Recenzja filmu Pierwszy śnieg (2017)
Tomas Alfredson

"Pierwszy śnieg" to dwugodzinny maraton scen spod znaku "Co oni brali?"; emocjonalnie płaski, niewiarygodny i chwilami niezamierzenie śmieszny dreszczowiec klasy B. Fani Nesbø będą na nim płakać. ...
Filmweb sp. z o.o.
Gdyby chodziło o pierwszy lepszy hollywoodzki produkcyjniak, nie robiłbym rabanu. "Pierwszy śnieg" to jednak adaptacja prozy asa norweskiego kryminału Jo Nesbø, za kamerą stanął reżyser świetnego "Szpiega" oraz jeszcze lepszego "Pozwól mi wejść", zaś w obsadzie znaleźli się m.in. Michael Fassbender, Charlotte Gainsbourg i J.K. Simmons. Po takiej załodze należy spodziewać się piękna, dobra i magii, a nie filmu, który w przyszłym roku będzie walczył o nagrodę Filmwebu w kategorii "Że co?!".

photo.title

Znakomity literacki pierwowzór wchodzi w skład liczącego 11 książek cyklu o przygodach Harry'ego Hole'a (Fassbender), nieustępliwego komisarza policji kryminalnej w Oslo. W "Pierwszym śniegu" przeciwnikiem bohatera jest seryjny morderca kobiet, którego znakiem rozpoznawczym są bałwany znajdowane przed domami ofiar. W wolnych chwilach Hole zalewa smutki cysterną Jim Beama, a także próbuje doprowadzić do ładu relację z byłą partnerką (Gainsbourg). Pod płaszczykiem misternie utkanej kryminalnej intrygi Nesbø kreśli przykry portret norweskiego społeczeństwa, w którym żony notorycznie przyprawiają mężom rogi, ojcowie wychowują cudze dzieci, a goniące za sensacją media rozmyślnie wpędzają obywateli w paranoję.

Przygody Hole'a pozornie wydają się wymarzonym materiałem do przeniesienia na ekran. Nesbø ma bowiem dar do wymyślania efektownych zwrotów akcji oraz budowania wielowątkowych, fabularnie gęstych opowieści. Dla miłośników thrillerów są one czytelniczym rajem, dla autorów ich adaptacji – drogą przez mękę. No bo jak tu przerobić na scenariusz 400-stronicową książkę, która w zasadzie… stanowi gotowy scenariusz? Nad tekstem biedziło się w sumie trzech adaptatorów (w tym autor świetnego serialu "Forbrydelsen", Søren Sveistrup), ale efekt ich prac jest, mówiąc dyplomatycznie, okropny. Filmowy "Pierwszy śnieg" to dwugodzinny maraton scen z cyklu "Co oni brali?"; emocjonalnie płaski, niewiarygodny i chwilami niezamierzenie śmieszny dreszczowiec klasy B. Fani Nesbø będą na nim płakać. Widzowie skuszeni zgrabnie zmontowanym zwiastunem oraz gwiazdorską obsadą poczują się zrobieni w bałwana.

photo.title

O tym, że nikt tu nie będzie sobie zawracał głowy takimi fanaberiami jak logika bądź psychologiczny realizm, przekonuje już prolog. Zaserwowany w nim groteskowy koktajl rodzinnej psychodramy, przemocy domowej oraz toksycznej miłości wystrzela "Pierwszy śnieg" w stratosferę absurdu. Dalej jest równie ciekawie. Kolejne wątki rozjeżdżają się na lewo i prawo, alkoholowy problem bohatera rozwiązuje się w zasadzie sam, zaś tożsamość czarnego charakteru jest strzeżona tak starannie, że równie dobrze mógłby on paradować po ekranie w odblaskowej koszulce z napisem "TO JA". Oglądając film Tomasa Alfredsona, można również odnieść wrażenie, iż policjanci z Oslo to najbardziej wyluzowana grupa zawodowa w Europie. Poza Hole'em i jego nową współpracownicą Katrine Bratt (Rebecca Ferguson) wszyscy śledczy zachowują się, jakby ścigali złodzieja paneli podłogowych, a nie psychopatycznego zbrodniarza.

Bez dobrego scenariusza Alfredson i jego aktorzy nie mają wielkiego pola manewru. Reżyser do spółki z operatorem Dionem Beebe (Oscar za "Wyznania gejszy") filmuje majestatyczne śnieżne krajobrazy, a także raz na jakiś czas bije po oczach sceną szokującej przemocy. Aktorzy dobrze się prezentują i, na ile mogą, próbują ożywić papierowe postaci. Niestety, z pustego nawet Fassbender nie naleje.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 85% uznało tę recenzję za pomocną (189 głosów).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby