Recenzja filmu Biała Masajka (2005)
Hermine Huntgeburth

Afrykańska królowa

Miłosna historia osadzona w afrykańskich realiach wydaje się być sprawdzonym pomysłem na kinowy sukces. Takie filmy jak "Afrykańska królowa", "Pożegnanie z Afryką", "Nigdzie w Afryce", czy ...
Filmweb sp. z o.o.
Miłosna historia osadzona w afrykańskich realiach wydaje się być sprawdzonym pomysłem na kinowy sukces. Takie filmy jak "Afrykańska królowa", "Pożegnanie z Afryką", "Nigdzie w Afryce", czy wreszcie "Angielski pacjent" pokazały, że uczucia i egzotyka nie dość, że idą ze sobą w parze, to jeszcze podobają się widzom.

Z tego też powodu wchodząca na nasze ekrany "Biała Masajka" powinna być skazana na sukces. Oparta na faktach historia białej kobiety, Caroli, która przez cztery lata żyła w afrykańskim buszu jako żona masajskiego wojownika, Lemaliana, teoretycznie nie powinna się nie podobać. Niestety, niemiecka reżyser Hermine Huntgeburth na podstawie bestsellerowej autobiografii Corinne Hoffman nie potrafiła zrobić udanego filmu. Jej "Biała masajka", aczkolwiek zachwyca pięknymi zdjęciami afrykańskich plenerów, rozczarowuje powierzchownym potraktowaniem tematu.

"Biała masajka" ma w sobie coś z cepelii. Pokazuje nam, co prawda, zwyczaje masajskich plemion, wprowadza w temat ich kultury, ale żadna z tych informacji nie zostaje pogłębiona. Główna bohaterka jest świadkiem wielu szokujących dla niej zdarzeń, w pewnym momencie widzi jak jej przyszły mąż pije krew zabitego zwierzęcia, jednak nie dowiadujemy się już potem dlaczego to robi.

Przez cały czas projekcji zastanawiamy się również na motywacją Caroli. Kobieta co prawda mówi, że Lemalian jest jej jedyną miłością i nie wyobraża sobie bez niego życia, ale tego uczucia nie widać za bardzo na ekranie. Pomiędzy bohaterami nie ma chemii i widzowi trudno uwierzyć w ich płomienną miłość od pierwszego wejrzenia.

Mimo mocno kulejącej psychologii postaci i pewnego prawdopodobieństwa całej historii, "Biała masajka" na pewno może spodobać się wodzom, czego najlepszym dowodem jest choćby niezwykłe przyjęcie filmu na międzynarodowym festiwalu w Toronto. Mimo egzotycznej scenografii Hermine Huntgeburth opowiada bowiem bardzo prostą historię wielkiego uczucia wystawionego na próbę, opowieść jasną i klarowną dla widzów z każdego kraju.

Niewątpliwym atutem "Bialej masajki" są piękne zdjęcia Martina Langera pokazujące piękno afrykańskiego krajobrazu. W parze z nimi idzie doskonale pasująca do historii muzyka Niki Reiser, w której słychać afrykańskie brzmienia.

Historia Caroli i Lemaliana na pewno nie zapisze się złotymi zgłoskami na kartach historii kina. Film Hermine Huntgeburth nie spełnia pokładanych w nim nadziei i raczej nie można go porównywać z takimi dziełami jak "Pożegnanie z Afryką", czy "Nigdzie w Afryce", ale jeśli ktoś lubi proste historie miłosne w egzotycznych realiach może wyjść z kina usatysfakcjonowany.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 73% uznało tę recenzję za pomocną (51 głosów).
o