Bardzo słaba produkcja.

Ptaki śpiewają w Kigali to kawał bardzo, ale to bardzo niedobrego kina. Na początku od razu odradzam ten film i stratę waszego czasu. Nawet nie ma co się rozpisywać o fabule, scenariuszu itd bo czegoś takiego tu nie ma. Wszystko nie trzyma się kupy, film jest bardzo chaotyczny, niepoukładany i bez większego przekazu. Na dodatek montaż tego filmu jest tak słaby, że zabija widza i wysysa wszystko co możliwe żeby chociaz spróbować dać szansę tej produkcji. Film jest za długi o 45 minut. W niektórych scenach nic się nie dzieje i są tylko zapychaczami na ekranie. Przedłużone i wyciągnięte sceny zupełnie nie mają tu sensu i proszą się o automatyczne cięcie. W najważniejszych niby dla filmu scenach, gdzie aż się prosi żeby kamera pokazała emocje bohaterów, kamera pokazuje te osoby i sceny od tylu i z daleka. Dlaczego? I to ma zbudować nastrój filmu?
Bardzo zły scenariusz, bardzo zły montaż i wiele inych składników sprawia, że te produkcja to przykład jak można źle zrobic film i jeszcze poprosić o pieniądze.
Wygląda to na ekranie jakby za produkcję filmu odpowiadali amatorzy, którzy na dodatek bawią się w eksperymenty kamerą plus dla osłody raczą nas metaforami przyrodniczymi a’la national geografic.
Film bardzo słaby co było też widać po grze aktorskiej. Blada i słaba gra aktorów a dialogi niczym z polskiego serialu spowodowały, że ten film powinien jak najszybciej skończyć swój żywot w kinach i dostać nominację do Węży w wielu kategoriach.
Pomysł filmu może i dobry, ale wykonanie i gotowy produkt to wielka bylejakość.
Jak ten film dostał jakieś nagrody na festiwalach? Jaki festiwal takie filmy.
Ocena słabe 3***

38
  • Niestety, ale jestem podobnego zdania.

    Niestandardowy sposób kręcenia i montażu filmu sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z kinem ambitnym i wyjątkowym. Szybko okazuje się, że to tylko złudzenie i to niewiele więcej niż pewien schemat i kilka powtarzających się zabiegów. Ujęcie “zza framugi”, zbliżenie na jakąś postać bądź przedmiot, scena “dokumentalno-przyrodnicza”, nieciekawy dialog w którym widzimy tylko jednego z rozmówców, znów ujęcie “z ukrycia” i tak w kółko.

    Wybierając się na film poruszający tak ciężką tematykę trudno spodziewać się by był to seans łatwy, miły i przyjemny, ale powinien być ciekawy. Ja niestety niesamowicie się wynudziłem i walczyłem z tym żeby nie zasnąć. Moim zdaniem największa wada to kiepski scenariusz. Historia tych dwóch kobiet nawet na chwilę nie zaangażowała mnie w żaden sposób i ich los był mi całkowicie obojętny. Sceny ze świata zwierząt chociaż w większości odrzucające to niektóre powiedzmy, że nawet ciekawe. Co z tego skoro wciąż miałem wrażenie, że są wciśnięte na siłę tylko po to by film wydał się bardziej “artystyczny”.

    Najgorsza jest pierwsza połowa rozgrywająca się w Polsce w której nie dzieje się nic kompletnie. Kiedy akcja przenosi się do Afryki jest chociaż cień nadziei, że zobaczymy na ekranie wydarzenia z Rwandy lub ich tragiczne skutki. Ostatecznie okazuje się, że jest tego niewiele. Wszystko to jakieś takie puste i przeciągane. Ptaki Śpiewają w Kigali są porównywane z Pokotem ze względu na to, że obydwa obrazy były rozważane jako kandydaci do Oscara. Pomimo, że obydwa nie przypadły mi do gustu to jednak cieszę się, że ostatecznie padło na ten drugi, bo film Agnieszki Holland jest chociaż “jakiś” i wiem, że może się podobać, tutaj wszystko jest bezpłciowe, nijakie i nieciekawe.

  • Ciężko się nie zgodzić z taką opinią. Mimo najszczerszych chęci po 30 minutach jedyne co czułem, to głęboką niechęć do twórców filmu, którzy nadali wyrazowi "pretensjonalność" zupełnie nowego wymiaru.

    Z technicznego punktu widzenia film jest zbyt długi a sceny niepotrzebnie przeciągnięte w czasie. Ekstrawaganckie kadrowanie i brak ostrości można by jeszcze tłumaczyć konwencją; ale konwencja musi czemuś służyć. Tutaj jest tylko ars gratia artis. Pokazywanie pleców bohaterów podczas kluczowych scen jest notoryczne, męczące i bezcelowe. Niewyraźne dialogi podczas kulminacyjnych momentów zamiast - co miało być chyba założeniem - skupiać na sobie koncentrację widza, męczą i irytują. Jak cały film zresztą. Cięcia są w niektórych momentach absurdalne i ciężko się domyślić, czemu miały służyć pewne rozwiązania. Sęk w tym, że każdy z tych problemów można zaadresować prostym - taka była wizja artystyczna. Niech będzie. Niektóre ujęcia są rzeczywiście przepiękne, a gdyby z "Ptaków" wyciąć 90% taśmy to wyszedłby całkiem przyzwoity short przyrodniczy.

