Recenzja filmu Moja matka (2015)
Nanni Moretti

Ból istnienia, ból tworzenia

Moretti wciąż robi kino nieznośnie deklaratywne i wsobne. Szpilki wbijane amerykańskiemu systemowi produkcyjnemu są już z lekka zardzewiałe, podobnie zresztą jak pomnik, który reżyser wykuwa ...
Filmweb sp. z o.o.
"Niech żyje reżyser!" – słyszymy w jednej ze scen "Mia Madre". Toast wznosi sam Nanni Moretti, lecz wpisana w jego nowy obraz ironia sprawia, że niewiele w tym okrzyku bufonady, a więcej determinacji i goryczy. Być może kino nie pozwoli nam zrozumieć świata i nie sprawi, że się z nim pogodzimy, ale koniec końców i tak warto je robić – przekonuje w swoim nowym filmie Włoch.


Już w pierwszej scenie lądujemy na planie filmowym, gdzie Margherita, reżyserka dramatu społecznego o protestujących robotnikach, próbuje okiełznać chaos. Ludzie za szybko forsują kordon, policjant zbyt mocno pałuje człowieka pracy, a potraktowani armatkami wodnymi statyści nie nadają się do błyskawicznego dubla. To oczywiście mały dramat, większy rozgrywa się poza planem: postępująca choroba matki wysysa życie również Margherity. Kobieta coraz gorzej znosi wizyty w szpitalu, coraz trudniej jej chodzić w butach singielki, coraz częściej wspomina utracone szanse. Kiedy widzimy ją na zakupach po długim dniu na planie, niepozorny obraz ma siłę rażenia armatniego wystrzału – mało jest ujęć, które w tak błyskawiczny i precyzyjny sposób sprowadzają artystów (lub "rzemieślników kina", jak zapewne powiedziałby Moretti) z firmamentu na ziemię.


Niestety, całość jest o wiele mniej subtelna niż wskazuje na to powyższy opis. Moretti wciąż robi kino nieznośnie deklaratywne i wsobne. Szpilki wbijane amerykańskiemu systemowi produkcyjnemu (reprezentowanemu przez karykaturę Stranieriego, amerykańskiego aktora o włoskich korzeniach i twarzy Johna Turturro) są już z lekka zardzewiałe, podobnie zresztą jak pomnik, który reżyser wykuwa europejskiej tradycji filmowej. Jego kinofilskie fascynacje przekładają się na serię scen, w których bohaterowie – najczęściej na drodze pretensjonalnej pogadanki – wyciągają "z mroków przeszłości" dawnych mistrzów. A jednak w myśl zasady, że nawet zepsuty zegar pokazuje dwa razy dziennie prawidłową godzinę, zdarzają się świetne momenty. W najlepszej scenie, wyciągniętej rodem z autotematycznych odlotów Felliniego, bohaterka śni o korowodzie widzów czekających na premierę jej dzieła. W jednym ujęciu kamera podąża za Margheritą wzdłuż kolejki, zaś z ludzkiej magmy wyłaniają się znajome twarze. Wreszcie kobieta rozpoznaje w tłumie siebie sprzed lat – przypomina sobie, jak bezceremonialnie odtrąciła zakochanego w niej chłopaka. Ów gest odwrotu, ucieczki, będzie powracać w jej życiu wielokrotnie.

Moretti patrzy na tę szamotaninę z empatią i czułością. Nie czyni z dziesiątej Muzy lekarstwa na samotność, nie upiera się, że kino jest odpowiedzią. Twierdzi jednak, że przekładając własne doświadczenia na taśmę filmową, filtrując je przez inny język, jesteśmy w stanie spojrzeć na życie z dystansu; możemy zamienić znój codzienności w całkiem niezłą opowieść i dostrzec w nim coś szlachetnego, prywatnego. Cóż, dobre i to.  

Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 66% uznało tę recenzję za pomocną (47 głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły