• A
  • A
  • A

Wenecja 2010: Norweskie drewno, francuskie sarny
[Relacja] (2010-09-06 11:44)

Jeśli umierać, to tylko w Wenecji: po przedawkowaniu kawy, od nadmiaru artystycznych wrażeń, albo z nudów. Nuda w kinie bywa rozumiana różnie – zamierzona bądź nie, zawsze jest niebezpieczna. Kiedy nie wykańcza, hipnotyzuje. W starciach konkursowych widza "uśmiercił" Anh Hung Tran z doprawdy drewnianą adaptacją powieści Murakamiego "Norwegian Wood". Natomiast trudną sztukę uwodzenia obrazem opanowała Sofia Coppola w swoim magnetyzującym "Somewhere".  

photo.title Najnowszy film twórcy "Rykszarza" rozczarowuje. Ryzyko porażki wpisane jest w formułę ekranizacji. Zwłaszcza gdy mówimy o literaturze znanej i cenionej, a poetyka materiału źródłowego opiera się na monologu wewnętrznym postaci. Wierność słowu pisanemu, rozbrzmiewającemu z offu, w tym przypadku jest pójściem na łatwiznę, nie służy odmalowaniu złożonej emocjonalności głównego bohatera – Toru Watanabe. Zamiast fascynującej historii trudnego dojrzewania chłopaka, przemykamy przez jego kolejne miłostki, szybki seks i ciągnące się w nieskończoność rozmowy. Wszystko w statycznych, przesadnie wystudiowanych kadrach. Zabrakło tu subtelności i niedopowiedzeń, będących siłą napędową "Zapachu zielonej papai". Gdzie podział się dramat wpisany w życie dorastającego człowieka, tak świetnie wyeksponowany w "Rykszarzu"? Wietnamski reżyser ograbił Murakamiego ze złożonej metaforyki miłosnej, a czystość i prostotę związku między Watanabe i Naoko zastąpił dosłownością. Burza, trzęsąca  filmowym namiotem, okazała się bardziej porywająca od seansu.

Czego nie ma w "Norwegian Wood", tego nie brak "Somewhere". Coppola po raz kolejny udowodniła, ze im mniej jawnie eksplikowanych wyznań, tym więcej autentyzmu. Milczenie staje się u niej wymowne, a sztuka to nie lada, by ciszy i "nic niedzianiu się" nadać znaczenie.

photo.title Gwiazdor Johnny Marco (charyzmatyczny Stephen Dorff) spędza czas na nudzeniu się. Sen, prysznic, butelka Millera do obiadu, (nie)obecność na konferencji lub spotkaniu z fanami oraz seks bez zobowiązań. Kobiety wskakują mu do łóżka szybciej niż Hankowi Moody’emu z "Californication". Johnny nie czuje zażenowania, gdy mylą mu się imiona jednonocnych kochanek lub gdy zasypia na łonie jednej z nich przed seksualnym spełnieniem. I tak w kółko. Reżyserka ćwiczy wytrzymałość widza poprzez maksymalne wydłużanie ujęć, ciągłą repetycję. W krzywym zwierciadle prezentuje wymyślny lap dance blondowłosych blizniaczek – specjalnie dla zblazowanego aktora (i znudzonego widza?).

Do świata żywych przywraca bohatera dopiero 11-letnia córka, Cleo, z którą Marco zmuszony jest spędzać weekendy. To, co na początku jest wyłącznie poczuciem obowiązku, wkrótce staje się zauroczeniem. Przejmująca jest scena, w której ojciec i córka, w kolorowych Ray Banach, wylegują się na hotelowych leżakach przy basenie. Oko kamery jest coraz bliżej, obserwuje ich bezsłowną, intymną relację. Bowiem wszystko, co najważniejsze w tym filmie, dokonuje się albo między słowami, albo poza kadrem. Pomimo rozczarowującego finału, pieczętującego oczekiwaną przemianę bohatera, to – póki co – najciekawszy film konkursowy.

Podczas obserwowania zmagań o Złotego Lwa, nie dało się przejść obojętnie obok nieco karkołomnej próby przywołania legendy kobiety-wojownika. W odpowiedzi na Tarantinowską Pannę Młodą (vel Czarną Mambę), John Woo stworzył szybszą od wiatru i piękniejszą od kwiatu lotosu Zeng Jing.