    Słabość tego filmu nie leży jednak w technikaliach. Jest on przede wszystkim fatalnie napisany. I w żaden sposób nie można tego wytłumaczyć konwencją. Motywacje bohaterów nie istnieją. Relacje między nimi też są wyłącznie fikcją. Dialogi w tym filmie pisał chyba ktoś, kto nigdy w życiu nie słyszał drugiego człowieka - choć to w sumiebyło chyba celowym zamierzeniem, biorąc pod uwagę fakt, że gra w nim Anna Ilczuk. Aktorstwo leży, i nie ze względu na brak talentu (nie licząc wybitnej wrocławianki), ale ze względu na tragiczne pisanie właśnie. Marlon Brando nie wyciągnąłby nic z tego scenariusza.

    Dobra historia niekoniecznie musi mieć puentę (choć to dyskusyjne) - ale musi mieć sens. Najuważniejszemu widzowi ciężko byłoby zrozumieć, jaki jest sens Ptaków śpiewających w Kigali. Dualizm przyrody i dzieł człowieka? Ludobójstwo w Rwandzie same w sobie, czy może problem traumy po tak strasznych wydarzeniach? Miłość? Powroty? Rola rodziny w życiu człowieka? Fish out of the water? Rasizm polskiej policji? Film skacze z krzaczka na krzaczek, poświęcając każdemu problemowi około pięciu minut i oczekując, że widz zaduma się nad poruszonym problemem podczas losowo wciśniętych, trzy i pół minutowych ujęć ptaków. Co te ptaki symbolizują i po co tam są, tego - jestem niemal pewien - nie wie sama reżyserka. Chaos to bardzo delikatne sformułowanie.

    Co gorsza, refleksje scenarzystów i reżyserki są czasem podsumowywane przez aktorów. I kiedy tak się dzieje, można dostrzec jak bardzo płytkie intelektualnie jest to dziełko. Jedynym odniesieniem do absurdalnych i niczym nie wyjaśnionych ataków histerii głównych bohaterek (co akurat zostało zagrane całkiem przyzwoicie) jest pytanie Anny: "czy masz pastylki na traumę"? To jest właśnie głębia refleksji na temat przeżyć po ludobójstwie. W książeczce, którą dostałem po seansie, wyczytałem gdzieś, że reżyserka czuje "napięcie" w Polsce. Analizuje to sceną, w której dwóch policjantów (oczywiście widzimy tylko ich plecy, bo władza jest bezosobowa, oh, ah, bardzo sprytnie) indaguje Claudine o jej dokumenty. Pytają więc, czy je ma, ona odpowiada, że owszem, ma, oni pytają czy przyjeżdża jej rodzina, ona mówi, że gówno ich to obchodzi. Odchodzą więc, komentując, że hebanowa uroda jest w sumie w porządku. Trauma. Rozpacz. Głębia. Rasizm. Oczywiście nigdy wcześniej, a nie później ten problem nie będzie zaadresowany. Kiedy pojawia się refleksja nad przyczynami ludobójstwa w Rwandzie (naturalnie między główną bohaterką i losową postacią, która nigdy wcześniej ani później się w filmie nie pojawia), to puenta jest taka, że to "białe chujki po Sorbonie" są przyczyną. Czytelnikowi zostawiam analizę tej refleksji i ocenę tego jakże celnego spostrzeżenia.

    I tak cały film. Drugiej połowy, ciekawszej zresztą, oglądać się trochę już nie da, bo człowieka dopada frustracja i zmęczenie. Płycizna, chaos i brak spójnej wizji i jasnej koncepcji grzebią ten film. Film z potencjałem, który utytułowany został chyba wyłącznie po to, żeby uczcić pamięć wielkiego Krauzego. Moim zdaniem zasłużył na więcej.

    • Mam podobne zdanie o tym filmie. I o ile jeszcze potrafię znaleźć uzasadnienie dla dłużyzn z przyrodą (tak mi się przynajmniej wydaje) to ogólnie mam wrażenie, że ten film z powodzeniem mógłby być o połowę krótszy. Moim zdaniem, przyroda w tym filmie pokazuje, że zmarłych trzeba pogrzebać pogrzebać, dopiero wtedy życie będzie mogło wrócić na właściwe tory. Bo przecież widzimy te zwierzęta, które zajmują się rozkładaniwm padliny: sępy, mrówki. Poza tym krajobrazy -wrogie, palące słońce i nadciagajaca chmura. Ale też uważam, że pewne chwyty są zbyt nachalne. Bo jak inaczej ocenić scenę na lotnisku w Rwandzie, kiedy nagle Claudine decyduje się nie wracać do Polski i Anna traci ostrość, widzimy ją jak przez szybę. Widz naprawdę jest w stanie i bez tego zabiegu domyślić się, że to rozstanie. Poza tym postacie są jakieś wyrwane z kontekstu: nie wiemy co je zaprowadziło do tego miejsca, w którym się znalazły. Co się wydarzyło w życiu Anny, kim jest dla niej Witek, co się stało z córką. Relacje między nimi są płytkie, powierzchowne. A przecież to jest temat na grecką tragedię, tymczasem dostajemy to, co zostaje w głowie po niezbyt dokładnym przeczytaniu jakiegoś artykułu. Za dużo wątków i tematów zasygnalizowanych ale bez rozwnięcia.
      Ogólnie mam wrażenie, że tych dwóch godzin poświęconych na film nie odzyskam i moje życie nic nie zyskało przez to, że go obejrzałam. A to całe zamieszanie z uznaniem dla filmu-no cóż chyba jednak niedźwiedzia przysługa dla Krauzego. Zresztą mam wrażenie, że to raczej film bardziej Joanny Kos-Krauze niż jego samego.

  • Widocznie film nie trafił w twoje gusta bo mi się podobał. Przede wszystkim gra aktorska obydwu aktorek na wysokim poziomie, doskonałe zdjęcia i muzyka. Mi i wielu innym osobą na sali kinowej film wcale się nie dłużył..

  • Wróć Ty do Terminatora - i nie ośmieszaj się.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: