporo przesady. Poza tym autor nie zrozumiał najwyraźniej przekazu "źródła". Film jest o pogoni za nieśmiertelnością, pogodni która kończy się zrozumieniem, że czasami droga do wiecznej miłości wiedzie przez śmierć.

bardzo dobry artyul, szczegolnie poczatek

Incepcja zrobiła na mnie wrażenie w kinie jak jeszcze żaden inny film. Jak drugi raz obejrzałem na DVD to już nie to samo. Jak ktoś nie widział w kinie nie powinien się odzywać. A memento był strasznie chaotyczny i nie za bardzo połapałem się o co chodzi, zresztą jak reszta filmwebowiczów również co widać po wszystkich założonych tematach. Pomysł ciekawy ale wolałbym go ujrzećw bardziej hollywodzkim wydaniu, wwielkobudżetowym, dla mas.

@TheBenoslaw właśnie w filmach Aronofskyego o to chodzi, żebyś czuł się jakby ktoś "dał Ci w mordę". Włąsnie ten ogromny wyraz ekspresji jest atutem filmów Aronofskyego. Oczywiście można to lubić albo nie, ale chyba nie zaprzeczysz, że po skończonym seansie filmy te głęboko wbijają się w głowę. Dla mnie to jest wspaniałe.
Zapaśnik jest troszkę innym filmem i "typowe" zakończenie dla Aronofskyego tutaj zupełnie nie pasowało. Ten film nie porwał mnie tak jak pozostałe, ale uważam, że także jest genialny.
Jeszcze jest inna sprawa filmów Aronofskyego. Nie wiem, czy to jego zasługa, czy ma to oko, jeżeli chodzi o dobór aktorów, czy po prostu szczęście, ale w każdym jego filmie postacie są genialnie obsadzone i nie ma tutaj słabego aktorstwa.

Na koniec jeszcze dodam, że "The Social Network" to chyba jeden z najgorszych filmów roku, a "Incepcja" jakoś szczególnie mnie nie zachwyciła. Dobrze się ją oglądało, ale też szybko się o niej zapomni. To jednak nie "Memento"

w ostatnim "Filmie" Aronofsky powiedział że już nie chce robić kina punkowego.
"Łabędzia" obejrzę jutro..

co to, rozprawka do szkoły?

to jak on sie w koncu nazywa Aranofsky jak w tytule czy Aronofsky jak ponizej

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:

newsy

zobacz wszystkie newsy

gorące newsy

magazyn