Damian Wiśniowski

Samuel Fuller – cichy rewolucjonista

Persona
/fwm/article/Samuel+Fuller+%E2%80%93+cichy+rewolucjonista-125340
Filmweb sp. z o.o.
http://www.filmweb.pl/fwm/article/Rozmawiamy+z+re%C5%BCyserk%C4%85+%22Twojego+Vincenta%22-125223

Rozmawiamy z reżyserką "Twojego Vincenta"

WYWIADPodziel się

"Twój Vincent" to pierwszy na świecie pełnometrażowy film wykonany techniką animacji malarskiej.

Początkowo sama chciała namalować swój film, który miał trwać zaledwie siedem minut. Wyszło inaczej. "Twój Vincent" to pierwszy na świecie pełnometrażowy film wykonany techniką animacji malarskiej. Na finałowy efekt złożyło się około 10 lat pracy i 65 000 poddanych animacji zdjęć ręcznie malowanych obrazów olejnych inspirowanych twórczością Vincenta Van Gogha. Dorota Kobiela, reżyserka i scenarzystka, absolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, opowiada nam o swojej fascynacji malarzem, z której zrodziła się jej zachwycająca wizualnie opowieść. 

***

"Twój Vincent" to kryminał. Dlaczego zdecydowała się Pani na opowiedzenie historii Van Gogha w tej właśnie konwencji, a fabuła filmu została zawężona do ostatnich dni życia malarza?

To były ostatnie dni z życia Van Gogha, ale zawsze mnie zastanawiało, co się wtedy wydarzyło. Skoro wydawało się, że wszystko już się w jego życiu układa i zmierza w dobrą stronę, skąd ten dramatyczny gest? Próbowałam odpowiedzieć na to pytanie. Miałam różne wersje historii, scenariusz cały czas się zmieniał, powstało pięć wariantów. W pewnym momencie przyjęliśmy bardziej gatunkową formułę. Uznaliśmy, że bogactwo wizualne będzie dobrze korespondowało z klasycznym opowiadaniem historii. 

Pani fascynacja postacią Van Gogha zaczęła się od lektury jego listów. Kiedy je Pani odkryła?

To było dawno. Listy czytałam, kiedy byłam w liceum plastycznym, a później na studiach, pisząc pracę magisterską. Wróciłam do nich, kiedy pracowałam nad krótkim metrażem dziesięć lat temu. Listy są dużo ciekawsze niż biografie, można się z nich dowiedzieć wielu prywatnych rzeczy o artyście. Na początku to właśnie one mnie zainspirowały, cały czas do nich wracałam. Teraz jest do nich o wiele łatwiej dotrzeć, bo zostały wydane przez muzeum Van Gogha. Są też dostępne w Internecie na stronie fundacji Van Gogha, więc można się w to wszystko fajnie wczytać.

Wspomniała Pani, że początkowo miał to być krótki metraż. Jak to się stało, że projekt rozrósł się do  filmu pełnometrażowego?


Dziesięć lat temu planowałam, że to będzie siedem minut filmu, który sama namaluję. Później okazało się jednak, że razem z Hugh Welchmanem robimy pełen metraż. Ja do tego pomysłu podeszłam dość sceptycznie, ale Hugh był zafascynowany tematem. Uznał, że ludzie kochają Van Gogha, więc pójdą do kin. Chciał spróbować. Nie wiedziałam, jak uda nam się zrobić projekt na tak dużą skalę, ale po prostu zdaliśmy się na metodę prób i błędów. Zaczęłam od swoich własnych próbek, to na szybie, to na desce, to na podobraziu. Później coś nakręciłam ze znajomymi. To były testy bez aktorów, które następnie pomalowałam. Pokazaliśmy te próbki różnym osobom, które z jednej strony uznały tę metodę za ciekawy pomysł, ale z drugiej – bały się w niego wchodzić, inwestować, bo to było coś zupełnie nowego. Nie było wiadomo, do czego coś takiego porównać i czy publiczność w ogóle będzie chciała obejrzeć taki film. Dlatego znalezienie ekipy, która uwierzyłaby w projekt, było początkowo dość trudne. Pierwsze osoby, które podjęły się wyzwania, były związane z regionem Wrocławia. Mieliśmy dofinansowanie od miasta Wrocław, które było Europejską Stolicą Kultury, od Odra-Film, czyli fundacji regionalnej ze Śląska i od CeTA (Centrum Technologii Audiowizualnej), tak więc wszystko zaczęło się w Polsce. Fundusze pozwoliły nam na realizację pierwszych zdjęć. Dopiero potem mogliśmy zrobić pierwsze testy malarskie i w ten sposób zachęcić resztę koproducentów do współpracy. 

Film powstał w koprodukcji z Wielką Brytanią. 


W Wielkiej Brytanii udało nam się zdobyć koproducenta. Trademark Films to duże studio, które ma na swoim koncie takie produkcje, jak: "Mój tydzień z Marilyn" czy nagrodzony Oscarami "Zakochany Szekspir". Trademark Films ma rozbudowaną siatkę kontaktów filmowych, zresztą zdecydowaliśmy z Hugh, że będzie to film w języku angielskim. W związku z tym chcieliśmy zatrudnić angielskich aktorów, więc niewątpliwie to pomogło.   
      
"Twój Vincent" jest pierwszym na świecie pełnometrażowym filmem wykonanym techniką animacji malarskiej. Na czym to polega?

Film kręcony był z aktorami. W ten sposób powstały referencje, które malarz później przewijał na ekranie. Oglądał klatkę po klatce, każdą z nich następnie malował na podobraziu farbą olejną, podobnie jak malarz maluje portret ze zdjęcia. Tylko że w naszym przypadku tych obrazów trzeba było stworzyć dwanaście, żeby utworzyły sekundę filmu. To były fazy ruchu.
Animacja poklatkowa malarska polega na tym, że każda klatka została namalowana, sfotografowana, potem zdjęta, a następnie zamalowana jeszcze raz.
Dorota Kobiela
Jeżeli dany fragment filmu miał nawiązywać do stylu obrazów Van Gogha, to był malowany techniką impastu i kolorowo, a kiedy były to fragmenty czarno-białe, stosowaliśmy technikę bardziej przypominającą rotoskopię. Wówczas malarze mieli więcej referencji rzuconej z rzutnika na podobrazie.

Taka technika wymaga udziału profesjonalistów. 


Tak. Na samym początku ekipa malarzy miała składać się tylko z artystów z Polski, ewentualnie z Ukrainy – ze względu na warsztat. Na Zachodzie zazwyczaj kursy są krótsze i bardziej wszechstronne, bo obejmują różne media i dziedziny, a u nas edukacja artystyczna jest bardzo specyficzna, ponieważ polega na kształceniu umiejętności w konkretnej dziedzinie. I w ten sposób można przez pięć lat uczyć się na przykład malarstwa, co skutkuje dobrym warsztatem. 

Nad filmem pracował zespół 125 malarzy z różnych krajów. Jak trafili do tego projektu?

Ogłosiliśmy na różnych forach, że poszukujemy ludzi do projektu i napłynęły portfolia. Były ich setki. Następnie na podstawie tych portfolio zaprosiliśmy malarzy na testy – można by powiedzieć "castingi" malarzy, którzy przez trzy dni malowali próby animacji w stylu Van Gogha. Ci, którzy się dostali, przechodzili szkolenie. Przez pierwszy rok-półtora wszystko działo się tylko w Polsce. Później dołączyła do nas mocna grupa z Ukrainy. W końcu, uświadomiliśmy sobie, że deadline się nie zmienia, a my jesteśmy w niedoczasie, więc przydałaby nam się większa grupa. Rozpowszechniliśmy informację o naborze artystów, ale fakt, że zgłosiły się osoby z całego świata, był trochę zbiegiem okoliczności i przypadkiem, na który nie do końca mieliśmy wpływ. Rzeczywiście, w internecie dostępna była strona z rekrutacją. Można było tam zobaczyć zwiastun filmu, malarze mogli zobaczyć, jak to wygląda i co to w ogóle jest. I ten zwiastun został przejęty przez fanklub (Kirka – przyp. red) Douglasa, następnie powieszony na ich Facebooku i nagle miał ileś tam milionów wyświetleń. Ten viral sprawił, że dostaliśmy pięć tysięcy zgłoszeń z całego świata. Dobrze się złożyło, bo to był taki moment, kiedy byliśmy już trochę zmęczeni i potrzebowaliśmy świeżej krwi.

