Marzy mi się, żeby ten film był równie dobry co "Niczego nie żałuje", bo tak jak Piaf doczekała się godnego biopicu, tak Dalidzie również się on należy

Pod względem wizualnym chyba nie można było wybrać lepszej aktorki, ale czy uniosła ciężar roli trudno oczywiście po samym zwiastunie wyrokować.

11
  • Obawiam się niestety, że drugi raz się nie uda. "La vie en rose" to arcydzieło, a Marion jest wybitną aktorką. Sveva tylko modelką. Ale nie tracę nadziei, że zobaczę dobre biograficzne kino, mimo wszystko. Dalida zasłużyła na godne upamiętnienie.

  • widziałam- jest bardzo dobrze !mnie Marion bardzo wkurzała w "niczego nie żałuję". Tu nie można od Svevy oderwać oczu. Dużo lepiej też jest wpleciona muzyka w scenariusz.

  • Oj nie, to był okropny film, taki chaotyczny, niespójny, przeskakiwał ze sceny w scenę bez narracyjnej ciągłości. Po prostu Cotillard fenomenalnie zagrała, ale sam film był wyjątkowo niezborny.
    Wzorem powinien być i jest "RAY" wielkiego Taylora Hackforda. To jest biografia! Bez lukru, bezlitosna dla Charlesa, do bólu obiektywna, przy tym spójna, klarowna, opowiedziana z biglem typowym dla muzyki jaką grał.

  • Krótko - ten film, mówiąc brzydko, "robią" piosenki Dalidy oraz Sveva Alviti, która zwłaszcza w końcówce najbardziej przypomina piosenkarkę i wtedy chyba najbardziej to podobieństwo chwyta za serce. Reżyserka nie jest nowicjuszką czy filmową dyletantką i wie, że kręcić biografię "po bożemu" według schematu "od kołyski po grób" to w dzisiejszych czasach, scenariuszowy grzech śmiertelny. Mamy więc zręcznie zaserwowany mix życiorysu Dalidy i płynnie przechodzimy w bliższe czy dalsze retrospekcje. Udało się zamknąć film w pewną spójną całość, ale niestety kosztem pójścia niekiedy na bolesne kompromisy.
    Mężczyzn wokół Dalidy orbitowało wielu. Pokazano najważniejszych, ale nieobecność na ekranie takiego Alaina Delona była nad wyraz wymowna :) I właśnie co do wątku romansowego mam największy zarzut, bo zabrakło mi nakreślenia głębszego, psychologicznego tła dla decyzji o samobójstwie aż trzech (!) miłości życia Dalidy. Zwłaszcza jeśli chodzi o postać męża Luciena Morisse'a. Zupełnie od czapy pojawia się scena gdy mierzy do siebie z pistoletu i... pif-paf! Pozamiatane! Rozstanie z Jeanem Sobieskim też zostało potraktowane po macoszemu. Zabrakło mi również ukazania okresu nastoletniego, wygranej w wyborach miss Egiptu czy pierwszej przygody z filmem.

    Świadomość faktu, iż na tapecie mamy jeszcze do ugryzienia drugi, potężny wątek samej kariery Dalidy, jej dzieciństwa, relacji z rodziną, a metrażu magicznie nie możemy rozciągnąć do serialowego formatu, sprawia, że przymykam oko na te fabularne luki. Napawam się za to widokami i strojami, a przede wszystkim daję się porwać "Laissez-moi danser", odpłynąć przy "Bang bang" w obowiązkowym slow motion (Dolan!) i uronić łezkę na "Je suis Malade"...

    Podsumowując: Non, je ne regrette :) Jaka bohaterka taki film - piękny, elegancki, stylowy.


  • Uniosła ciężar roli. Film jest świetny; poruszający, dramatyczny. Nie wiedziałem tyle o jej życiu, rodzinie, mężczyznach itp. Wspaniałe piosenki Dalidy - może wrócą dzięki filmowi? Przecież sporo z nich to hity, o których się nawet nie wie kto je śpiewa. Jeżeli ktoś lubi dobry film biograficzny, z dobrymi piosenkami - polecam zdecydowanie.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:
o