Michał Oleszczyk

Melvin i Howard

Reaction Shot
/fwm/article/Melvin+i+Howard-122877 Getty Images © Aaron Harris

Something Wild

REACTION SHOTPodziel się

Nie ulega wątpliwości, że jeśli idzie o przecieranie nowych szlaków, film Gerfeina pozostaje dziełem prawdziwie nowatorskim.

Żyjemy w niezwykłych czasach. Nieważne, że w schyłkowych. Nawet, jeśli to schyłek – to z niezrównanym dostępem do kina. Dzięki takim firmom dystrybucyjnych jak brytyjska Eureka! czy amerykańskie The Criterion Collection (a to ledwie czubek góry lodowej) wracają do obiegu filmy niewidziane praktycznie od dnia ich premier, żyjące wyłącznie legendą i reputacją. Takim filmem z roku 1961, przeżywającym obecnie drugą młodość jako "zapomniane ogniwo" w rozwoju amerykańskiego kina niezależnego, jest "Something Wild" Jacka Garfeina.

Oparty na zapomnianej powieści "Mary Ann" niejakiego Alexa Karmela, film był kasową porażką i na dobre pogrzebał reżyserską karierę Garfeina – wskrzeszoną dopiero niedawno i ku wielkiej uciesze tego legendarnego instruktora gry aktorskiej, związanego od początku z nowojorskim Actors’ Studio. Miejsce to, założone w roku 1947 przez Elię Kazana, a od 1952 roku kierowane przez Lee Strassberga, było oczywiście najsławniejszą szlifiernią aktorskich talentów w dwudziestym wieku: zwłaszcza rok 1951, wraz z premierą Kazanowskiego "Tramwaju zwanego pożądaniem" z Marlonem Brando, na dobre odszpuntował ową beczkę wybitnego talentu także na potrzeby kina. I o ile samemu Garfeinowi także marzyła się kariera aktorska, to dość szybko stał się przede wszystkim reżyserem, o którym sam Elia Kazan miał powiedzieć, iż "jest z nas wszystkich najzdolniejszy".

Opowieść o młodej dziewczynie, która w pierwszych trzech minutach filmu zostaje zgwałcona, a przez kolejnych sto dziesięć stara się odzyskać zgruchotaną tożsamość, była wyjątkowo odważna jak na swój czas
Niestety, Garfeinowi dane będzie nakręcić tylko dwa filmy – za to obydwa niezależne. Pierwszy, "The Strange One"(1957), podejmował temat rasizmu i pojawił się na ekranach na dwa lata przed beatinkowskim opus magnum, czyli "Cieniami" (1959) Cassavetesa. "Something Wild" dotknęło kolejnego tematu tabu, jakim był i pozostaje gwałt. Opowieść o młodej dziewczynie, granej przez Carroll Baker (ówczesną żonę i partnerkę biznesową Garfeina), która w pierwszych trzech minutach filmu zostaje brutalnie zgwałcona, a przez kolejnych sto dziesięć stara się odzyskać zgruchotaną tożsamość, było filmem wyjątkowo odważnym jak na swój czas. Przy czym nie chodziło tylko o realistyczną scenę samego gwałtu (reżyser skupia się na takich szczegółach, jak kamień wbijający się w nagie biodro przygniecionej do ziemi dziewczyny), którą przebije dopiero Hitchcock w "Szale"(1972), ale o radykalne skupienie się na kobiecej stronie doświadczenia nagiej seksualnej przemocy.

Garfein, Żyd urodzony w dzisiejszym ukraińskim Mukaczewie w roku 1930, stracił całą rodzinę w Holokauście i sam uszedł z życiem jedynie cudem. Kiedy po wojnie wylądował w Nowym Jorku, miał na sobie tylko płaszcz, stanowiący cały jego dobytek. Dziś przyznaje, że opowieść o brutalnie straumatyzowanej dziewczynie, której cały świat ulega strzaskaniu i która – wedle jej słów – "nie wie, kim jest", tak naprawdę stanowiła nieświadomą próbę przepracowania wojennej traumy przez samego twórcę. Jeśli dodać do tego fakt, że grająca główną rolę Baker urodziła się w rodzinie polskich katolików w Pennsylwanii i przeszła dla męża na judaizm, dostaniemy ciekawą fuzję wschodnioeuropejskiej wrażliwości w samym sercu amerykańskiego kina independent (przypomnijmy, że równie centralni dla tego ruchu Andy Warhol i Jonas Mekas pochodzili ze Słowacji i Litwy). W tym świetle bardzo ciekawym detalem sceny gwałtu jest spadający z dziewczęcej szyi prosto w błoto krzyżyk – religia chrześcijańska wydaje się twórcy bezsilna w zderzeniu z bezsensownym okrucieństwem.

Z dzisiejszej perspektywy – także dzięki rewelacyjnej cyfrowej rekonstrukcji obrazu i dźwięku – film uderza dużą nowoczesnością środków. Pierwszy kwadrans pozbawiony jest słów całkowicie: poznajemy Mary Ann w ciszy, w ciszy obserwujemy dokonaną na niej zbrodnię, w ciszy świadkujemy, jak wraca do domu rodziców, przytula się do kaloryfera, drzemie, a wreszcie tnie zbrukaną sukienkę na kawałki i spuszcza skrawki w klozecie. Tak nie opowiadało się w roku 1961 – nic więc dziwnego, że po premierze sam Otto Preminger doradzał Garfeinowi, by zdubbingował film w jakimś języku europejskim, a na pewno będzie hitem. Już zresztą sekwencja czołowa, zaprojektowana przez legendarnego grafika Saula Bassa, wybija film ponad przeciętność: nowojorska masa ludzka i architektura wchodzą ze sobą w piękne wertykalne dysonanse (przypominające nieco wcześniejszy projekt artysty, ten z "Północy – północnego zachodu" (1959) Hitchcocka, w którym animowane na zielonym tle linie w końcu schodzą się w obraz siedziby głównej ONZ).



Jak na film niezależny zrealizowany za parę groszy, "Something Wild" może poszczycić się jeszcze co najmniej dwoma współpracownikami z najwyższej półki: za zdjęcia odpowiedzialny jest bowiem operator Eugen Schüfftan, urodzony we Wrocławiu niemiecki Żyd, który nie tylko odegrał ważną rolę przy opracowaniu nowatorskich technik efektów specjalnych przy "Nibelungach" (1924) i "Metropolis" (1927) Fritza Langa, ale też przydał "Ludziom za mgłą"(1938) Marcela Carné ich zadymionej, portowej poezji. Wsławiony pracą przy arcydziele horroru, jakim okazały się "Oczy bez twarzy" (1960) Georgesa Franju, w roku 1962 będzie odbierał Oscara za czarno-białe, szerokoekranowe zdjęcia do "Bilardzisty" (1961) Roberta Rossena – ale wpierw nakręci właśnie "Something Wild", chwytający z niesłychaną świeżością zarówno rozwibrowane życiem ulice Nowego Jorku (zwłaszcza okolice Times Square i Harlemu), ale i nadając scenom nocnym z samego początku prawdziwie ekspresjonistycznej atmosfery. Dodajmy do tego muzykę Aarona Coplanda, jednego z amerykańskich gigantów kompozytorskich XX wieku, a okaże się, że przy niepozornym filmie Garfeina pracowała prawdziwa śmietanka i aż dziw bierze, że dystrybucja pod egidą United Artists była na tyle niemrawa, że zaowocowała zniknięciem filmu z ekranów tuż po pierwszej fali słabych recenzji oraz powszechnej obojętności. 

Nie ulega wątpliwości, że jeśli idzie o przecieranie nowych szlaków, film Gerfeina pozostaje dziełem prawdziwie nowatorskim
O ile pierwsza połowa filmu nakręcona jest głównie w miejskich plenerach i w brudnym pensjonacie, w którym w ramach ucieczki od świata zaszywa się Mary Ann, o tyle połowa druga to w zasadzie sztuka teatralna na dwoje aktorów w jednej, zamkniętej przestrzeni. Po tym, jak samobójcza próba Mary Ann zostaje przerwana przez nieznajomego milczka – mechanika samochodowego granego przez Ralpha Meekera – film zmienia kierunek o 180 stopni. Mike więzi Mary w swoim obskurnym mieszkaniu, a ta poddaje się tej niewoli prawie z ulgą, tym bardziej, że nie ma w niej (zrazu) elementu fizycznej przemocy. Niejednoznaczna, ciernista reakcja zwalistego mężczyzny z piękną dziewczyną przybiera formę psychodramy tym duszniejszej, że każdy widz w roku 1961 pamiętał Meekera przede wszystkim jako ultrabrutalnego prywatnego detektywa Mike’a Hammera w barokowo sadystycznym noirze Roberta Aldricha – czyli w "Śmiertelnym pocałunku" (1955), opartym na prozie klasyka gęstej jak smar mizoginii, Mickey’ego Spillane’a.

Pojedynek aktorski Baker i Meekera w ich długich wspólnych scenach w mieszkaniu, rozgrywany głównie bez udziału słów, pozostaje jednocześnie najbardziej kontrowersyjnym i fascynującym elementem "Something Wild": nie ma żadnej wątpliwości, że pod względem dramaturgicznym są to sceny totalnie niedopracowane, stanowiące niemal surowy materiał teatralny, jaki zazwyczaj widzi się wyłącznie na próbach, kiedy aktorzy dopiero ociosują własne emocje i pływają w zupie nieokreślonych, rozpoznawanych ad hoc impulsów. Mimo to, a może właśnie dlatego, mamy w tych scenach jeden z najlepszych dokumentów na temat metod stosowanych w Actors’ Studio, jakie możemy sobie wymarzyć. Aż do czasu "Out 1" (1971) Jacquesa Rivette'a nie będzie filmu tak zanurzonego w sam proces szukania postaci przez aktora - a moja własna wizyta w Actors’ Studio, gdzie w roku 2015 miałem przyjemność obserwować zamknięty warsztat prowadzony przez Ellen Burstyn, zaświadcza o trafności zapisu Garfeina. Baker i Meeker  to odpychają się od siebie, to dopadają się wzajemnie w konwulsjach – niektóre gesty przekonują bardziej, niektóre mniej. Mimo to ani przez moment nie wątpimy, że oto na naszych oczach i w czasie rzeczywistym – trochę jak w pamiętnej transformacji w "Amerykańskim wilkołaku w Londynie" (1981) – dokonuje się dziejowa mutacja samej sztuki ekranowego aktorstwa.

Temat erotycznej paniki straumatyzowanej młodej kobiety już w roku 1965 podejmie – i to ze znacznie większym powodzeniem artystycznym – Roman Polański we "Wstręcie". Nie ulega jednak wątpliwości, że – przynajmniej jeśli idzie o przecieranie nowych szlaków – film Gerfeina pozostaje dziełem prawdziwie nowatorskim, które obecnie, dzięki wysiłkom kuratorów i dystrybutorów, każdy z nas może za całkiem rozsądne pieniądze zakupić i obejrzeć. Jako mieszkańcy globalnej filmoteki każdego dnia uzyskujemy coraz większy dostęp do światowego archiwum – i mimo że owocem tej dostępności może być klęska nadmiaru, o której pisałem w niniejszym cyklu miesiąc temu, zawdzięczamy jej także niejedno istotne odkrycie – takie jak "Something Wild"
5