W przypadku "Twojego Vincenta" stwierdzenie "kino to sztuka ruchomych obrazów" można traktować w sensie dosłownym. Skąd pomysł na zastosowanie tak pracochłonnej techniki?

Bardzo chciałam opowiedzieć o malarzu poprzez jego sztukę i poprzez jego malarstwo. To się zaczęło już na etapie krótkiego metrażu, kiedy planowałam po prostu namalować film. Vincent uwieczniał ludzi i swoje najbliższe otoczenie. Malował nie z wyobraźni, tylko z tego, co widział wokół. My też chcieliśmy stworzyć materiał, na który artyści będą patrzeć, a następnie malować. I chociaż proces rozwijania tego pomysłu trwał wiele lat, wszystko płynęło bardzo naturalnie.

Czy sceny aktorskie były kręcone tylko i wyłącznie w studiu? Czy odwiedzili Państwo Holandię albo południową Francję, gdzie rozgrywa się akcja filmu?


Wszystko było kręcone w studiu, aczkolwiek wycieczki do tych miejsc odbyliśmy wcześniej podczas zbierania dokumentacji. Robiliśmy też zdjęcia, które wykorzystaliśmy później, ale cały film był kręcony w studiu CeTA we Wrocławiu i w Londynie. 



Główną inspirację w pracy nad filmem stanowiła dla Państwa twórczość Vincenta Van Gogha. Wiem także, że inspirowali się Państwo kinem noir oraz "Obywatelem Kane'em". Czym jeszcze?

Ta historia jest też bardzo pozytywna, w pewnym sensie optymistyczna. Mimo tego, jak wyglądało życie Vincenta, jego marzenie się spełniło.
Dorota Kobiela
Na początku główną inspirację stanowiły dla nas dokumenty śledcze, takie jak "Cienka, niebieska linia" Errola Morrisa czy brytyjski dokument "Dreams of a Life". Oglądaliśmy też animacje. Oczywiście obejrzeliśmy wszystkie filmy o Van Goghu, jakie powstały. Staraliśmy się jednak nie iść za ich przykładem. Po co robić coś, co już zostało zrealizowane.

Muzykę do "Twojego Vincenta" skomponował Clint Mansell, autor ścieżek dźwiękowych do takich filmów, jak "Requiem dla snu" czy "Czarny łabędź". Skąd taki wybór?

Clint Mansell był od początku przy tym filmie, nawet o tym nie wiedząc. Słuchałam jego muzyki z innych filmów, kiedy pisaliśmy scenariusz. Trudno wyjaśnić, dlaczego akurat ta muzyka tak bardzo mnie inspirowała, bo to jest bardzo indywidualne i intuicyjne. Muzyka Mansella była tak blisko tego projektu od samego początku, że nie wyobrażałam sobie współpracy z innym kompozytorem.

Podczas pracy nad "Twoim Vincentem" powstało ponad 120 obrazów. Czy to właśnie one będą prezentowane na wystawie, która zostanie otwarta 14 października w Het Noordbrabants Museum w Holandii?

Wystawa będzie utrzymana w stylu "making of", bo nie są to dzieła sztuki same w sobie, ale klatki z filmu, często projekty plastyczne, obrazy, które są ciekawe, bo pokazują naszą interpretację twórczości Van Gogha przeniesioną na język filmowy. Na przykład Vincent malował coś zimą, a akcja całego filmu dzieje się w lecie, więc trzeba było zmienić porę roku. Jest na tej wystawie sekcja poświęcona przeobrażaniu prac Van Gogha na potrzeby filmu. Można na przykład zobaczyć, jak zamienialiśmy dzień w noc – tak, by utrzymać charakter obrazów malarza. Wystawa pokazuje, jak wyglądały poszczególne etapy pracy nad filmem. Pozwala też lepiej zrozumieć, co łączy bohaterów filmu i obrazy Van Gogha.

