Matryce Sachsenhausen. W obozie i w życiu.

Ważny i wartościowy film prezentujący inne niż zwykle podejście do tematu Holocaustu. Widać w nim i świat "Króla szczurów" (powieść Jamesa Clavella) i elementy klasycznego kina obozowego. Jako całość film przypomina mi trochę misternie utkaną i świadomą ..surową operę . Tę formę sztuki, która będąc momentami melodyjną, momentami prozaiczną - w tym filmie służy podkreśleniu absurdu sytuacji, śmierci, fałszywej stabilności obozowego życia. Muzyka ale też pewna prostota, plebejska a nawet archetypowa prozaiczność zachowań są nieodzownym elementem tego filmu. Do tego stopnia, że momentami odrealniają obozową rzeczywistość.

Historia, która zaczyna się w ukwieconym kasynami Monte Carlo, tanecznie przemierza rozbawiony Berlin końca lat '30 wreszcie dociera w niejasny i niebezpieczny świat obozowych reguł i zasad. Bohaterowie nie są tutaj bohaterami. Szukają swojej drogi na przeżycie. Nawet ci przeciwstawiający się systemowi są wbrew pozorom "wygodnymi opozycjonistami" - chcącymi walczyć ale tak, żeby nic im się nie stało. Film ukazuje obozową ..zwykłość(!) ludzi, zachowań, potrzeb. A że dotyczy fałszerskiej historii, która sama w sobie jest intrygująca, powoduje, że jest kinem atrakcyjnym nietuzinkowym.

Nie można rozmawiać o tym filmie bez podkreślenia mrocznej, surowej, posępnej roli Karla Markovicsa (Salomon). To kręgosłup tego obrazu i krwiobieg jednocześnie. Na dużą uwagę i uznanie zasługuje też (nie, nie.. wbrew pozorom August Diehl jako Adolf Burger) ale filmowy kontrapunkt - Major Friedrich Herzog (Devid Striesow) - postać z innej ..bajki.

    Zgłoś nadużycie

    Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu:
    o