photo.title Kobieta (i to jaka!) znalazła się w centrum uwagi także u Francois Ozona. Po średnich lotów "Rickym", reżyser nawiązał do najlepszej tradycji francuskiej komedii. Zaangażował również ponownie Catherine Deneuve. W molierowskim stylu (gdy znana odbiorcy intryga staje się efektem innej intrygi, wybrzmiewającej dopiero w finale) odkrywa pastelową Francję lat 70.: z jej kolorową modą, nadciągającą burzą emancypacji i strajkami w fabrykach. Ironia Ozona nie oszczędza nikogo. Braciom Dardenne, których poetykę i społeczne zaangażowanie wyśmiał w pierwszych scenach "skrzydlatego" filmu, ukradł na chwilę Jeremie'ego Reniera, czyniąc zeń maminsynka. Z pomocą niezapomnianej Severine z "Piękności dnia" stworzył zaś "french dream" dla feministek – z kuchni do polityki. I tak wciąż młoda duchem i ciałem Deneuve z przemiłej, acz lekceważonej żony prezesa fabryki parasolek (a czegóż innego, biorąc pod uwagę "Parasolki z Cherbourga"), zaczyna wspinać się po szczeblach kariery: od pani kierownik rodzinnego interesu do pani minister. Przy okazji biega, śpiewa, tańczy, pisze wiersz o wiewiórce i pozdrawia sarny w lesie.

 "Owsjanki" Aleksieja Fedorczenki są z kolei przejmującą elegią na odejście Tani – żony jednego z dwóch przyjaciół. Ich podróż po rosyjskich prowincjach to metaforyczne wypełnianie obrzędu pogrzebowego, echo kultury i tradycji Maryjczykow (ugrofińskiego ludu w dorzeczu Wołgi). Pod względem nastroju i niespiesznej narracji blisko temu filmowi do "Lasu" Dumały. To także melancholijne pożegnanie na tle wielkiej i milczącej natury. Miron, dyrektor fabryki papieru, wspomina swą ukochaną w rozmowach z fotografem Vesą. Przywołuje najpiękniejsze momenty małżeństwa, które z perspektywy kulturowo odmiennego odbiorcy zakrawają na absurd. Bo jak zrozumieć bohatera, który co wieczór obmywał ciało kobiety wódką? Czym są wplatane we włosy łonowe kolorowe niteczki podczas rytuału zaślubin, a jakie mają znaczenie w chwili śmierci? Tego dobiegający z offu głos narratora nie wyjaśnia. Za to zbyt nachalnie dla tej subtelnej opowieści, powraca do wątku jaskółek w klatce, które, jeśli umierają, to wyłącznie z rozpaczy.


Wybitnym filmem (prawdziwe odkrycie tego festiwalu!) ze śmiercią w tle, tą indywidualną i masową, jest "Incendies" Denisa Villeneuve’a. W opuszczonej hali, przy hipnotyzującym utworze Radiohead, widzimy golenie głów małych chłopców – prawdopodobnie przyszłych morderców w bezwzględnych walkach religijnych. Wzroku jednego z nich nie da się zapomnieć. To typ ekspresji bliski najsłynniejszej po dziś dzień Afgance Sharbat Guli z okładki National Geografic. Reżyser w ramy thrillera politycznego wplótl historię pewnej rodziny, rozciągniętej między Kanadą a Bliskim Wschodem. Wszystko zaczyna się za sprawą dziwnego zapisu w testamencie boleśnie doświadczonej przez los Nawal Marwal. Kobieta, tuż przed śmiercią, w ostatniej woli zmusza własne dzieci, tytułowe bliźniaki: Jeanne i Simona, do bolesnej podróży po jej przeszłości i obcym kraju, targanym wojnami religijnymi. Właśnie dowiadują się, że ich bezimienny ojciec żyje i że mają przyrodniego brata. Teraz muszą ich "tylko" odszukać...
Podziel się z innymi:
autor:
  • Joanna Chludzińska
źródło:
  • Filmweb

Zobacz też:

komentarze

Dodaj komentarz
jaski_sm jaski_sm

Zobaczymy, przekonamy się kto ma rację :)

pani_racja pani_racja

'norwegian wood' - niestety bardziej wierze recenzji pana sobolewskiego z gazety niz pani chludzinskiej. ciekawe jednak, ze jeden film moze wywolac tak rozny odbior.

Wookie88 Wookie88

Co do "Norwegian Wood" - cyt. "kolejne miłostki, szybki seks i ciągnące się w nieskończoność rozmowy" - przecież taka właśnie jest książka, więc wygląda na to, że reżyser był po prostu wierny oryginałowi, więc trudno, żeby stosował motywy ze swych poprzednich produkcji, jeśli teraz kręcił po prostu inną historię. A czystość i prostota to chyba ostatnie cechy jakimi określiłbym związek Watanabe i Naoko. Jeśli autorka w ogóle czytała książkę, to raczej niewiele z niej pamięta ;)

Davus Davus

O! Renier gra znowu u Ozona? Muszę to zobaczyć. :) Ciekaw też jestem "Norwegian Wood". I zastanawiam się, co też takiego zrobiła Coppola, że znowu się nią wszyscy zachwycają (i to pewnie znowu na wyrost :P ).

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: