Recenzja filmu Pomiędzy słowami (2017)
Urszula Antoniak

Podobnie jak poprzedni film reżyserki, "Strefa nagości", "Pomiędzy słowami" to kino stawiające odbiorczy opór, chłodne, miejscami bliższe wizualnemu esejowi. Taki już paradoks jej filmografii: ...
Filmweb sp. z o.o.
Aktor to fakty: twarz, ciało, sposób mówienia. Aktor to wspomnienie: dawne role zapisane w pamięci widzów. Aktor to potencjał: możliwość naginania faktów i wzmacniania - bądź negowania - tego wspomnienia. Nieprzypadkowo aktorów z grubsza można podzielić na dwa typy: takich, którzy pielęgnują emploi, wciąż grając "tę samą" rolę, oraz takich, którzy są kameleonami, kompulsywnie zmieniającymi wagę, akcent i fryzurę. Dobry casting polega często na wyważeniu tych skrajności, na odnalezieniu kompromisu między ograniczeniami a plastycznością danego emploi. Wszystko po to, by człowiek z krwi i kości i charakter z kartki papieru mogli spotkać się w pół drogi, tworząc iluzję, którą nazywamy postacią. To zawsze pojedynek: namacalność ludzkiego ciała kontra coś nieuchwytnego, coś "ponad", coś - a jakże - pomiędzy słowami.

Urszula Antoniak wznosi się tym razem na poziom meta: zarazem daje nam najlepiej obsadzonego w historii Jakuba Gierszała, jak i opowiada o egzystencji jako roli, o próbie zmiany życiowego emploi. Wychowany za zachodnią granicą Gierszał, bezbłędnie mówiący po niemiecku, ze swoją posągową, aryjską urodą i powściągliwym sposobem bycia, jest idealnym odtwórcą postaci Michaela. Michaela, a w zasadzie: Michała, mieszkającego w Berlinie Polaka, który odciął się od korzeni, ułożył sobie życie jako bogaty prawnik i "gra" Niemca. Przechadzający się w nowoczesnych wnętrzach, gładki i wyprasowany niczym model z Billboardu, z perfekcyjnym akcentem, Michał nie pasuje do wygodnych myślowych szufladek. Nie jest ani figurą emigranta zmagającego się z własnym nieprzystosowaniem na obczyźnie, ani tym bardziej figurą emigranta-Polaka. Zamiast pielęgnować mit narodowej Arkadii, stara się przecież wymazać ze swojego image’u wszelkie ślady polskości. Co to za Polak, który chce zostać Niemcem! - zakrzyknąłby zapewne na jego widok jakiś zagorzały patriota. Zakładając oczywiście, że rozpoznałby w nim rodaka - nikłe szanse.
  
Jest tu trochę z Gombowiczowskiej zabawy w od-pupianie i ucieczkę od gęby, a trochę z pokoleniowego marzenia wyrażonego przez Dominikę Dymińską w książce "Danke". Młoda pisarka w swoim samozwańczym "poemacie romantycznym" postulowała przecież: "nie wieder heimat, nie wieder warschau, nie wieder polen". Niby też w języku romantyków, ważne jednak, że nie Polaków. Gierszałowski Michał, dzięki karnacji oraz perfekcyjnemu niemieckiemu, może zrealizować to marzenie - niedostępne choćby dla identyfikowalnych przez sam kolor skóry uchodźców z Afryki, których mija na ulicy i w obronie których staje w sądzie. Ale polskość i tak wypływa na wierzch. Rysa na perfekcyjnej fasadzie Michała pojawia się wraz z przybyciem ojca, Stanisława, uznanego za zmarłego, niewidzianego od lat. Wymięty, stanowiący całkowite przeciwieństwo Gierszała Andrzej Chyra jest tu trochę jak fantom z porzuconego kraju: jakiś romantyczny duch, włócząca się tu i tam artystyczna dusza. Niby obywatel świata, a jednak do szpiku kości polski.

Antoniak z premedytacją organizuje starcie dwóch tak różnych aktorskich - i życiowych - emploi. Bohaterowie Gierszała i Chyry nie tylko zmagają się z własnymi maskami, ale i przeglądają w sobie nawzajem, testując role "ojca", "syna", "emigranta", "obcego". Role w równej mierze auto-kreowane, co kształtujące się w relacji, dopowiadane przez kontekst, przez kontakt z drugą osobą. Panowie wyruszają w miasto, trochę rozmawiają, trochę mierzą się wzrokiem, testują: kto odniósł sukces, kto się sprzedał, kto przegrał, kto wygrał. A kontrapunktem dla tego męskiego wzajemnego sondowania jest pierwiastek żeński: postać mieszkającej w Berlinie Polki (Justyna Wasilewska). Majacząca gdzieś na marginesach filmu dziewczyna pokazuje inną, trzecią drogę gry w emigrację. Bliższą zabawie, luźniejszą, bez kurczowego trzymania się pisanych wielką literą Tożsamości. Manifest? Trudno powiedzieć. Można jedynie wyliczyć poszlaki: Antoniak jest kobietą i emigrantką (mieszka w Holandii), a Wasilewska nieco przypomina ją urodą.

Ta enigmatyczność, migotliwość jest znamienna. Podobnie jak poprzedni film reżyserki, "Strefa nagości", "Pomiędzy słowami" to kino stawiające odbiorczy opór, chłodne, miejscami bliższe wizualnemu esejowi. Taki już paradoks jej filmografii: niby cielesnej i zmysłowej, a jednak bardzo "mózgowej", analitycznej. Przy tym jednak - raczej niewerbalnej. Tytuł filmu sugeruje przecież jasno: słowa są tu drugorzędne wobec gry spojrzeń, tańca ciał w przestrzeni, czarno-białej zasady kolorystycznej. Antoniak przepisuje filozoficzne, socjologiczne, psychologiczne wątpliwości na kolejne obrazy; zamiast pytać wprost, prowokuje do spojrzenia z ukosa, przekrzywienia perspektywy. Nieprzypadkowo Berlin w obiektywie Lennerta Hillegego wygląda tu tak nieznajomo, anonimowo. Nawet odgłos grzechoczących w kieliszku kostek lody brzmi jak coś nie z tego świata. Pasuje: w końcu to film o obcych. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 82% uznało tę recenzję za pomocną (11 głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry