Recenzja filmu Człowiek słoń (1980)
David Lynch

Ludzka twarz potwora

Może wydawać się to dziwne, ale do realizacji tego filmu doprowadził Mel Brooks. On też, zachwycony "Głową do wycierania", powierzył reżyserię Davidowi Lynchowi. I w sumie "Człowieka słonia" ...
Filmweb sp. z o.o.
Może wydawać się to dziwne, ale do realizacji tego filmu doprowadził Mel Brooks. On też, zachwycony "Głową do wycierania", powierzył reżyserię Davidowi Lynchowi. I w sumie "Człowieka słonia" poniekąd można traktować jako nieoficjalną kontynuację "Głowy...". Oba filmy mają ze sobą bardzo wiele wspólnego - przede wszystkim traktują o inności i braku akceptacji...

Są osoby, które zarzucają Lynchowi, że zrobił jak najbardziej zwykły film (pomijając oczywiście tytułowego bohatera, który na pewno nie jest zwykły). Brakowało im lynchowskiego surrealizmu obecnego w innych dziełach reżysera. Jednak zapominają chyba, że David ma na swoim koncie również takie pozycje, jak "Diuna", "Blue Velvet" czy wreszcie "Prosta historia", które - choć momentami zahaczają o surrealizm - są "normalnymi" filmami. Podobnie jak "Człowiek słoń". Surrealistyczny jest tylko początek (no i jeszcze sen człowieka słonia), w którym widzimy kobietę stratowaną przez słonia. "Dziwnym" zbiegiem okoliczności przypomina to gwałt. Poza tym Lynch chciał podejść do tematu bardzo poważnie - w końcu to prawdziwa historia, której należał się szacunek. Reżyser postanowił za to delikatnie nawiązać do chyba najważniejszej historii poruszającej sprawy inności - filmu Toda Browninga pt. "Dziwolągi". Zapewne między innymi z tego powodu zdecydował się nakręcić "Człowieka słonia" na czarno-białej taśmie.

David Lynch po raz kolejny udowadnia tutaj swój talent reżyserski. Oczywiście, na ile to jest możliwe, ponieważ w pewnym stopniu był ograniczony przez producentów, którzy chcieli, żeby ten film był przystępny dla widza. Nie przeszkodzili jednak zrealizować mu własnej wizji. Wiele pomysłów jest naprawdę świetnych. Przez ponad pół godziny reżyser nie chce nam pokazać twarzy człowieka słonia. Kiedy już myślimy, że do tego dojdzie, ktoś albo coś nam ją zasłania lub też następuje ściemnienie. Tym samym napięcie narasta. I znika w momencie poznania Johna Merricka. Od tej pory Lynch prawie całkowicie rezygnuje z niepokojącego klimatu - a mógłby zrobić coś takiego jak później w "Blue Velvet" - nie chcąc, by widz uznał jego bohatera za potwora. Bo potworem nie jest on na pewno. To postać bardzo tragiczna, o wiele bardziej niż dziwolągi Browninga. One tworzyły grupę, John jest sam... Niebawem przekonujemy się także, że jest on bardziej ludzki niż niejeden człowiek, a do tego bardzo inteligentny i szarmancki. Prawdziwy dżentelmen!

W filmie ważną rolę pełni muzyka. Nie ma jej zbyt wiele, ale kiedy się pojawia, podkreśla znaczenie danej sceny. Co prawda John Morris to nie Angelo Badalamenti, z którym David nawiąże później stałą współpracę, jednak spisał się znakomicie. Dosyć istotne są również efekty dźwiękowe - najczęściej cichy szum wiatru, który powoduje lekki dreszczyk. Sporym atutem jest także obsada. John Hurt jako Merrick jest po prostu genialny. Charakteryzacja, której został poddany, mogła przyćmić samą rolę, jednak na szczęście tego nie zrobiła - to dowód, że ten facet naprawdę ma talent! Anthony Hopkins? Po co pytać, skoro to jest oczywiste? Świetnie spisali się również John Gielgud i Anne Bancroft, co oczywiście nie jest zaskoczeniem (chociaż Bancroft dostała rolę dlatego, że była żoną Mela Brooksa). Co jeszcze? W zasadzie to byłoby wszystko. Dodam tylko, że jest to jedna z najpiękniejszych historii, jaką widziałem i myślę, że powrócę do niej nie raz...
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 90% uznało tę recenzję za pomocną (48 głosów).
Mr_Myers
ocenia ten film na:
1 10 9/10 rewelacyjny

przeczytaj również recenzje użytkowników (4)