Recenzja filmu Spectre (2015)
Sam Mendes

"This is the end…"

"Spectre" to film, którego nie sposób ocenić, czy nawet traktować jako dzieło odrębne nie tylko od wszystkich odsłon serii z Craigiem w roli głównej, ale w ogóle od całego cyklu. To pożegnanie ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Spectre (2015)
"This is the end hold your breath and count to ten". Tymi słowami zaczyna się utwór Adele "Skyfall" dedykowany pierwszej części przygód Agenta 007 w reżyserii Sama Mendesa i te właśnie słowa można śmiało uznać za najprostszy opis drugiej bondowskiej produkcji, która wychodzi spod skrzydeł autora "American Beauty". I choć Mendes nie jest pierwszym, który stawił czoła realizacji dwóch kolejnych filmów o najsłynniejszym agencie Jej Królewskiej Mości, to stał on przed nie lada wyzwaniem. Musiał bowiem zmierzyć się nie tylko z utrzymaniem wysoko postawionej jakościowej poprzeczki, którą sam w "Skyfall"zawiesił, ale również z poruszonymi w filmie obszarami fabuły, których przez poprzednich pięćdziesiąt lat filmy o agencie z licencją na zabijanie nie podejmowały.





Akcja "Leroy SpectreSpectre" toczy się bezpośrednio po wydarzeniach ze "Skyfall". Bond (w tej roli po raz czwarty świetny Daniel Craig) bez rozkazu i zgody przełożonych ściga mężczyznę, którego wytropienie zleciła mu tuż przed śmiercią M (Judy Dench). Ścigany nieoczekiwanie naprowadza go na trop organizacji "SPECTRE", która okazuje się powiązana ze wszystkimi dawnymi przeciwnikami 007. Nieposłuszeństwo Bonda odbija się echem wśród najwyższych władz i ma bezpośredni wpływ na sytuację nie tylko nowego M (Ralph Feinns), ale całego MI6, którego program "00" zostaje uznany za niepotrzebny przeżytek i zastąpiony międzynarodową organizacją bezpieczeństwa zarządzaną przez C (Andrew Scott). W wyniku tych okoliczności nie tylko Bond, ale także M, Q (Ben Whishaw) i Moneypenny (Naomie Harris) zmuszeni są zejść do podziemia i działać na własną rękę.
 
Jeżeli przyjrzeć się fabule "Spectre" bliżej można by powiedzieć, że niemal na każdym jej strukturalnym poziomie ciężko doszukać się czegokolwiek, co można nazwać nowym, lub nowatorskim rozwiązaniem, czy choćby świeżym pomysłem kierującym serię ku jakiejś nowej, nieodkrytej dotąd ścieżce. I niestety jest w tym wiele prawdy. Bond 24 jest bowiem czymś, co eufemistycznie można nazwać zwieńczeniem trzech poprzednich odsłon serii i hołdem dla klasyki, zaś nieco bardziej brutalnie wtórnym zlepkiem wszystkich części z Craigiem w roli głównej i brakiem pomysłu na świeże fabularne rozwiązania. Gdzie leży prawda? Mniej więcej po środku.

  photo.title

Faktem jest, że "Spectre" to pożegnanie Craiga z rolą Agenta 007 i dopełnienie historii trzech poprzednich filmów. Patrząc jednak na Bonda w wykonaniu Craiga na przestrzeni dziewięciu lat można dojść do wniosku, że przebył on naprawdę długą i dość dziwną drogę. Zimny, brutalny i cyniczny 007 ze złamanym sercem z "Casino Royal" nie jest już tą samą postacią, którą widzimy "Spectre", bo choć nie stracił on swoich najważniejszych cech to wyraźnie widać, że ubyło mu drapieżności. I ciężko wysuwać teorie, jakoby Bond Craiga na przestrzeni tych kilku filmów dojrzał, wydoroślał, czy przeżył znaczącą przemianę. On po prostu zmienił konwencję, bo o ile 007 z filmu Campbella był agentem godnym XXI w. o tyle u Mendesa wydaje się silić (naprawdę udanie) na bycie Seanem Connery XXI w. I o ile w "Skyfall" Craigowi niezwykle wyważenie i z naprawdę wielką klasą udawało się balansował między tymi dwoma typami swojego bohatera o tyle w "Spectre" zdecydowania przechyla szalę w jedną stronę.

Czy to wada? To raczej kwestia gustu, ale nie sposób za to winić ani Craiga, ani Mendesa. Ten pierwszy poszedł po prostu za konwencją przyjętą przez reżysera, a ten podążył jedyną możliwą do obrania drogą. Połączenia nowoczesności i nieco staroświeckiej klasy z 23 filmu o przygodach 007 nie dało się powtórzyć. "Skyfall" było bowiem nie tyle zalążkiem nowej historii co wspaniałym rocznicowym hołdem dla serii. Nic więc dziwnego, że sam Mendes był początkowo bardzo oporny w kwestii realizacji kolejnej części, na którą nie miał jednoznacznego i wyraźnego pomysłu.


Jeżeli więc "Skyfall" można było traktować, jako miły powrót do korzeni, "Spectre" jest konsekwentnym nieodrastaniem od ziemi. I choć Mendes stara się penetrować nowe fabularne obszary przeszłości 007 to jednocześnie pozbawia swojego bohatera tajemniczości, która zawsze była przecież jego wielkim atutem.

Niemniej nie można odmówić reżyserowi "Drogi do szczęścia" niesamowitej klasy, z jaką realizuje swoją wizję. Choć czasem rzeczywiście można odnieść wrażenie, że ogląda się nowoczesną wersję filmu z lat 60-tych to w żadnym wypadku nie traktuje się tego, jako wady. Mendes bardzo sprawnie zrealizował starą konwencję ubierając ją w nowe, idealnie skrojone szaty. Nie brak tu humoru, klasy, ani genialnie sfilmowanych sekwencji akcji, a scena otwierająca film udowadnia, że nie brak również kunsztu.


Akcja płynnie przeskakuje między kolejnymi lokacjami zabierając widza w podróż do Meksyku, czy śnieżnej Austrii, a  każda z tych podróży sprawia ogromną frajdę. Na każde z kolejnych miejsc akcji twórcy mają ciekawe i oryginalne pomysły w pełni wykorzystując zarówno specyfikę, jak i klimatu danego miejsca. Odnaleźć można również całą masę nie tylko bezpośrednich ale również trochę bardziej subtelnych odniesień zarówno do całej serii (sekwencja w pociągi), jak i różnych gatunków (sekwencja w Meksyku przypomina chwilami apokalipsę zombie).


Jeżeli można, a nawet trzeba się do czegoś przyczepić to do aspektu, z którym nie tylko Sam Mendes, ale również ostatnie odsłony serii nie miały raczej problemu. Jest nim mianowicie aktorstwo, a raczej nie tyle sam poziom wykreowanych postaci, co raczej niektóre wybory obsadowe. Niestety wśród kilku kluczowych postaci można dostrzec dość spory dysonans między zamiarem, a osiągniętym efektem. Są oni o wiele mniej wielowymiarowi niż ci z kilku poprzednich części.

Léa Seydoux w roli Madeleine Swann spisuje się naprawdę nieźle, ale już bezpośrednia relacja między nią - główną postacią kobiecą, a Craigiem wypada co najmniej przeciętnie. Ciężko doszukać się między nimi choćby cienia niesamowitej chemii, którą można było wyczuć w "Casino Royal" między 007, a Evą Green. Seydoux naprawdę się stara, ale jej wysiłki wykreowania głębszej relacji, w którą można by uwierzyć kończą się fiaskiem. Christoph Waltz natomiast, jako legendarny czarny charakter mimo mistrzowsko wykreowanego wprowadzenia jego bohatera sam niestety niewiele ma do zaoferowania. Jego postać po prostu blednie przy wyrazistości Madsa Mikkelsena w "Casino Royal" czy charyzmie Javiera Bardema w "Skyfall". Widać, że błąka się on po ekranie, szukając środków ekspresji pozwalających osiągnąć zadowalający efekt, jednak zbyt mocno ma się wrażenie, że próbuje pozbyć się "balastu" ról Tarantino i sam do końca nie wie, co ma ze sobą zrobić, a Mendes nie jest w stanie wskazać mu właściwej drogi.


Przez drobne mankamenty scenariusza niezbyt dobrze wypada również Ralph Finnes, który w porównaniu z genialną w roli M Judy Dench  podobnie, jak Waltz  niewiele ma do zaoferowania. Na wielki plus trzeba zapisać rozbudowanie roli Bena Whishawa, który bryluje jako Q.
 
Technicznie "Spectre" to po prostu najwyższa półka. Choć wykształcony w łódzkiej filmówce Hoyte Van Hoytema nie dorównał poziomem swoich zdjęć Rogerowi Deakinsowi, to sekwencje rozgrywające się w Meksyku, czy Austrii naprawdę robią wrażenie. A jeżeli już trzeba by się do czegoś przyczepić to do zawsze w filmach o 007 ważnego intra i utworu "Writing's On The Wall" w wykonaniu Sama Smitha, który ma w sobie tak mało wyrazistości i klasy iż ciężko go zanucić po kilku sekundach od wysłuchania.


"Spectre" to film, którego nie sposób ocenić, czy nawet traktować jako dzieło odrębne nie tylko od wszystkich odsłon serii z Craigiem w roli głównej, ale w ogóle od całego cyklu. To pożegnanie zarówno Craiga, jak i Mendesa i bądź co bądź godne zamknięcie kolejnego rozdziału w historii Agenta 007. Ale przede wszystkim to film zawierający w sobie wszystko to, co w filmach o Bondzie najlepsze. Wszystko to, co kochamy i to dlaczego po napisach końcowych chce się powiedzieć: "chcę więcej". Klasę, styl, tradycję, humor i nawet wady, które czasem dodają uroku. "This is the end…" pozostaje z nadzieją czekać na nowy początek. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 83% uznało tę recenzję za pomocną (248 głosów).
Aldo_Raine
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły

przeczytaj również recenzje użytkowników (6)

zobacz wszystkie