Recenzja filmu De-Lovely (2004)
Irwin Winkler

Wyblakły portret barwnego człowieka

Jest rok 1964. Ziemska wędrówka Cole'a Portera, kompozytora i jednego z najsłynniejszych amerykańskich twórców piosenek i musicali dobiega końca. Przed ostatnim tchnieniem odwiedza go tajemniczy ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa De-Lovely (2004)
Jest rok 1964. Ziemska wędrówka Cole'a Portera, kompozytora i jednego z najsłynniejszych amerykańskich twórców piosenek i musicali dobiega końca. Przed ostatnim tchnieniem odwiedza go tajemniczy Gabe, który zabiera staruszka i nas, widzów filmu "De-Lovely" w teatralną podróż do przeszłości.

Przenosimy się do lat 20., do Paryża, w którym Cole Porter poznaje swoją przyszłą żonę, Lindę Thomas. To właśnie ich wzajemne, niezwykle skomplikowane relacje będziemy obserwować przez najbliższe 120 minut.

A jest czemu się przyglądać. 38 lat ich wspólnej wędrówki było nieustannym pasmem wzlotów i upadków. Wszystko za sprawą Portera, który otwarcie przyznawał się do swoich homoseksualnych skłonności i, mimo składanych obietnic, zaniedbywał swoją piękną i szlachetną żonę.

Ich układ początkowo wydawał się jasny. Linda zdawała sobie sprawę z tego, że jej mąż nie jest w stanie żyć bez innych mężczyzn. Zgodziła się na ten platoniczny związek, pod warunkiem, że jej ukochany będzie z nią spędzał przynajmniej poranki i bardziej niż chłopcom poświęcał się swojej muzyce. Porter, zachęcany i inspirowany przez Lindę, tworzył. Spędzał dnie na reżyserowaniu swoich sztuk i wspólnym odwiedzaniu przyjaciół, a noce w ramionach przystojnych mężczyzn, podczas gdy jego żona zostawała sama w domu. Wszystko zmieniło się po przeprowadzce do Hollywood. Rozpasanie filmowego światka udzieliło się również Porterowi, który zaczął zaniedbywać małżeńskie obowiązki. W końcu Linda odeszła, ale nie na długo. Tragiczny wypadek na nowo zbliżył ich do siebie. I tak już miało być do końca.

Związek Lindy i Cole'a Porterów to wymarzony materiał na prawdziwy melodramat. Jak dowodzi "De-Lovely" można się jednak i w tym temacie zagubić. Film Irwina Winklera, bardzo dobrego producenta ale dużo mniej utalentowanego reżysera, to typowo hollywoodzkie przedsięwzięcie. Do perfekcji opracowano scenografię, kostiumy (do powstania których rękę przyłożył nawet sam Giorgio Armani), zaangażowano gwiazdy. Zapomniano jednak o tym, że ważniejsze od atrakcyjnej powłoczki powinno być to, co dzieje się w sercach bohaterów. Skupiając się homoseksualizmie Portera, wcześniej nigdy w kinie nie pokazywanym, twórcy zaniedbali inne aspekty jego życia. W efekcie jego relacje, zarówno z żoną jak i przyjaciółmi pozostają niezgłębione, mdłe, nie dając szans widzowi identyfikować z bohaterami ani odczuwać dla nich jakiegokolwiek współczucia. Przywiązanie do detali obrazu zamiast do głębi międzyludzkich relacji sprawiło, że film nie stanowi spójnej całości i zamiast być porywającą historią utalentowanego choć skomplikowanego człowieka, sprawia wrażenie serii wystylizowanych epizodów, które choć ładne, nie dają szansy wykazania się aktorom, znaczenie granych przez nich postaci umniejszając do roli teatralnych kukiełek.

Jedyne co ratuje ten film, to muzyka. Co kilka minut kinowe głośniki rozbrzmiewają kolejnym hitem, skomponowanym przez Portera a wykonywanym przez całą plejadę współczesnych gwiazd. Są wśród nich: Alanis Morissette, Robbie Williams, Elvis Costello, Sheryl Crowe, Diana Krall, Natalie Cole. Wspaniałe muzyczne aranżacje sprawiają, że fabuła jakoś się kręci. Piosenki zawsze pojawiają się w słusznym momencie, w którym widz, znudzony leniwym tokiem wydarzeń już ma zamiar skontrolować upływ czasu na zegarku. To jednak za mało, by kogokolwiek do spotkania z Porterem zachęcać.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 92% uznało tę recenzję za pomocną (12 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)