Czy w Polsce mamy szansę na podobne przedsięwzięcie?

Chciałabym zrobić taką wystawę w Polsce, ale niestety, to sporo kosztuje, więc ktoś musiałby się na to zdecydować. Są plany, żeby w mniejszej skali zorganizować coś podobnego w Gdańsku, ale szczerze mówiąc, nie wiem, czy będą zrealizowane. Bardzo bym się cieszyła, gdyby do tego doszło, bo film powstawał tutaj i ci malarze – wielu z nich mieszka właśnie w Trójmieście – mogliby zobaczyć swoje prace.

Praca nad "Twoim Vincentem" trwała około dziesięciu lat. Domyślam się, że był to długi i wyczerpujący proces, zwłaszcza że biografia Van Gogha jest przygnębiająca. Czy ten nastrój udzielał się podczas pracy? 

Ale ta historia jest też bardzo pozytywna, w pewnym sensie optymistyczna. Mimo tego, jak wyglądało życie Vincenta, jego marzenie się spełniło. Chciał poprzez swoje malarstwo trafiać do serc ludzi. Wystarczy wejść do muzeum Van Gogha, albo zobaczyć kolejkę, która codziennie ustawia się przed tym muzeum. To oznacza, że sztuka Vincenta trafia do ludzi. Moim zdaniem jest w tym naprawdę coś pozytywnego. Co więcej, podczas pracy nad filmem kierowała nami szczera fascynacja, miłość, chęć oddania pewnego rodzaju hołdu. Podeszliśmy więc do tego tematu z sercem, z tym, co czujemy w stosunku do Van Gogha i jego sztuki. Skupiliśmy się na tym, jak chcemy ją pokazać i jak o opowiedzieć o malarzu.

Ma Pani ulubiony obraz autorstwa Vincenta Van Gogha?

Co parę dni mam inny, bo to zależy od nastroju. Jest szereg obrazów, które uwielbiam za różne rzeczy, w zależności od tego, co się dzieje danego dnia. Bardzo lubię "Żniwiarza" z zielono-niebieskim, dziwnym niebem. Lubię też "Nocną kawiarnię", tam są czerwone ściany i to wszystko jest mroczne. Vincent napisał o sportretowanym przez siebie wnętrzu, że "to takie miejsce, gdzie człowiek może popełnić zbrodnię i oszaleć". I tak to pokazał. Pamiętam, że jak malowaliśmy tę scenę, ciężko było nam znaleźć ten odcień czerwieni.

Dużo było podobnych trudności do pokonania? 

Cały czas pojawiały się one na etapie technologii malarskiej. Na przykład trudno było uzyskać kolor nieba z obrazu "Gwiaździsta noc nad Rodanem". To ostatnie ujęcie w filmie. Mieszaliśmy tam kobalt i trochę żółtego, żeby to jakoś złamać zielenią, ale wciąż nie trafialiśmy we właściwy odcień. Strasznie trudno było go znaleźć, być może za czasów Van Gogha używano trochę innego rodzaju pigmentów. Mieliśmy też problem z farbami, które szybko wysychały, a nam zależało na tym, żeby były jak najdłużej mokre, a jednocześnie gęste – bo tego wymaga technika impastu. W pewnym momencie odkryliśmy olej goździkowy i to było super. Wszędzie nim potem pachniało, a to o wiele przyjemniejszy zapach niż opary farby czy terpentyny.

Co dalej? Czy planuje Pani kolejny film w technice animacji malarskiej?

Na pewno chcemy zrobić coś w podobnej technice, bo jest ciekawa i włożyliśmy w nią dużo pracy. Może jakoś ją rozwiniemy. Tym razem chcielibyśmy zrobić mroczną animację. Może coś w klimacie horroru. Prawdopodobnie pojawia się fascynacje Goyą. Nie mamy jeszcze za dużo, bo póki co byliśmy w świecie "Twojego Vincenta" i dopiero teraz usiądziemy i pomyślimy na spokojnie.
11