Recenzja filmu Full Frontal. Wszystko na wierzchu (2002)
Steven Soderbergh

To już koniec? Uff...

Dużo się mówi o tym, że współczesne kino hollywoodzkie się okrutnie skomercjalizowało i że wszystkie powstające tam produkcje opierają się tylko na dwóch rodzajach scenariuszy - komedii ...
Filmweb sp. z o.o.
Dużo się mówi o tym, że współczesne kino hollywoodzkie się okrutnie skomercjalizowało i że wszystkie powstające tam produkcje opierają się tylko na dwóch rodzajach scenariuszy - komedii romantycznej i filmu akcji, w którym na porządku dziennym są tysiące wybuchów, przeplatanych pseudokomediowymi wypowiedziami głównych muskularnych, bądź komiksowo-fantastycznych bohaterów. Jakby w odpowiedzi na te zarzuty najbardziej znane nazwiska powzięły sobie za cel zdementowanie powyższej opinii i pojawiły się próby nawiązania do kina artystycznego i eksperymentalnego. Przykładem jest chociażby "Gerry" Gusa Van Santa czy też najnowszy film Stevena Soderbergha "Full Frontal. Wszystko na wierzchu". 

Twórca uwielbianych przez widzów i nagradzanych Oscarami produkcji zapragnął udowodnić, że można nakręcić w Hollywood film bez ekipy makijażystów, stylistów i innych średnio potrzebnych osób. Sama idea stworzenia obrazu, który istotnie różni się od ostatnich hitowych i komercyjnych dokonań reżysera jest już godna pochwały. Ale nie wystarczy się wyłamać, by od razu uzyskać arcydzieło. Jak się okazuje, twórcza wolność nie jest zawsze najlepszą opcją, a gwiazdorska obsada także nie jest miarą sukcesu. I choć znane nazwiska przyciągną do kina wielu widzów, większość z nich może poczuć się zawiedziona. Okazało się bowiem, że dla reżysera są to stanowczo za szerokie wody i zatonął, pociągając ze sobą większość gwiazdorskiej ekipy.

Długo by się rozpisywać na temat wszystkich bohaterów filmu i ich wzajemnych powiązań. Ogólnie "Full Frontal. Wszystko na wierzchu" rozgrywa się w środowisku pisarzy, aktorów, managerów i seksualnych malkontentów - kilkunastu osób, których losy w ciągu 24 godzin zazębiają się ze sobą w kulminacyjnej sekwencji, w której większość z nich pojawia się na przyjęciu urodzinowym producenta filmowego. Obraz zbudowany jest ze scen, w których uczestniczy głównie po dwóch bohaterów w różnych konfiguracjach i na różnych płaszczyznach (mamy tu motyw kręcenia filmu w filmie), a dopiero na sam koniec łączą się w jedna grupę.

Z całej plejady postaci tylko trzy są w stanie jakoś przyciągnąć uwagę widza. Pierwszą jest Lee, neurotyczna manager ds. kadr, która swoje frustracje związane z rozpadającym się małżeństwem wyładowuje na pracownikach, zwalnianych przez nią w bardzo oryginalny sposób. Dzięki aktorskiemu talentowi Catherine Keener, Lee jest przekonująco okrutna, seksowna i słodka zarazem, niezmiernie realistyczna. Kolejną interesującą postacią jest Carl, mąż Lee, właśnie zwolniony z pracy dziennikarz i scenarzysta filmu, którego kręcenia jesteśmy świadkami. Carl obawia się, że w związku z utratą pracy i... postępującym łysieniem staje się dla żony nieatrakcyjny. Jest jeszcze siostra Lee, Linda, pracująca jako masażystka, samotna dziewczyna, która tak bardzo pragnie związku, że umawia się z mężczyzną poznanym przez internet na randkę w innym mieście.

Poza wymienioną trójką reszta bohaterów jest mdła, nieokreślona, pozbawiona głębi i zupełnie niewzbudzająca zainteresowania. Przyczyną tego stanu rzeczy jest w dużej mierze samo podejście reżysera, który trzymał swoje postacie na dystans, nigdy się do nich nie zbliżając i nie wyrażając dla nich zrozumienia. Ale też trudno mu się dziwić, skoro już w scenariuszu opisano ich jako ludzi pustych, bezbarwnych, litujących się tylko i wyłącznie nad własnym losem. Ich rozmowy prezentują wyłącznie zapatrzenie w siebie i bardzo wyświechtane poglądy.

Film miał być podobno opowieścią o nieudanych próbach nawiązania porozumienia między ludźmi. Być może w pewnym stopniu faktycznie tak jest, jednak gdy ci ludzie są tak pozbawieni głębi i mało interesujący, trudno im współczuć ani też się dziwić, że owe próby nigdy nie okażą się sukcesem. Z braku jakichkolwiek, choćby minimalnie humorystycznych, pozytywnym postaw, film nie wywołuje u widza żadnych emocji i nie wzbudza poważnego zainteresowania żadną z prezentowanych postaci. Pod tym względem obraz stanowi ogromną porażkę.

Także techniczna strona filmu pozostawia wiele do życzenia. Kręcony w stylu Dogmy, nosi on znamiona filmu eksperymentalnego. Większość zdjęć robiona była techniką wideo, bez sztucznego oświetlenia. Efektem jest 90% ujęć, które ogląda się z wielkim trudem. A zbyt długie, przeciągane sekwencje sprawiają, że film jest po prostu nużący. Skupiając się nad oryginalnością wizualnej strony i fragmentarycznym miszmaszem fabuły Soderbergh nie zauważył, jak bardzo pretensjonalny i pozbawiony dramatycznej siły przyciągania staje się jego film. Może obsada miała zabawę, kręcąc go, ale widz z pewnością nie jest w tej samej sytuacji.

Mimo gwiazdorskiej obsady i kilku zabawnych momentów, od czasu do czasu z inteligentnym przebłyskiem charakteryzujących przemysł filmowy i ludzką kondycję "Full Frontal. Wszystko na wierzchu" jest obrazem nudnym i bardziej męczącym niż błyskotliwym. W pewnym momencie filmowa Lee mówi: "Chciałabym, żeby ten dzień już się skończył". Trudno się z nią nie zgodzić.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 71% uznało tę recenzję za pomocną (7 głosów).