Recenzja filmu Służby specjalne (2014)
Patryk Vega

WSI kontra wieś

Fabularne wydarzenia układają się według logiki "odhaczania" kolejnych agenturalnych procedur, podkreślanej jeszcze przez przypisy, pojawiające się gęsto na ekranie. Gdyby zdecydowano się, jak w ...
Filmweb sp. z o.o.
Nad "Służbami specjalnymi" zdążyła już rozkwitnąć histeria z powodu licznych politycznych aluzji. To prawda, że Patryk Vega prowokacyjnie wycina artykuły z pierwszych stron "Super Expressu", ale umieszcza je tam, gdzie ich miejsce – w świecie filmowej fikcji. Zawiedzie się zatem ten, kto myśli, że pozna tu jakąś intrygującą paradokumentalną wersję wydarzeń, której reżyser będzie bronić w wywiadach. Jedyne, co naprawdę łączy w filmie sensacyjne wątki, to grupa agentów od czarnej roboty. To odróżnia film Vegi od przeciętnego filmu o szpiegach. Nikt tu nie tropi tajnych agentów i nie wykazuje się przy tym nadludzkim sprytem – bohaterowie po prostu usuwają niewygodne persony. Dla kogo niewygodne? To już reżysera specjalnie nie zajmuje, tajemniczy mocodawcy występują tu tylko dla określenia warunków, w których pracują główni bohaterowie – to na nich, a nie sensacyjnej intrydze skupia się cała uwaga.

photo.title photo.title photo.title

Podobnie jak w świetnym "Pitbullu" Vegę interesuje zamknięte środowisko, stąd dbałość o szczegół w przedstawianiu działań operacyjnych i trudno zrozumiałego żargonu. Tym razem jednak fascynacja tematem wygrała z artystyczną dyscypliną. Reżyser jest tu trochę jak popisujący się wiedzą przed komisją egzaminacyjną student, dla którego czwórka w indeksie to koniec świata. Fabularne wydarzenia układają się według logiki "odhaczania" kolejnych agenturalnych procedur, podkreślanej jeszcze przez przypisy, pojawiające się gęsto na ekranie. Gdyby zdecydowano się, jak w przypadku "Pitbulla", na serialowy format być może ta sama historia byłaby mniej przeładowana, a jej pulpowość rozrzedzona w nieśpiesznej narracji. Chciałoby się popatrzeć dłużej na Olgę Bołądź, która bez jednej fałszywej nuty odgrywa symfonię pt. "Twarda laska w męskim świecie", nie stając się przy tym uboższą wersją Lisbeth Salander – naturalnie łączy wdzięk i sprawność czarnej pantery z mentalnością praskiej dresiary. Okraszonych barokową wulgarnością życiowych mądrości Janusza Chabiora w rozmowach z rezolutną panią onkolog i księdzem z syndromem sztokholmskim słucha się jak muzyki. Irytuje jedynie postać żony Cerata, jej kwestie dialogowe wyjęto chyba z poprzednich produkcji Vegi"Ciacha" i "Last Minute". Dysonans między doskonałym pierwszym i drugim planem a resztą epizodycznych postaci kładzie się cieniem na kilkuletnich przygotowaniach twórców. Statyści z jakiejś pośpiesznej łapanki nie mówią, tylko podają tekst jak stremowane dzieci w przedszkolnym przedstawieniu.

photo.title

Psychopatycznym funkcjonariuszom, którzy jedną ręką zgarniają do sklepowego wózka zabawki dla dziecka, a w drugiej trzymają telefon, przez który właśnie szantażują ofiarę, twórcy odmalowują portret mocno przesadzony, ale jednocześnie uwiarygodniają go jak to tylko możliwe. Trojgu agentów towarzyszymy nie tylko w trakcie ich działań operacyjnych, ale także w zmaganiach z codziennością. Bońka walczy z chorobą trzustki, agentka "Białko" z traumą z dzieciństwa, a Cerat stara się o adopcję. Zaglądamy do brzydkich mieszkań, obskurnych szpitalnych poczekalni i sklepików z legalnymi "dopalaczami" dla kulturystów. Słabe powiązanie postaci z "wielką polityką" akcentuje się przez brak jakichkolwiek wyższych motywacji do brudnej roboty. "Białko" trochę szuka zemsty na ojcu, a trochę miejsca dla siebie – osoby, której łatwiej jest dać komuś w pysk niż powiedzieć "lubię cię". Nieoczekiwane zainteresowanie Bońki religią jest nie tyle cudownym nawróceniem, co chwytaniem się ostatniej deski ratunku w ucieczce przed śmiercią. Cerat, obojętnie czy przyjmuje nową "posadę" czy stara się zostać ojcem – działa zawsze w desperacji. Gdy sytuacja go przerasta, rzuca bon mot o "zasadach" albo całuje różaniec – bardziej w geście solidarności z wychowankami domu dziecka, z którego sam pochodzi, niż z bogiem. Ten ostatni motyw jest nieprzypadkowy, w końcu wszyscy troje to sieroty po starym porządku, których dziś nikt nie chce zaadoptować, ale wszyscy chcą wykorzystać.

photo.title

Demokratycznie posklejany kolaż politycznych wątków nie pozwala przypisać twórcom wiary w żadną konkretną teorię spiskową spośród tych, które przewinęły się przez polskie media. Aktualność "Służb specjalnych" ujawnia się nie w fabularyzowaniu konkretnych zdarzeń, ale przedstawieniu mechanizmów zazębiania się tego, co widoczne gołym okiem, z podziemiem, które być może ma na tę powierzchniowość większy wpływ, niż nam się wydaje. Jednak powody, dla których czasem ktoś stawia świat na głowie, mają niewiele wspólnego z Wielkim Układem, są żenująco małe i egoistyczne. A z takimi żaden superagent nie ma szans.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 58% uznało tę recenzję za pomocną (361 głosów).
Ludwika Mastalerz
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)