Recenzja filmu Wszystkie pieniądze świata (2017)
Ridley Scott

Mam, ale nie dam

"Wszystkie pieniądze świata" to thriller zgrabnie balansujący między historią porwanego wnuka Jean Paula a rodzinnymi negocjacjami o okup. Jednak to w tej drugiej kwestii, co nie powinno patrząc ...
Filmweb sp. z o.o.
Film, z którego wyleciał Kevin Spacey. Taka łatka już na zawsze przylgnie do nowego thrillera Ridleya Scotta. Choć sytuacja zarówno z nim, jak i z dogrywaniem Christophera Plummera na niewiele ponad miesiąc do premiery jest co najmniej dziwna, ciężko jest znaleźć kogoś, kto by na niej przegrywał (oczywiście poza samym gwiazdorem "House of Cards"). Szum wokół filmu dorzuci parę milionów do box office’u, w nominacjach oscarowych nikt "Wszystkich pieniędzy świata" nie pominie, a i dla Plummera jest to znakomita okazja do wykazania się w sytuacji kryzysowej. Ważne jednak, żeby na tych zawirowaniach nie ucierpiał sam film. A po jego seansie mogę zaświadczyć, że tak się nie stało. To dobry thriller, który ma swoje wady, jednak wynikają one z innych przyczyn.

Jean Paul Getty to najbogatszy człowiek świata. Na tyle najbogatszy, że ma Wszystkie pieniądze świata. Mieszka sobie w ogromnej rezydencji w Rzymie, ma kilka innych, z których też chętnie korzysta i ogólnie na rachunki raczej mu starczy. Jego życie nieco się komplikuje, gdy w Wiecznym Mieście porwany zostaje jego wnuk. A że porywacze więzów krwi są świadomi, żądają grubych milionów dolarów okupu. Getty tyle pewnie ma, ale nie da. A nie da dlatego, że... no i o tym jest ten film.
"Wszystkie pieniądze świata" to thriller zgrabnie balansujący między historią porwanego wnuka Jean Paula a rodzinnymi negocjacjami o okup. Jednak to w tej drugiej kwestii, co nie powinno patrząc na ostatnie dokonania Ridleya Scotta dziwić, jest zdecydowanie lepszy. Psychologiczne szachy w wykonaniu trójki głównych bohaterów wspomagane nieubłaganie upływającym czasem i niepokojem są tu znakomite i śledzenie ich jest wielką przyjemnością. Wszystko za sprawą znakomitych występów wspomnianego Plummera, Marka Wahlberga, ale przede wszystkim zawłaszczającej film dla siebie Michelle Williams, która świetnie radzi sobie z dążeniem do ekranowego celu, który niby jest na wyciągnięcie ręki, a jednak tak daleko. To występ, który, choć nie powinien pozbawić Frances McDormand Oscara, to jednak z tego filmu najbardziej godny zapamiętania. Choć oczywiście wiadomo, że nim nie będzie...

Bo każdy będzie chciał wiedzieć, jak powiódł się wprowadzany na szybko Plan B Ridleya Scotta z Christopherem Plummerem. A ten miał o tyle trudne zadanie, że postać Jeana Paula Getty’ego wydała mi się podczas oglądania po prostu skrojona pod aktorskie emploi Kevina Spacey'a. I choć pewnie nigdy nie będziemy mogli stwierdzić czy zmiana wyszła filmowi na dobre, to na pewno strata nie była duża. Jak by tutaj Spacey nie zagrał i tak nie przyćmiłby Williams.


Nie mówmy już o nieobecnych, bo mamy do osądzenia cały długi film, ten, który miałem przyjemność dziś widzieć w kinie. Tak jak wspomniałem wcześniej, lepiej radzi sobie w opowiadaniu o gierkach pomiędzy Williams, Wahlbergiem i Plummerem, ale ma też niestety część związaną z porwaniem. A za nie wzięli się w tym filmie kompletni... no ludzie kompletnie do tego nieprzygotowani. W scenach, w których pokazują oni odruchowo ofierze swoją twarz, mimo iż raczej nie powinni tego zrobić, brakuje ubarwienia ich utworem Kasi Kowalskiej, gdy ta kilka ładnych lat temu śpiewała dla Radia Zet cover megahitu RoxetteWidzę twoją twarz świetnie podkreśliłoby powagę tej sceny i to, jak bardzo wybija ona z ogólnie nieźle budowanego napięcia. Oprócz tego wyposażenie naszego młodzieńca w narzędzia, którymi może podpalić hektar traw dookoła, też nie jest dla naszych porywaczy żadnym problemem.

Troszkę przeszkadzało mi też ciągłe zmienianie miejsca akcji. Sir Ridley funduje nam tu bowiem iście bondowskie podróże po różnych zakątkach świata. Mamy Rzym, Londyn, San Francisco, Arabię Saudyjską i kilka innych. I to nie byłoby problemem. Rzecz w tym, że kiedy wmawia się nam, że w kwestii porwania liczy się każda godzina, a bohaterowie właśnie odbywają podróż w to i z powrotem między Rzymem a Anglią, bo trzeba wynegocjować kolejny milion na okup, napięcie zostaje lekko zachwiane. A zdarza się to w tym filmie kilka razy.


Charyzma aktorów i fakt, że opowieść skupia się dużo bardziej na nich, pozwala jednak przymknąć na te niedostatki oko. Film nie powinien namieszać na oscarowej gali, jeśli chodzi o samo zdobywanie nagród, jednak myślę, że danie mu nominacji aktorskich dla odgrywających główne role gwiazd będzie zgodne ze stanem faktycznym. To one bowiem sprawiają, że dwie godziny spędzone z nim na sali kinowej można uznać za udane. I dają mu dobrą ocenę, którą lekko podbija moja duża sympatia do Ridleya Scotta.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 80% uznało tę recenzję za pomocną (10 głosów).
xkolek
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)