Recenzja filmu Underworld (2003)
Len Wiseman

BloodRayne

Wampiry i wilkołaki to bardzo wdzięczne tematy nie tylko dla filmowców, ale również pisarzy, autorów komiksów i gier komputerowych. Na świecie są miliony ludzi, którzy każdą wolną chwilę spędzają ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Underworld (2003)
Wampiry i wilkołaki to bardzo wdzięczne tematy nie tylko dla filmowców, ale również pisarzy, autorów komiksów i gier komputerowych. Na świecie są miliony ludzi, którzy każdą wolną chwilę spędzają na sesjach RPG w gry publikowane przez wydawnictwo White Wolf.
Nic, więc dziwnego, że ze względu na ogromny potencjał postanowiono w końcu zrealizować film, w którym wilkołaki i wampiry staną ze sobą oko w oko.

Wilkołaki (w filmie nazywanie Lykanami) i wampiry od setek lat toczą ze sobą wojnę. Największa bitwa pomiędzy oboma gatunkami rozegrała się 500 lat temu, ale, mimo, iż lykanie ponieśli w niej klęskę nie zaprzestali walki, którą obecnie kontynuują na zasadach partyzanckich. Czoła stawiają im specjalnie wyszkolone wampiry - zabójcy, wśród których jest również piękna Selana - główna bohaterka filmu.
Selena odkrywa, że Lykanie z niewiadomych powodów polują na niejakiego Michaela Corvina - lekarza, który jest człowiekiem i teoretycznie z mrocznym światem wampirów i wilkołaków nie ma nic wspólnego. Bohaterka postanawia zbadać tę sprawę i odkrywa tajemnicę, która zmieni losy toczonej od wielu wieków wojny...

Jako miłośnik "Maskarady" i gotyckich klimatów na projekcję "Underworld" szedłem pozytywnie nastawiony z nadzieją na solidne widowisko z ciekawymi bohaterami. Niestety, jak to często bywa, rzeczywistość nie sprostała moim oczekiwaniom.
Szwankuje przede wszystkim scenariusz, który wskazuje na to, że twórcy za bardzo nie wiedzieli, jaki film chcą nakręcić. Na początku jest nieźle. Dowiadujemy się, że oba klany toczą od setek lat wojnę, poznajemy system rządów wampirów, a także paru szczegółów na temat przeszłości krwiopijców i lykanów. Niestety, większość z tych informacji podana jest w sposób bardzo skrótowy, po łebkach i w sumie niewiele z nich wynika. Nie dowiemy się z filmu dlaczego Lucjan, aż 500 lat czekał aby ponownie stawić czoła wampirom, ani dlaczego Starsi krwiopijców muszą się poddawać hibernacji.
Niedopracowany jest także wątek romansowy. Selena i Michael oczywiście zakochują się w sobie, ale tylko i wyłącznie, dlatego, że tak zostało napisane w scenariuszu. Wydarzenia, które obserwujemy na ekranie nie niosą ze sobą żadnego powodu, dla którego oboje mieliby zapałać do siebie uczuciem. Spędzają ze sobą niewiele czasu, niewiele rozmawiają i w konsekwencji widzowie trudno uwierzyć tę miłośc. Sytuacji nie poprawia fakt, że pomiędzy głównymi bohaterami w ogóle nie iskrzy.

Wydaje się, że Len Wiseman - reżyser, uznał, że widzowie przyjdą do kina tylko po to, żeby popatrzeć ma walkę obu klanów, a nie żeby lepiej poznać historię wykreowanego przez scenarzystę Danny'ego McBride'a świata. Problem w tym, że sceny akcji nie należą do najmocniejszych atutów "Underworld".

Nie da się ukryć, że Wiseman mocno inspirował się "Matrixem". Długie płaszcze, pistolety, kule rozrywające ściany - to wszystko widzieliśmy już w produkcji barci Wachowskich. "Underworld" w tym temacie nie oferuje nic nowego, a co gorsza robi to w sposób mocno nieudolny. Poza paroma wyjątkami sceny akcji są strasznie toporne, ciężkie, pozbawione polotu, a co za tym idzie z czasem zaczynają być po prostu nudne.

"Underworld" broni się głównie dzięki niezłym zdjęciom, niesamowitej scenografii i pięknej Kate Beckinsale, która w skórzanym kostiumie prezentuje się jak apetyczna kuzynka bohaterki gry "BloodRayne" (panowie nie powinni być zawiedzeni).
Operatorowi Tony'emu Pierce-Robertsowi i scenografowi Brutonowi Jonesowi udało się w "Underworld" stworzyć sugestywny, gotycki klimat, który przywodzi na myśl Gotham City przedstawione przez Tima Burtona w "Batmanie". Mroczny, nieprzyjazny klimat potęgują utrzymane w chłodnej, niebieskiej tonacji zdjęcia, ciągły deszcz i obdrapane, obskurne wnętrza kontrastujące w pełną przepychu siedzibą wampirów.

"Underworld" to bardzo przeciętny film, o olbrzymim, niewykorzystanym potencjale. Na pewno znajdzie swoich miłośników, tak jak fanów znalazła ekranizacja "Resident Evil", ale moim zdaniem nie jest to dzieło, na które warto wydać 20 złotych. Z powodzeniem można poczekać do premiery DVD.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 53% uznało tę recenzję za pomocną (106 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)