Recenzja filmu The Disaster Artist (2017)
James Franco

Buntownik bez polotu

"The Disaster Artist" proporcje wyważone są po aptekarsku. Krytyka Hollywoodu zrównoważona jest wiarą w jego zdolność odsiewania ziarna od plew, a przejęciu losem bohaterów, którzy – choć ...
Filmweb sp. z o.o.
W połowie lat 90. nikomu jeszcze nieznani Matt Damon i Ben Affleck napisali scenariusz filmu, w którym sami zamierzali zagrać. Ich talent i determinacja doprowadziły do jego powstania – "Buntownik z wyboru" przyniósł im Oscara za najlepszy oryginalny scenariusz i stał się skwapliwie przez aktorów wykorzystaną przepustką do Hollywood. Znana to historia. Kto jednak słyszał o tym, że kilka lat później, tworząc dzieło nazwane "The Room", podobny szturm na Fabrykę Snów podjął niejaki Tommy Wiseau w duecie z Gregiem Sestero? Prócz miłośników midnight movies, wśród których ich film osiągnął kultowy status, zapewne niewielu. Historię powstawania "The Room" na podstawie wspomnień samego Sestero w scenariusz ubrali Scott Eric Neustadter i Michael H. Weber, autorzy "500 dni miłości", a na ekran przeniósł ją James Franco. Zrobił to z humorem, polotem i, jakżeby inaczej, sobą samym w roli głównej. A idzie to tak…

Tommy (Franco) i Greg (Dave Franco) spotykają się w San Francisco na kursie aktorskim. Łączy ich marzenie o wielkiej karierze, dzieli wszystko inne. Tommy na scenie szarżuje, jest pewny siebie, nie boi się chodzenia własnymi drogami. Greg, choć ma lepsze warunki fizyczne, nie potrafi się ośmielić, odnaleźć własnego głosu. Pomaga mu w tym ekscentryczny kolega, któremu on z kolei uzupełnia braki w edukacji filmowej, pokazując choćby "Buntownika bez powodu". Zaprzyjaźniają się. Ku przerażeniu matki Grega, białym mercedesem Tommy'ego wyruszają na podbój Hollywood. Wierzą w magiczne połączenie sił i amerykański sen. 

Los Angeles uparcie jednak broni się przed tym najazdem, nie chcąc nie tylko rozwinąć przed nimi czerwonego dywanu, ale nawet dać im do zagrania skromnej rólki. Greg trafia wprawdzie do dobrej agencji, ale nie znajduje angażu; Tommy'ego czeka zdecydowanie więcej upokorzeń. Odrzucony ze względu na wiek, niestandardowy wygląd i wschodnioeuropejski akcent, postanawia sam wyznaczyć reguły gry. Pisze scenariusz filmu, który zamierza samodzielnie wyreżyserować, wyprodukować i wystąpić w głównej roli. Przewidział też rolę dla przystojnego przyjaciela – ale czy przyjaźń przetrwa coraz bardziej kuriozalne wypadki na planie? No i czy Hollywood jest gotowe na wizję Tommy'ego Wiseau?

Wizji Franco szybciej niż Ameryka poddała się Europa. Pokazywany wcześniej na festiwalach South by Southwest i w Toronto "The Disaster Artist" zatriumfował dopiero w San Sebastian, gdzie jury pod przewodnictwem Johna Malkovicha przyznało filmowi Złotą Muszlę. Nagroda, którą otrzymały niegdyś arcydzieła takie jak "America, America" Kazana czy "Badlands" Malicka (a także polskie "Ewa chce spać", "Dyrygent" i "Yesterday") wywołała zaskoczenie. Choć film, ze względu na gwiazdorski status Jamesa Franco, był jednym z najbardziej oczekiwanych punktów festiwalu i podobał się zarówno publiczności, jak i krytykom, jednocześnie odstawał od bardziej arthousowych czy eksperymentalnych tytułów w konkursie (a takie zwyciężały tu w ostatnich latach). Pojawiały się opinie, że wsparty przez Warner Bros. film nie potrzebuje wyróżnienia prestiżowego festiwalu tak bardzo jak kameralne dzieła mniejszych kinematografii. Oraz największa kontrowersja: "The Disaster Artist" jest komedią, a poważne jurorskie gremia doceniają zazwyczaj dzieła dramatyczne. 

Nie podzielam tych głosów – trudno z komunikatywności filmu, przejrzystej struktury narracyjnej czy zdolności rozbawienia publiczności czynić zarzut. W łączącym tradycję dzieła biograficznego z konwencją filmu o filmie "The Disaster Artist" proporcje wyważone są po aptekarsku. Krytyka Hollywoodu zrównoważona jest wiarą w jego zdolność odsiewania ziarna od plew, a przejęciu losem bohaterów, którzy – choć naszkicowani kilkoma kreskami – pozostają wiarygodni, towarzyszy życzliwy chichot z ich przywar. I to właśnie komizm jest największą siłą filmu, który swoje spełnienie osiąga w świetnej scenie premiery "The Room". Podczas niej obie sale, ta na ekranie i ta przed nim, jednocześnie zanosiły się śmiechem. Nie wiem, czy Złota Muszla pomoże filmowi zapisać się na kartach historii kina, na pewno jednak po "The Disaster Artistreżyserska kariera dobijającego czterdziestki Franco – inaczej niż bohatera jego filmu – nabierze rozpędu.

Jego sukces jest tym większy, że maczał on palce prawie we wszystkich etapach powstawania filmu: grał, reżyserował, produkował, zatrudnił też swoich krewnych (braci Dave'a i Toma oraz szwagierkę Alison Brie) oraz przyjaciół: Setha Rogena czy Judda Apatowa. Choć na ekranie migają także Sharon Stone, Zac Efron czy Jacki Weaver, "The Disaster Artist" to przede wszystkim popis aktorski Jamesa Franco. By zagrać Wiseau, postanowił się oszpecić, pozbyć słynnego błysku w oku i miliondolarowego uśmiechu, scedowanego tu na brata. Wątpliwe jednak, by wysiłki te zauważyła Amerykańska Akademia Filmowa, która – choć lubi tego rodzaju metamorfozy – za komediami nie przepada. 

Prywatny charakter powstawania filmu na pewno przyczynił się do jego radosnego, niewymuszonego charakteru, ale i zaważył na tym, co udało się mniej. Pomimo że Dave Franco i Alison Brie są małżeństwem, między graną przez nich parą zupełnie nie czuć chemii. Nie wybrzmiał też delikatnie sugerowany erotyczny podtekst zainteresowania Tommy'ego Gregiem – czyżby ze względu na więzy krwi braci Franco? Możliwe, że reżyser celowo postanowił pozbawić film erotycznego napięcia: dzięki temu "The Disaster Artist" pozostaje opowieścią o inspirującej roli przyjaźni, a przede wszystkim pochwałą nieśmiertelnej wiary w amerykański sen. W Hollywood wciąż może się on ziścić – jeśli nie jako "Obywatel Kane", to jako "Obywatel Kane wśród najgorszych filmów", jak nazwano "The Room".
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 82% uznało tę recenzję za pomocną (57 głosów).
Adam Kruk
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry